Przeglądarka, z której korzystasz jest przestarzała.

Starsze przeglądarki internetowe takie jak Internet Explorer 6, 7 i 8 posiadają udokumentowane luki bezpieczeństwa, ograniczoną funkcjonalność oraz nie są zgodne z najnowszymi standardami.

Prosimy o zainstalowanie nowszej przeglądarki, która pozwoli Ci skorzystać z pełni możliwości oferowanych przez nasz portal, jak również znacznie ułatwi Ci przeglądanie internetu w przyszłości :)

Pobierz nowszą przeglądarkę:

Użytkownik

Nasz polski cyrk - i Wałęsa tu nie pomoże

Utworzony przez jacek dyć, 3 marca 2015 o 16:23
Nasz polski cyrk - i Wałęsa tu nie pomoże „Nie ma potrzeby, by „Solidarność” była silnym i dużym liczebnie związkiem zawodowym. Po dokonaniu reform gospodarczych i politycznych uczynimy ją silną jak tylko zechcemy”. To są autentyczne słowa Wałęsy, a wnioski niech będą wasze. Za polski sanacyjnej właścicielami fabryk, hut, kopalń, jak i gruntów, byli hrabiowie, baronowie. Po wojnie ich własność przejęli wyrośli z proletariuszy wykorzystywanych przez tych pierwszych komuniści. W początkach swego panowania może i żyli skromnie, jednak władza smakuje, zatem wkrótce postanowili żyć w przepychu, jak ci, co przed wojną ich trzymali pod butem. Drogą akordów dokręcano śrubę, płacąc za trzykrotną wydajność, jak za jednokrotną. Wreszcie w tym cyrku, wytresowanym małpom to obrzydło i postanowiły żyć dostatnio i w poszanowaniu swych praw i godności. Kolejne robotnicze bunty powojennych lat dały naukę treserom, jak za pomocą marchewki i kija nadal pławić się w swojej prospericie. Wreszcie zrodził się Spartakus XX wieku, dostał porządną ekipę przewodzoną przez premiera Olszewskiego. Ten był gotów rozliczyć czerwonych baronów, ale nocą, zamachem stanu, jego ekipa została odsunięta, by robole nie ujrzeli sprawiedliwości dziejowej. W spotkaniu z Prymasem Wyszyńskim pan Spartakus usłyszał Jego zdanie, że w gwałtownych przemianach społecznych grozi zawsze niebezpieczeństwo i pokusa nadmiernego skupienia się na rozgrywkach personalnych. Mówił później: - Nie idzie o to, aby wymienić ludzi, tylko o to, aby ludzie się odmienili, aby byli inni, aby, powiem drastycznie, jedna klika złodziei nie wydarła kluczy od kasy państwowej innej klice złodziei. Idzie o odnowę człowieka. Widocznie, już pan Wałęsa puścił słowa Kardynała mimo uszu, a do władzy prą już tylko złodzieje, którzy smakując władzę rozprzedali dobra narodowe, które twardo w swych rękach dzierżyła czerwona burżuazja. Bo i po co mieliby borykać się z wielkimi skupiskami robotniczymi, skoro mogą podatkami dokręcać śrubę pracodawcy kapitalistycznemu, który nie zezwoli na panoszenie się jakichś związków. Ale to jednak nie jest wystarczające, zatem sposobem dokręcania śruby, każdy, nawet najdrobniejszy ciułacz, musi pod rygorem zafundować sobie kaskę fiskalną, aby władza mogła kontrolować każdy jego uciułany grosz. Polskę przetworzono w państwo policyjne z CBŚ na czele, a czy szeregi pracowników urzędu podatkowego nie są tajnymi policjami? W początkach chaosu rodzącej się demokracji robotnik mógł liczyć na wsparcie i obronę związku "S", lecz nie było to vice versą. Z własnego doświadczenia wiem, jak było z tym poparciem działalności podziemnej pośród załogi, owszem to byli dobrzy koledzy, ale do tego by coś ukraść i wychlać, jednak to były wielkie skupiska ludzkie zakładów pracy, zatem znalazły się rzesze przystępujących