Przeglądarka, z której korzystasz jest przestarzała.

Starsze przeglądarki internetowe takie jak Internet Explorer 6, 7 i 8 posiadają udokumentowane luki bezpieczeństwa, ograniczoną funkcjonalność oraz nie są zgodne z najnowszymi standardami.

Prosimy o zainstalowanie nowszej przeglądarki, która pozwoli Ci skorzystać z pełni możliwości oferowanych przez nasz portal, jak również znacznie ułatwi Ci przeglądanie internetu w przyszłości :)

Pobierz nowszą przeglądarkę:

Użytkownik

W 23 rocznicę Świdnickiego protestu

Utworzony przez jacek dyć, 25 lutego 2015 o 22:41
Świdnicki protest.   Świdnik jak i Łęczna, bez tradycji miejskich sztucznie do życia powołane, jednak świdniczanie potrafili w zdyscyplinowaniu dziennik zbojkotować, będąc tam ujrzałem uliczne marsze i telewizory w oknach powystawiane, zlepek ludzi w obliczu zaistniałego stanu wojny pokazał jak się zachować,  przenieść chciałem owe postępowanie do dużej aglomeracji Lublina, on miał tradycje pokoleniowe, place zebrań i pomnik niepodległości, plan wprowadziłem w życie, w zamiarze towarzyszyła mi dziewczyna, celem był pomnik, a spod niego zomowcy gonili nieproszonych gości, nie zważając na MO złożyliśmy kwiaty, czekając co dalej z tego wyjdzie, ktoś śmielszy zatrzymał się, tak dosyć szybko powiększała się ilość ludzi, powiedziałem; powtarzajcie innym niech nikt nie odchodzi gdy przyjdzie, wiedziałem że muszę działać szybko nim ZOMO zapał wszystkim ostudzi, zebrała się ciżba i zajechały autobusy z ZOMO na pl. Polskiej Uni i Litwy, powiedziałem by pl. stał się miejscem zebrań lublinian wzorem Świdnika, przerażeni wszyscy, ktoś zaproponował by intonować wspólne modlitwy, mówię; nie uciekajcie, rozchodźcie się bardzo powoli, ich nakręca panika, oczekuję was co dzień pod pomnikiem w godz. emisji dziennika wieczornego, idźcie spokojnie, nie dając poznać po sobie lęku przed naszymi oprawcami, myślę że tłumnie przybędziecie, informując o tym swoich, a i przygodnego, udałem się na flankę zomowców z wyciągniętą ręką z naszymi dokumentami, przywarło do nas jakieś przygodne dziewczę o pytającym wyrazie twarzy, mnie na tyłku też skóra cierpła, choć z nami nie lękaj się jej powiedziałem, spokojnie, wyjmij dowód osobisty, będziemy widzieć co się nam przydarzy, jakoś przestałem myśleć o siebie, o bezpieczeństwo zebranych się lękałem, na dzień zaplanowanego lutowego mitingu plac zomowcy okupowali licznie, zaś wielkie masy przybyłych tuż w sąsiedztwie pod pocztą główną się zebrały, co odważniejsi podchodzili składać kwiaty, wyglądało to z goła heroicznie, podstawione suki milicyjne, aż w szwach od zatrzymanych kamikadze pękały, następne dni nie różniły się, nic twórczego, prócz wyzwisk skandowanych, ubecy nie spali, w tłum prowokatorów wtykali, jakoś wykazać się musieli, nie chciałem tego tak ciągnąć bezowocnie, szkoda dni tak marnowanych, rycerz grunwaldzki smacznie nadal spał, a diabli wolność zebrań wzięli.   Przepraszam za przejęzyczenie w nagłówku, powinno być w 33 rocznicę, jak ten czas szybko płynie. Pozdrowienia dla burmistrza Jaksona
Ostatnio edytowany 26 lutego 2015 o 00:47
Zaloguj się, aby oddać głos
0
czy to prawda, że solidarność tworzyli członkowie pzpr?, a ich dzieci zajmują obecnie eksponowane stanowiska w administracji i zyciu publicznym, lub są politycznymi działaczami obecnych elyt?
Zaloguj się, aby oddać głos
0
czy to prawda, że solidarność tworzyli członkowie pzpr?, a ich dzieci zajmują obecnie eksponowane stanowiska w administracji i zyciu publicznym, lub są politycznymi działaczami obecnych elyt?
