Przeklejam z głównej - to chyba lepsze miejsce. Piękne miejsce, świetne jedzenie, znakomita obsługa - i to wszystko za pół ceny! Brzmi nieźle? Dla mnie zabrzmiało jak najlepsza muzyka - dlatego kiedy znany lubelski lokal "Old Pub" zaproponował przetestowanie swojej nowej oferty z pomocą serwisu "Groupon" nie wahałem się ani minuty. Niestety, los jak to zwykle bywa płata nam niespodzianki. Romantyczna kolacja przy świecach musiała zostać na dłużej zastąpiona przez szpitalne łóżko i co najwyżej kiepski fastfood z dowozem. No cóż - jak to mówią "życie to jest to, co zdarza ci się się kiedyś snujesz plany" - jako że na kuponie napisano wyraźnie "oferta ważna tylko w lokalu" pozostało mi tylko smętne spoglądanie na kalendarz i odliczanie dni do momentu w którym smakowity szaszłyk rozpłynie się w niebycie czasu. Na szczęście moje smętne spojrzenie zbitego buldoga nie mogło umknąć mojej Misi. Litościwe "Dobra, daj ten kupon, pojadę na miejsce i ci coś przywiozę" dało mi szansę wyrobienia sobie opinii o ich nowej ofercie i poczucia chociaż odrobiny smaku życia "za szpitalnym oknem". Niestety - wizyta Miśki "na miejscu" (zgodnie z wymogami Groupona) spowodowała w nas obojgu absolutną konsternację oraz całą masę dziwnych myśli i podejrzeń - z resztą oceńcie sami. Pierwsze pytanie do kelnera czy mogą zapakować jedzenie na wynos zostało skwitowane podejrzliwym spojrzenie i kategorycznym " my nie pakujemy jedzenia na wynos". Jak to nie pakujecie? Nigdy? A co robicie z resztkami? Kucharz was rozlicza z niedojedzonych kotletów i rozpaćkanych ziemniaków? Jako że nigdzie nie dało się wyczuć charakterystycznego zapachu zwierząt hodowlanych myśl straszliwa i gwałtowna nieodparcie zaczęła kiełkować w głowie Miśki (i mojej też, po jej alarmującym telefonie). Na szczęście zawsze przecież zostaje pani menadżer która na pewno znajdzie wyjście z każdej, nawet najtrudniejszej konfuzji. Całkiem miła (jeszcze wtedy) pani po wysłuchaniu naszej historii przez telefon (gdyż ciałem była akurat nieobecna) stwierdziła "doskonale rozumiem państwa przykrą sytuacją, postaram się problem zapakowania jedzenia za ewentualną dodatkową opłatą (co zasugerowaliśmy) rozwiązać w ciągu doby z właścicielem lokalu (!), proszę czekać na telefon jutro przed południem". Następnego dnia, pełen nadziei, ze wstrętem odrzuciłem kapuśniak i morszczuka który "wydawano" na obiad czekając na obiecane smakołyki. Niestety - ku mojemu rozczarowaniu Miśka przyszła z pustymi rękami. Okazało się że po dobie analizowania problemu pani (już nie miła) menadżer rzuciła przez telefon oschłe "nie mamy możliwości pakowania jedzenia, ma pani dwa dni na wykorzystanie (zjedzenie samemu porcji dla dwojga? szybkie znalezienie kochanka? odsprzedaniu komuś przed wejściem do restauracji?) kuponu i na tym kończymy temat". No cóż - pani menadżer bohatersko zaoszczędziła dla właściciela parę złotych (co jak rozumiem jest jej jedynym zadaniem), za to ja poznałem być może sekret zagadkowo dużej porcji "placka po węgiersku" wzmiankowanego w jednej z recenzji opublikowanej w serwisie "Gastronauci". W tym momencie, jako człowiek już nieco leciwy, pozwolę sobie przypomnieć starą prawdę - pamiętajcie, jeżeli ktoś jest chorobliwie chytry to chorobliwie chytry będzie we wszystkim co robi. Na koniec życzę wszystkim potencjalnym gościom restauracji "Old Pub" smacznego piwa z beczki, pełnych alkoholu drinków oraz szczególnie smakowicie pachnących gulaszów - tylko jakby co, to pamiętajcie - ja ostrzegałem
Zaloguj się, aby oddać głos
0