Recenzje książek

Karl-Markus Gauß „W gąszczu metropolii”

Dodano: 3 września 2012, 14:39

Karl-Markus Gauß „W gąszczu metropolii”, Wydawnictwo Czarne
Karl-Markus Gauß „W gąszczu metropolii”, Wydawnictwo Czarne

Lektura popchnęła mnie do decyzji – tylko kremacja. Dziwne, prawda?

Bruksela, Bukareszt, Wiedeń, Opole (!) czy Belgrad. Wycieczki po Starej i Nowej Europie funduje nam 58 letni pisarz, eseista, krytyk literacki. Wycieczki udowadniające, że jeszcze dziś można z niemal każdego miejsca wyciągnąć jakąś niezwykłą historię lub bohatera. A jak się dobrze zanurzyć przy wyciąganiu opowieści to zaraz na haczyk łapie się kolejna historia z innej beczki. A ta beczka tylko z pozoru jest inna, bo ma wspólne dno z tą wcześniej wyciągniętą.

Oczywiście to autorska tajemnica czy Gauß skleja sprytnie to, co wie czy ma niesamowite szczęście reporterskie i kolejne szkatułki otwierają mu się przypadkiem. Jak w Wiedniu łapie go deszcz i wchodzi do Gospody stu piw (pomieszczenia dobrze zabejcowanego wielopokoleniowym dymem) to jest to dom w którym Beethoven skończył IX Symfonię, mieszkał i zmarł słowacki poeta Jan Kollr. Okolica jest okazją do wspomnienia Ingeborg Bachman i jej „Maliny” i bohaterów tej powieści, by płynnie zakończyć historię przywołaniem rzeźbiarza Franza Messerschmidta opisywanego kilkanaście stron wcześniej. Choć posłowie trochę wyjaśnia jak powstała ta książka – mozolnie.

Literatura podróżnicza ma teraz dobra passę, ludzie czytają albo kryminały albo o cudzych wyprawach. „W gąszczu metropolii” nie jest typową podróżniczą lekturą, sporo tam ludzkich losów, wiatru historii i osobistych doznań. Nawet relacji spotkania z polskim konduktorem. Nawet ubolewań, że zadbane w każdym wieku Polki widuje wyłącznie w towarzystwie zapuszczonych, grubych, zaniedbanych i fatalnie ubranych Polaków.

Ale nawet bez sztywnego łącza z Wikipedią by dowiedzieć się więcej o odwiedzanych miejscach i poznać życiorysy przywoływanych ludzi – da się „W gąszczu metropolii” czytać dla samej przyjemności lektury.

agdy

PS A teraz o kremacji. Książę Józef I Wacław sprowadził do Wiednia kamerdynera, towarzysza, który stał się najbardziej zaufana osobą hrabiów, książąt, cesarzy. Czarnoskóry Angelo Soliman był ówczesnym fachowcem od wizerunku księcia. Podpadł i został zdegradowany za ślub z wiedeńską mieszczką. Po śmieci księcia wrócił do łask, został członkiem loży wolnomularskiej. Zmarł 21 listopada 1796 roku. Dzień później został wypchany i mimo błagań córki i sprzeciwom arcybiskupa trafił do cesarskiego gabinetu osobliwości przyrodniczych. Półnagiego przez 10 lat oglądał, kto chciał. Później zapomniany eksponat trafił do magazynu gdzie w 1848 roku spopielił się w czasie pożaru zamku. Historia ta daje autorowi okazję do zajęcia stanowiska w sprawie kremacji. Popieram.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

CGK - aplikacja mobilna