Tak właśnie jest,administracja,telewizja [ wszystkie środki publicznego ogłupiania ] i tzw. wymiar sprawiedliwości,ogólnie rozumiany,POlszewia,POstkomuna,agentura POstsowiecka,cała ta konfidencja aparatu ucisku i represji. Dla normalnych z czystą du pą niestety wszystkie drzwi są dzisiaj POzamykane,odbija nam się czkawką do dzisiaj brak lustracji i dekomunizacji tych środowisk.
Zaloguj się, aby oddać głos
0
GDY WIEJE WIATR HISTORII, LUDZIOM JAK PIĘKNYM PTAKOM ROSNĄ SKRZYDŁA, NATOMIAST TRZĘSĄ SIĘ PORTKI PĘTAKOM. Konstanty Ildefons Gałczyński 1953   napiszmy historię od nowa, bo prawdy są trzy, moja, twoja i gó..o prawda
Zaloguj się, aby oddać głos
0
Prawda!!!?. Trzy filozoficzne prawdy są, o czym w coś wierzący chyba nie wiecie, może prawda, gówno prawda, prawda, a nią rzadko się szprycujecie, ona rozczarowuje i z wyobrażeń fałszywych, jak brzytwa goli, dlatego w zakłamaniu wolicie żyć, bo prawda ciężką jest i boli, w maję spowici, ułudę za oczywistą prawdę przyjmujecie, tym poziom umysłu swego do rangi ignorancji niwelujecie. Prawdę o wiedzy duchowej mas media winny wszem rozgłaszać, miast namolnie reklamami szprycować, do Boga winny spraszać, i cóż, że TV już przestała kłamać, gdy prawdy nie powie, ale cóż wam po prawdzie ludziska, gdy sieczka w głowie, zatem chrześcijaninie oglądaj program z Niepokalanowa, a po opuszczeniu ciała, rodzić się w innych będziesz odnowa. Dzieciakom na starcie, też złe wartości telewizja zaszczepia, głupimi, pełnymi brutalności kreskówkami, umysł zasklepia, dla motłochu przecież lepiej jest pokazać Kopperfielda sztuki, niż odsłonić prastarej Bhagavat-gity, wzniosłe duchowe nauki, więc nie bojkotuj draństw i głupoty, którą TV cię szprycuje, skąd będzie pożywkę brała, bez twej aktywności zbankrutuje, naiwnością jest obawiać się, że nabierzecie prawdziwej moralności, nie ucichnie fałszu głos, gdy brak w narodach duchowej doskonałości, która jest w religii prawdziwą, pozbawioną fanatyzmu i fałszu pobożnością, zatem przestawienie się TV na krzewienie wiedzy o duszy, jest powinnością. Bóg u zarania, tak to skonstruował, że Ziemia wiruje jak bez pamięci, co ci tam Bóg i prawo Jego, ciebie szmal, haj, seks, kira, i żarcie kreci, już słyszę, jak poniektórych urażają wywody mej ostrej pisaniny, szanowna Pani i ty wytworny Panie, pewnie nie jesteście bez winy, bo ten kto czyni dobrze i opływa w przykładu daleko idącej moralności, nie zraża go ostrych słów krytyka, on wie, że u ignorantów złość gości.
Zaloguj się, aby oddać głos
0
I co myśleć o tym wszystkim?   Ten tekst zacznę dość patetycznie i by ująć całość spiszę lakonicznie. W siedemdziesiątych latach wyszedłem z paki, a tam by nie dać się zgnoić i być człowiekiem należało bez kozery ciągle walczyć. Wróciłem na Śląsk, ale już stan zdrowia nie kwalifikował do pracy pod ziemią. Po przepracowaniu paru miesięcy na powierzchni, ruszyłem w Polskę i znalazłem się za sprawą szybkich palpitacji serca w strefie B. Trzeba było z czegoś żyć, toteż podjąłem pracę w FSC i nie popracowałem długo, zmieniałem zakłady pracy jak przysłowiowe rękawiczki. Byłem młody i gniewny, jednak potrafiłem panować nad swym temperamentem do pewnego stopnia, póki ktoś nie umiał uszanować moich argumentów, wtedy argumentem stawała się pięść, nawet moja ukochana nazywała mnie szybką ręką. Zawsze dochodziło do tego, że byłem wzywany do kadr, albo przełożonego, gdzie dawano mi propozycję nie do odrzucenia - albo pan się zwolnisz na własne żądanie, albo dostanie pan wypowiedzenie od nas. Powróciłem na Śląsk, by zostać oddelegowanym u schyłku siedemdziesiątych