W 1990 roku napisałem artykuł w formie wywiadu. Jako, że żadna prasa (już wtedy wolna) w obawie przed Solidarności władzami nie chciała podjąć ryzyka jego publikacji, udałem się do pro peerelowskiej gazety Dziennika Lubelskiego.  Artykuł przyjęto z chęcią, pewnie by pokazać Solidarności i czytelnikom, jaka nie jest demokratyczna. Tekst ukazał się w wydaniu, jednak nazwisko pod artykułem zostało tak, jakby gumką nieumiejętnie wytarte, tworząc wrażenie, iż, to się stało jakoś, nie wiadomo jak. Udałem się z pretensją do red. naczelnego, który wmawiał mi, że akurat trafił mi się taki egzemplarz. Zatem poprosiłem go, aby pokazał mi inne egzemplarze, których w redakcji z pewnością jest bez liku. Jak okazało się cały nakład wyglądał tak samo. Kiedy byłem już na schodach, dogonił mnie jakiś pan, rozglądając się uważnie, półgłosem opowiedział mi jak się to stało. Otóż, gdy matryce były już gotowe i miał nastąpić proces drukowania, jakiś ktoś zadzwonił do ZR NSZZ „S”, że ukazać się ma w dzisiejszym numerze, taki, a taki artykuł J.D. Pan Węglarz kategorycznie zakazał druku. Dostawcy czekali na nakład, jak i kioski całej Lubelszczyzny na południową prasę, więc nie było czasu na wysmażenie nowych blach, z nowym tekstem w okienku po moim tekście, zatem dogadano  się z panem Stasiem, by wyretuszować, chociaż podpis, więc zrobiono, to tak, aby czytelnicy myśleli, iż przez nieuwagę zamazało się nazwisko autora teksu. Poniżej zamieszczam przedruk z owego feralnego numeru listopadowego.   Nie zapominać!   - Minęła dziesiąta rocznica lubelskich strajków. Był to okres kombatanckich wspomnień z lat prześladowań „Solidarności”. Wielu z podziemnych działaczy pozajmowało wysokie stanowiska, niektórzy słusznie, a niektórzy robią karierę i urządzają się wygodnie. Ale od wszystkich oczekujemy, żeby pamiętali, że nie tylko własnym wysiłkiem zdobyli te fotele, ale zawdzięczają to setkom, tysiącom ludzi działających w Polsce, dla „Solidarności”, którzy obecnie pozostali w cieniu. Albo zapłacili cenę najwyższą. Tymczasem w powodzi wspomnień, zapomniano o działaczu „Solidarności” ze Świdnika – Leszku Świderskim. Jego pogrzeb odbył się na Majdanku, krótko po zniesieniu stanu wojennego. Stał się wielką manifestacją. Żona L. Świderskiego – Bożena – mówi: - Szacunku nie można mierzyć liczbą uczestników pogrzebu. 25 marca 1983 roku demonstrowano nienawiść do komuny i SB. Leszek był człowiekiem dobrym i skromnym. Od śmierci jego upłynęło siedem i pół roku. Cisza wokół Jego osoby w 10 rocznicę lubelskich strajków lipcowych świadczy o tym, że „Solidarność”, za którą oddał życie – zapomniała o nim. P. Bożena wspomina tamte dni: - 17 grudnia wojsko brutalnie spacyfikowało WSK pałami i gazem. Gdy mąż wrócił, gaz palił nas wszystkich w oczy. Następnego dnia przyszło czterech rosłych zomowców aresztować męża. Mijały dni, a on nie wracał. Poszłam, więc na milicję dowiedzieć się, co z nim. Zostałam przyjęta wulgarnie, jeden powiedział: - „Ubierzesz jeszcze kilka razy choinkę nim męża zobaczysz”. Dopiero w styczniu dowiedziałam się, że jest we Włodawie. Zaczęłam czynić starania, żeby dostać widzenie. Ile upokorzeń trzeba było znieść! Pierwszy raz 13 stycznia 1982 czekałam na wpuszczenie aż siedem godzin. Gdy ujrzałam go, to był wprost nie do poznania: załamany, postarzał się, chyba o dwadzieścia lat. Zmarnowali mu zdrowie. Gdy spytałam:, „co ci jest, wyglądasz tak mizernie?” Odrzekł cichym, załamanym głosem” – „Nie mogę tego pojąć, że Polak Polakowi zgotował taki los. I za co, dlaczego? Nikomu przecież nic złego nie zrobiłem”. Byłam zrozpaczona, nie wiedziałam jak mogę mu pomóc. Później męża przeniesiono do Lublina. Odwiedzałam go raz w miesiącu. Nigdy nie zapomną zgrzytu bram i drwin milicjantów dopóki żyć będę. Pozostawiło to ślad w mojej psychice już na całe życie. Zwolnili go 21 lipca 82r. Wrócił przygnębiony i zmizerowany. Powrócił wprawdzie do pracy wykonywanej od prawie 30 lat, ale zaczął chorować. Zmarł w szpitalu kolejowym 22 marca 1983 roku. Profesor, który go leczył, powiedział: bardzo cierpiał, „nowotwór więzienny” zrujnował go. Ten człowiek przeszedł piekło.   Należałoby tutaj zaznaczyć, iż internowani pierwszego rzutu byli traktowani ulgowo, w przeciwieństwie do wszystkich tych, którzy byli zatrzymywani już po 13 grudnia, ci już byli przestępcami. 1 maja 2014    
Zaloguj się, aby oddać głos
0