do Niezależnych Związków Zawodowych "S", ale ich przywódcy pozostawali wyalienowani, wiedzieli o tym dobrze, iż masa tego członkowstwa nie stanowi i nie jest wyznacznikiem poparcia w przypadkach konfliktu roszczeniowego wobec pracodawcy i państwa. Państwo, które reprezentował Lech Wałęsa pozbyło się tych zarzewi buntu, w dodatku otwarto na oścież granice, by każdy niezadowolony mógł szukać zatrudnienia u obcych wyzyskiwaczy polskiego narodu. Ale z jak wyższą w kalkulacji płacą. Gdyby wszyscy, pozostający na dorobku poza granicami państwa powrócili do kraju, ten rząd, ani istniejące zakłady pracy nie zagwarantowałyby im zatrudnienia, a skoro tak rzecz się przedstawia, państwo powinno z haraczy podatkowych ustalić dla bezrobotnych dożywotnie zasiłki, które swą wysokością stanowiłyby możliwości na poziomie względnego egzystowania. Zaś każdy, kto chciałby podwyższyć swój standard bytu, zmuszony byłby do szukania wyjścia z tego marazmu w możliwościach podreperowania swego budżetu jakąś pracą. To nie są i nie powinny być mrzonki, to powinno stać się normalnością. Wiele ludzi znalazło się w sytuacji bez wyjścia, których wiek stał się barierą i ślepym zaułkiem nie do przekroczenia w sprawie zatrudnienia, zasiłku rentowego, czy uposażenia emerytalnego. Swoje teksty piszę z myślą o takich, którzy stali się niewolnikami swego wieku i czasu, zatem publikuję na forach z tą myślą, że w nich znajdę odbiorcę, a czas pokarze na co ich stać. Lecz tutaj mój błąd myślowy, ci zramolali nie surfują po Internecie za takimi nowinkami, może i siedzą przed kompami, ale dla rozrywki - szukają, ale pornoli, gierek i sensacji światowych,  to młodzi są użytkownikami i surferami portali społecznościowych, nie znają problemów życia w Peerelu, mają na wszystko czas, a czas nieubłagany z pewnością ich dopadnie ze swoimi problemami. Możliwości zarobkowania w kraju są mierne, potocznie mówi się; juz gorzej być nie może, ale wszystko wskazuje na to, że będzie gorzej. 3 marca 2015                       
Zaloguj się, aby oddać głos
0
I co myśleć o tym wszystkim? Ten tekst zacznę dość patetycznie i by ująć całość spiszę lakonicznie. W siedemdziesiątych latach wyszedłem z paki, a tam by nie dać się zgnoić i być człowiekiem należało bez kozery ciągle walczyć. Wróciłem na Śląsk, ale już stan zdrowia nie kwalifikował do pracy pod ziemią. Po przepracowaniu paru miesięcy na powierzchni, ruszyłem w Polskę i znalazłem się za sprawą szybkich palpitacji serca w strefie B. Trzeba było z czegoś żyć, toteż podjąłem pracę w FSC i nie popracowałem długo, zmieniałem zakłady pracy jak przysłowiowe rękawiczki. Byłem młody i gniewny, jednak potrafiłem panować nad swym temperamentem do pewnego stopnia, póki ktoś nie umiał uszanować moich argumentów, wtedy argumentem stawała się pięść, nawet moja ukochana nazywała mnie szybką ręką. Zawsze dochodziło do tego, że byłem wzywany do kadr, albo przełożonego, gdzie dawano mi propozycję nie do odrzucenia - albo pan się zwolnisz na własne żądanie, albo dostanie pan wypowiedzenie od nas. Powróciłem na Śląsk, by zostać oddelegowanym u schyłku siedemdziesiątych lat na Bogdankę, do strefy - i to bez przesady bee. Społeczeństwo tworzące to środowisko, to ludzie o celach partykularnych, oczekujący na przydziały mieszkań i talonów na auta, była to zbieranina chłoporobotników i tych co już zaprzestali nimi być, gdyż z latami zdążyli