lat na Bogdankę, do strefy - i to bez przesady bee. Społeczeństwo tworzące to środowisko, to ludzie o celach partykularnych, oczekujący na przydziały mieszkań i talonów na auta, była to zbieranina chłoporobotników i tych co już zaprzestali nimi być, gdyż z latami zdążyli zasymilować się jako tako z miastem. Można by określić to jednym słowem, zjechali tu nieudacznicy z kopalń miedzi i węgla, prawie wszyscy, którym nie wyszło na starych śmieciach, a partia była dla nich gwarantem stabilizacji i dorobku, i nie byli to fachowcy z pierwszych szeregów, ale patrzyli jedynie swojego ja, by nie wyrzucono z hotelu, z pracy, nie zabrano premii i dodatków przysługujących górnikowi, zatem sprawy godności były dalekie, a dostatek na pierwszym miejscu. Już na samym starcie musiałem pokazać swoje umiejętności klientowi, jednemu z wielu, z olbrzymich zdjęć porozwieszanych na terenie raczkującej kopalni, one ukazywały przodowników partii. Po Jurku G. byli i następni, więc nie musiałem się temperować, gdyż z czasem wiedziano na co mnie stać. Jednak, wreszcie wypowiedziano mi stosunek o zatrudnienie z ukryciem powodów politycznych - bez uzasadnienia. Miałem kolegę Zbyszka G., był pierwszy przed ołtarzem, chyba i po dary na plebanii, pośród społeczności górniczej uchodził także za jednego z pierwszych działaczy podziemia. Malowaliśmy napisy, plakatowaliśmy w miarę możliwości i konspirowaliśmy po trosze razem. Od niego brałem duże ilości podziemnej prasy, (gdy jeszcze pracowałem) obdzielałem nią współpracowników, a także rozdzielałem pomiędzy tych, którzy swym krzykactwem zdawali się być odpowiednimi do tego osobami, jednak bibuła lądowała w koszu, a najczęściej trafiała do tych, którym i ja dawałem większe ilości do kolportarzu. Niby w ramach represji mojego kolegę od konspiracji przerzucano z miejsca na miejsce, pomiędzy nowe twarze robotników i nigdy na tym nie tracił stawki dołowego zaszeregowania, mimo iż zatrudniano go na powierzchni. Doszło nawet do konfiskaty auta, w którym miał jakieś bibuły, a jednak nie zwolniono go z pracy, gdy innych wywalano bezpardonowo za otworzenie gęby przeciw władzy. Osamotniony, bez środków do życia siedziałem sobie pod podłogą, jednak nie bezczynnie, a ten do dzisiaj nawet nie wie gdzie tak naprawdę się ukrywałem, jakoś nie miałem do niego zaufania od początku, chociaż nigdy mnie nie sprzedał - tak myślę. Partnerka życia otrzymała wraz z narodzinami dziecka mieszkanie, była atrakcyjną kobietą. Zamieszkaliśmy razem, a ubecja nadal szalała w poszukiwaniu Jacka D. Naszą dziuplę zaczął nawiedzać systematycznie Zbysio. G., miał kontakt i osobistą pomoc podziemia (dla siebie). Widział i wiedział doskonale w jak złym położeniu jestem, jako ścigany i bezrobotny, ale mniejsza o to, obiektem zainteresowania stała mu się Terenia, czego ona jemu nie odwzajemniała. Często nie bywałem w domu, tym sposobem jakoby wyreżyserowałem dla niego możliwość posunięcia się do pozyskania branki. W odpowiednim czasie i w odpowiedniej chwili wszedłem do ciemnego mieszkania, uniemożliwiając mu tym zgwałcenie mojej kobiety. Od tej pory moje stosunki z nimi zaczęły ostygać, poszedłem na całość w działalności opozycyjnej. Znalazłem ukrywane przez Zbysia dojścia do ludzi opozycji, w spotkaniu z nimi na KULu ich zdziwienie było wielkie, zachodzili w głowę, jak to się stało, że pozostawałem bez pracy i pomocy i jak to możliwe, że nikt o tym nie dał znać podziemiu, wychwalali pod niebiosa Zbysia. G., który w ich oczach był prężnym działaczem z Łęcznej, uzyskującym pomoc z puli na