Koncert jak koncert - płyta Prąd stały/Prąd wywołuje większe emocje medialne niż muzyczne. Przesłuchałam ją kilkanaście razy przed koncertem, i o ile z Gospel po takiej ilości przesłuchań potrafiłam nucić i cytować utwory - o tyle z nową płytą nie weszłam w żadną zażyłość - już została usunięta z repertuaru mojej empefujki. Nie zachwyca. Jakby to powiedział parodiowany bohater Upadku - brakuje jej "pier.dol.nięcia". Na koncerty Lao chadzam regularnie - jak tylko grają w Lublinie i muszę przyznać, że są coraz mniej spontaniczne - tak ze strony zespołu jak i publiczności. Tym razem miałam okazję stać pod samą sceną - i nie dało się nie zauważyć kartki z listą utworów, które mają być zagrane...nie tylko na koncercie, ale i na bis.. Może jestem zbyt idealistyczna, ale razi mnie wszystko co trąci jawną komercją. Wiem, że oni z muzyki żyją - w sensie fizycznym, ale w sensie metafizycznym miałam nadzieję, że napędza ich pasja do muzyki i fani - i w tym kontekście żyją muzyką, a nie z muzyki. Po koncercie mam mieszane uczucia. Chociaż chwała im za to, że i tak nie zagrali wszystkiego co było przewidziane na bis, gdy zauważyli, że ludzie wychodzą. A pamiętam pierwszy koncert, na którym byłam dwa lata temu - zagrali trzy bisy! Bez ściemy i bez listy.. Większą furorę zrobił Bazjel, o którym autor recenzji nie raczył wspomnieć, a warto. Bo Bajzel to nie byle jakiś tam support - to dla niego przyjechała cała ekipa ludzi z Warszawy. Bajzel gra rzadko, najczęściej w kameralnym gronie, nie zależy mu na oszałamiającej popularności, nie wpycha się ze swoją muzyką "pod strzechy". Gra dla wąskiej grupki fanów - i zawsze robi to z uczuciem. To był mój trzeci koncert Bazjla - i co jeden to inny, nie lepszy, nie gorszy - inny. Jednakowo wciągający i elektryzujący. Muszę powiedzieć, że żałuję, że to nie on zagrał cały koncert, a Lao Che było supportem. Odwrócone role zdecydowanie każdemu z nich wyszłyby na dobre - Bajzlowi w sensie finansowym, Lao Che - lekcji pokory.
Zaloguj się, aby oddać głos
0