zasymilować się jako tako z miastem. Można by określić to jednym słowem, zjechali tu nieudacznicy z kopalń miedzi i węgla, prawie wszyscy, którym nie wyszło na starych śmieciach, a partia była dla nich gwarantem stabilizacji i dorobku, i nie byli to fachowcy z pierwszych szeregów, ale patrzyli jedynie swojego ja, by nie wyrzucono z hotelu, z pracy, nie zabrano premii i dodatków przysługujących górnikowi, zatem sprawy godności były dalekie, a dostatek na pierwszym miejscu. Już na samym starcie musiałem pokazać swoje umiejętności klientowi, jednemu z wielu, z olbrzymich zdjęć porozwieszanych na terenie raczkującej kopalni, one ukazywały przodowników partii. Po Jurku G. byli i następni, więc nie musiałem się temperować, gdyż z czasem wiedziano na co mnie stać. Jednak, wreszcie wypowiedziano mi stosunek o zatrudnienie z ukryciem powodów politycznych - bez uzasadnienia. Miałem kolegę Zbyszka G., był pierwszy przed ołtarzem, chyba i po dary na plebanii, pośród społeczności górniczej uchodził także za jednego z pierwszych działaczy podziemia. Malowaliśmy napisy, plakatowaliśmy w miarę możliwości i konspirowaliśmy po trosze razem. Od niego brałem duże ilości podziemnej prasy, (gdy jeszcze pracowałem) obdzielałem nią współpracowników, a także rozdzielałem pomiędzy tych, którzy swym krzykactwem zdawali się być odpowiednimi do tego osobami, jednak bibuła lądowała w koszu, a najczęściej trafiała do tych, którym i ja dawałem większe ilości do kolportarzu. Niby w ramach represji mojego kolegę od konspiracji przerzucano z miejsca na miejsce, pomiędzy nowe twarze robotników i nigdy na tym nie tracił stawki dołowego zaszeregowania, mimo iż zatrudniano go na powierzchni. Doszło nawet do konfiskaty auta, w którym miał jakieś bibuły, a jednak nie zwolniono go z pracy, gdy innych wywalano bezpardonowo za otworzenie gęby przeciw władzy. Osamotniony, bez środków do życia siedziałem sobie pod podłogą, jednak nie bezczynnie, a ten do dzisiaj nawet nie wie gdzie tak naprawdę się ukrywałem, jakoś nie miałem do niego zaufania od początku, chociaż nigdy mnie nie sprzedał - tak myślę. Partnerka życia otrzymała wraz z narodzinami dziecka mieszkanie, była atrakcyjną kobietą. Zamieszkaliśmy razem, a ubecja nadal szalała w poszukiwaniu Jacka D. Naszą dziuplę zaczął nawiedzać systematycznie Zbysio. G., miał kontakt i osobistą pomoc podziemia (dla siebie). Widział i wiedział doskonale w jak złym położeniu jestem, jako ścigany i bezrobotny, ale mniejsza o to, obiektem zainteresowania stała mu się Terenia, czego ona jemu nie odwzajemniała. Często nie bywałem w domu, tym sposobem jakoby wyreżyserowałem dla niego możliwość posunięcia się do pozyskania branki. W odpowiednim czasie i w odpowiedniej chwili wszedłem do ciemnego mieszkania, uniemożliwiając mu tym zgwałcenie mojej kobiety. Od tej pory moje stosunki z nimi zaczęły ostygać, poszedłem na całość w działalności opozycyjnej. Znalazłem ukrywane przez Zbysia dojścia do ludzi opozycji, w spotkaniu z nimi na KULu ich zdziwienie było wielkie, zachodzili w głowę, jak to się stało, że pozostawałem bez pracy i pomocy i jak to możliwe, że nikt o tym nie dał znać podziemiu, wychwalali pod niebiosa Zbysia. G., który w ich oczach był prężnym działaczem z Łęcznej, uzyskującym pomoc z puli na represjonowanych. Już później, kiedy kandydowałem na szefa Regionalnego NSZZ"S", Zbysio G. i Węglarz szerzyli wszem wieść, iż