represjonowanych. Już później, kiedy kandydowałem na szefa Regionalnego NSZZ"S", Zbysio G. i Węglarz szerzyli wszem wieść, iż jestem ubecką wtyką, co prawda wybory wygrałem, zostały one sfałszowane, bo nikt inny nie mógł zostać szefem organizacji, jak ktoś z klucza, o kombatanckiej twarzy. Żądałem protokołów i miałem do tego prawo, jako delegat i kandydat, jednak nie udostępniono mi ich. Moje publikacje znalazł także Zbysio G., nawymyślał mi od różnych, że śmiałem pisać o nim, iż (w domyśle trzeba tu zaznaczyć) jest ubecką świnią, toteż okrutnie pogniewał się na mnie, bo należy zaznaczyć, że jemu tamto wszystko - chociaż na pozór, to zapomniałem.   Kawał z brodą, pewien pan drugiemu panu.   Pewien działacz opozycyjny Z.G. z miasta Ł. w czasie stagnacji był mało operatywnym działaczem na swoim terenie. Swoją opieszałość tłumaczył tym, iż jest w Krajowej Komisji Koordynacyjnej podziemnych struktur „Solidarności” i nie może się narażać(od tego miał zresztą chłopców do bicia). Pewnego razu na zjeździe działaczy „S” operatywny działacz ze Śląska pan Alojz Pietrzyk powiedział jemu „słuchaj Zbychu, dziwię ci się, że wasze środowisko jest martwe, chyba kiepsko działasz kolego”. Pan Z. z wielkim oburzeniem powiedział innemu panu Irkowi Haczewskiemu stojącemu opodal: „ty wiesz, jak on mnie wkur.ił, mówił, że się u nas nic nie działa, przecież u nas prześladują”.  Z tego nasuwa się kawał: W czasie okupacji spotyka się ślązak z warszawiakiem. Warszawiak opowiada jemu, jak to w Warszawie przeprowadzają śmiałe akcje, dokonują zamachów, odbijają więźniów z gestapo, wykonują wyroki śmierci na konfidentach i folksdojczach. Ślązak w pełnym ubolewania głosie stwierdza, „wam to dobrze, tyle możecie, gdy u nas wszystko jest zabronione”. Cha, Cha, Cha, Cha, Cha, Cha, Cha, Cha. 11 marca 1988 Nie zdradzam tutaj tego działacza z miasta Ł, aby mu zdemaskowaniem nie zaszkodzić, bo kto wie co u nas można. 22 maja 2014   Lata osiemdziesiąte, z powiewem odnowy zafundowały mi kolegę, także Zbyszka. ale R., razem piliśmy, uczestniczyliśmy w imprezach, mieszkaliśmy na różnych piętrach tego samego bloku hotelowego, dałem jemu do mego pokoju klucz, wolał przebywać u mnie, kiedy byłem poza pokojem, bo pokój mój był urządzony w stylu mieszkania i nim był. Wybuchła wojna Jaruzelska, wyciągałem Zbyszka R. do tworzenia po nocy graffiti politycznego, niepodobającego się czerwonym, ubolom i milicji. Mój pokój był zawsze gotowy do rewizji, zaś farby, bibuły, ulotki były zdeponowane w schowku jego pokoju. To był człowiek któremu bezgranicznie ufałem, on odwiedzał mnie na wiosce, gdzie siedziałem "pod podłogą", kiedy z pod niej już mnie wygrzebali nadal mieliśmy ze sobą przyjazny kontakt. Byłem u niego na ślubie i weselu, żywo uczestniczyłem w narodzinach dzieci, był posiadaczem samochodu, więc po spotkaniach konspiracyjnych - proszony, odwoził moich gości, np. Danę Winiarską, żonę Jacka Kuronia. Po jakichś niesnaskach z jego nielubiącą mnie żoną, nasz kontakt na długie lata się urwał, aż w ubiegłym roku zgłosiłem jego, jako świadka do sprawy z tamtych gorących dni wojennego ciemiężenia. Gdy wszedłem do sądu, mój dawny kolega bezpardonowo naskoczył na mnie - jak śmiałem bez jego wiedzy podać go za świadka i o co tu chodzi? - kiedy powiedziałem; przecież byliśmy kolegami, - ten nie hamując się, wprost krzyczał, jakimi kolegami, nigdy nie byliśmy kolegami. Przykre!  5 marca 2015
Ostatnio edytowany 5 marca 2015 o 19:03
Zaloguj się, aby oddać głos
0

Dodaj odpowiedź:


Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz: