wtorek, 26 września 2017 r.

Biała Podlaska

Wpuszczeni w kanał

Dodano: 24 maja 2006, 21:10

W głębokich na kilka metrów studzienkach robotnicy bialskich wodociągów i kanalizacji pracują bez kasków i zabezpieczeń. Kierownictwo twierdzi, że to samowola i zapowiada kary.

Jeden robotnik zbiera łopatą szlam z dna studzienki kanalizacyjnej i napełnia nim wiadro. Drugi wyciąga zamocowane na linie wiadro na powierzchnię. Praca przebiega sprawnie. Ale czy bezpiecznie. Tylko patrzeć, kiedy kilkunastokilogramowy ciężar spadnie na głowę mężczyźnie stojącemu w głębokiej dziurze.
- Mamy kaski, ale nie nakładamy ich, bo nie ma tu żadnego niebezpieczeństwa - twierdzi jeden z pracowników. - A załóż pan kask i wejdź do środka. Zobaczysz jakie tam piekło.
A drugi dodaje: Na dobrą sprawę, to nie powinniśmy tam wchodzić, bo do tego służą specjalistyczne samochody. Ale takich u nas nie ma.
- To jest nieprawda - oburza się Jerzy Kułaga, kierownik zakładu sieci Wod-Kan w Białej Podlaskiej. - Mamy trzy wozy kombinacyjne do wybierania osadów i wszystkie obecnie pracują sprzętem, a pracownicy złamali wszystkie możliwe przepisy bhp.
Według Kułagi pracownicy ewidentnie przekroczyli swoje uprawnienia. Zapewnia, że wyciągnie wobec nich konsekwencje. - Na rutynę w tym zawodzie nie ma miejsca - tłumaczy.
Na każdorazowe wejście do studzienki potrzebne jest pisemnie polecenie przełożonego. Kierownik Kułaga twierdzi, że takiej zgody nikomu nie wydał.
Zygmunt Jarosz, główny inżynier wodociągów, też karci pracowników. - Praca jest bardzo niebezpieczna. Nie dopuszczę, żeby w naszym zakładzie doszło do tragedii - mówi. - Ci ludzie przynajmniej dwa razy w tygodniu mają szkolenia bhp i dziwi mnie, że decydują się pracować bez zachowania minimum ostrożności.

Zginęli w szambie

W 2003 r. doszło do tragedii oczyszczalni ścieków w Orchówku (pow. włodawski). Trzej pracownicy z łęczyńskiej firmy zajmującej się konserwacją urządzeń zeszli do studni wypełnionej trującym gazem. Mieli udrożnić zatkany szlamem otwór odpływowy. Zatruli się oparami siarkowodoru. 30-letni Krzysztof H., 48-letni Grzegorz S. oraz 48-letni Andrzej T. zmarli w ciągu kilkudziesięciu sekund.
Biegły sądowy stwierdził, że doszło do naruszenia szeregu przepisów. Bezwzględnym błędem było niezapewnienie pracownikom środków do ochrony górnych dróg oddechowych. Prokuratura oskarżyła o zaniedbanie obowiązków prezesa zarządu łęczyńskiej firmy „Energetyk” i kierownika grupy konserwującej urządzenia. (ja)
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!