jestem ubecką wtyką, co prawda wybory wygrałem, zostały one sfałszowane, bo nikt inny nie mógł zostać szefem organizacji, jak ktoś z klucza, o kombatanckiej twarzy. Żądałem protokołów i miałem do tego prawo, jako delegat i kandydat, jednak nie udostępniono mi ich. Moje publikacje znalazł także Zbysio G., nawymyślał mi od różnych, że śmiałem pisać o nim, iż (w domyśle trzeba tu zaznaczyć) jest ubecką świnią, toteż okrutnie pogniewał się na mnie, bo należy zaznaczyć, że jemu tamto wszystko - chociaż na pozór, to zapomniałem.   Kawał z brodą, pewien pan drugiemu panu. Pewien działacz opozycyjny Z.G. z miasta Ł. w czasie stagnacji był mało operatywnym działaczem na swoim terenie. Swoją opieszałość tłumaczył tym, iż jest w Krajowej Komisji Koordynacyjnej podziemnych struktur „Solidarności” i nie może się narażać(od tego miał zresztą chłopców do bicia). Pewnego razu na zjeździe działaczy „S” operatywny działacz ze Śląska pan Alojz Pietrzyk powiedział jemu „słuchaj Zbychu, dziwię ci się, że wasze środowisko jest martwe, chyba kiepsko działasz kolego”. Pan Z. z wielkim oburzeniem powiedział innemu panu Irkowi Haczewskiemu stojącemu opodal: „ty wiesz, jak on mnie wkur.ił, mówił, że się u nas nic nie działa, przecież u nas prześladują”.  Z tego nasuwa się kawał: W czasie okupacji spotyka się ślązak z warszawiakiem. Warszawiak opowiada jemu, jak to w Warszawie przeprowadzają śmiałe akcje, dokonują zamachów, odbijają więźniów z gestapo, wykonują wyroki śmierci na konfidentach i folksdojczach. Ślązak w pełnym ubolewania głosie stwierdza, „wam to dobrze, tyle możecie, gdy u nas wszystko jest zabronione”. Cha, Cha, Cha, Cha, Cha, Cha, Cha, Cha. 11 marca 1988 Nie zdradzam tutaj tego działacza z miasta Ł, aby mu zdemaskowaniem nie zaszkodzić, bo kto wie co u nas można. 22 maja 2014   Lata osiemdziesiąte, z powiewem odnowy zafundowały mi kolegę, także Zbyszka. ale R., razem piliśmy, uczestniczyliśmy w imprezach, mieszkaliśmy na różnych piętrach tego samego bloku hotelowego, dałem jemu do mego pokoju klucz, wolał przebywać u mnie, kiedy byłem poza pokojem, bo pokój mój był urządzony w stylu mieszkania i nim był. Wybuchła wojna Jaruzelska, wyciągałem Zbyszka R. do tworzenia po nocy graffiti politycznego, niepodobającego się czerwonym, ubolom i milicji. Mój pokój był zawsze gotowy do rewizji, zaś farby, bibuły, ulotki były zdeponowane w schowku jego pokoju. To był człowiek któremu bezgranicznie ufałem, on odwiedzał mnie na wiosce, gdzie siedziałem "pod podłogą", kiedy z pod niej już mnie wygrzebali nadal mieliśmy ze sobą przyjazny kontakt. Byłem u niego na ślubie i weselu, żywo uczestniczyłem w narodzinach dzieci, był posiadaczem samochodu, więc po spotkaniach konspiracyjnych - proszony, odwoził moich gości, np. Danę Winiarską, żonę Jacka Kuronia. Po jakichś niesnaskach z jego nielubiącą mnie żoną, nasz kontakt na długie lata się urwał, aż w ubiegłym roku zgłosiłem jego, jako świadka do sprawy z tamtych gorących dni wojennego ciemiężenia. Gdy wszedłem do sądu, mój dawny kolega bezpardonowo naskoczył na mnie - jak śmiałem bez jego wiedzy podać go za świadka i o co tu chodzi? - kiedy powiedziałem; przecież byliśmy kolegami, - ten nie hamując się, wprost krzyczał, jakimi kolegami, nigdy nie byliśmy kolegami. Przykre!  5 marca 2015
Zaloguj się, aby oddać głos
0

Dodaj odpowiedź:


Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz: