wtorek, 4 sierpnia 2015 r.

"Złote żniwa”. Nowa książka Jana Tomasza Grossa

Dodano: 29 grudnia 2010, 18:31

Informacja o premierze książki Jana Tomasza Grossa "Złote żniwa” przygotowywanej przez krakowski "Znak” na luty 2011 roku elektryzuje już opinię w Polsce.

"Złote żniwa” są kontynuacją bolesnego nurtu rozliczeniowego kwestii relacji polsko-żydowskich podczas okupacji i po niej, zapoczątkowanego "Sąsiadami”, a kontynuowanego w "Strachu”.

Jan Tomasz Gross sięgnął w nich po mało znane i na ogół chętnie skrywane fakty, które nie wystawiają najlepszego świadectwa polskiej solidarności ze skazanymi przez Hitlera na eksterminację "żydowskimi braćmi”. W Jedwabnem lokalny motłoch podpala żywcem w stodole swoich żydowskich sąsiadów.

W "Strachu” pokazany jest klimat odrzucenia ocalałych z Holocaustu polskich Żydów, powracających do swoich domów, w których mieszkają już inni ludzie. Zwykle bardzo dalecy od chęci ustąpienia miejsca prawowitym właścicielom. W ekstremalnej formie ta "niechęć” przeradza się w akty agresji i pogromowej zbrodni.

Do napisania "Żniw” (wespół z Ireną Grudzińską-Gross), zainspirowała autora fotografia przedstawiająca chłopów z okolicy Treblinki zatrzymanych przez milicję podczas rozkopywania i okradania masowych mogił. Na zdjęciu są i "kopacze” i ich "łapacze”. Żadna groza z obrazu nie bije, atmosfera piknikowa.

W swych badaniach autor sięgnął do relacji świadków, dokumentacji znajdującej się w zasobach archiwalnych i IPN, a także wcześniejszych publikacji. Wyłania się ponury obraz. Jak ma być inaczej, kiedy ma się do czynienia np. z wypowiedzią byłego kierownika muzeum-obozu w Treblince, Tadeusza Kiryluka:

"Jeden z tutejszych kupił sobie za żydowskie złoto hurtownię w Warszawie [...] Jeden z tutejszych wysiał łubin. Poszedł w pole, a na roślinie wisi złota obrączka. Zaraz poszedł z rodziną i pole przekopali. Ryli ziemię ojcowie, matki, potem dzieci kopały i wnuki, na koniec to już aparaty mieli, wykrywacze metalu. Jeden chciał mnie zabić, milicjant z Warszawy, się okazało.[...]”

Józef Górski, ziemianin z odległego o 10 km od Treblinki Ceranowa, działacz Narodowej Demokracji, pisał:

"Gospodarze tej wsi [Wólki] wysyłali swe żony i córki do ukraińskich strażników zatrudnionych w obozie i nie posiadali się z oburzenia, gdy te kobiety przynosiły za mało pierścionków i innych kosztowności pożydowskich, uzyskanych w zapłatę za osobiste usługi [...].

Strzechy znikły zastąpione blachą, a cała wieś robiła wrażenie Europy przeniesionej do tego zapadłego zakątka Podlasia”.

Wśród zachowanych dokumentów archiwalnych są zarówno raporty dowódców oddziałów Narodowych Sił Zbrojnych, jak i ścigającej ich po wojnie milicji obywatelskiej.

Prócz wszystkiego, co różniło te formacje, występuje zgoda, co do faktu, że okoliczni chłopi z kopania grobów Treblinki uczynili intratne zajęcie i oddają mu się z poświęceniem.

W IPN można znaleźć sprawozdanie komendanta milicji z Kosowa Lackiego: "Teren był strzeżony przez nieznane osoby posiadające broń, które zabraniały wstępu dla niewtajemniczonych i stanowiły straż ochronną dla wydobywających szczątki zegarków, biżuterii, pieniędzy.

[...] Stan taki prowadził do zatarcia śladów masowej zbrodni niemieckiej i groził wytworzeniem się epidemii chorób ludzkich [...] Sporządzaliśmy obławy przepędzając hieny ludzkie, które uparcie wracały, by nadal prowadzić przerwane poszukiwania”.

Do materiałów tych dotarli Piotr Głuchowski i Marcin Kowalskiego opisując w reportażu dla " Gazety Wyborczej” w 2008 roku.

Treblinka nie była zresztą jedynym miejscem, gdzie prowadzono swego rodzaju "redystrybucję” mienia pozostałego po zamordowanych. W archiwum muzeum na Majdanku znajdują się relacje o masowym rozkradaniu butów pozostałych po ofiarach.

Przywołuje je w swej pracy Danuta Olesiuk. Już 2 sierpnia 1944 roku przeprowadzający wizję lokalna wyzwoliciele 69. Armii 1. Frontu Białoruskiego obozu natrafiają na grupę "ponad 10 cywilów” ładujących do worków i widzą innych oddalających się z takim samym ładunkiem. Zalecają pilnowanie mienia przed grabieżą.

26 października tegoż roku do podobnej konkluzji dochodzi wizytujący obóz polski oficer ppłk. Eugeniusz Szyr, który raportuje: "[...] Wg zeznań wartowników codziennie całymi workami, a nawet wozami, wywożą ludzie postronni trzewiki dla celów spekulacji, kosztem ofiar okupanta. [...]”.

Sprawa staje się przedmiotem uwagi także władz centralnych. Naczelny dyrektor Muzeów i Ochrony Zabytków dr Stanisław Lorentz w piśmie z 14 marca 1945 roku poleca "niezwłocznie zorganizować jak najściślejszą kontrolę nad zmagazynowanym w Muzeum obuwiem ofiar hitlerowskich gwałtów”.

Jak wspominali pamiętający tamte czasy lublinianie, w tym zmarły niedawno Marian Wajsbrot, przewodniczący organizacji Żydów lubelskich w USA, który na Majdanku stracił rodzinę – buty obozowe grabiono w dwóch celach: na handel, albo dlatego, że spodziewano się znaleźć w nich ukryte kosztowności.

– Często taki szabrownik miał rozterkę czy odpruwać podeszwę, albo obrywać obcas, a nuż się znajdzie jakiś pierścionek z brylantem, czy jechać na targ z butami. Na ogół najpierw sprawdzano i wtedy zajęcie miał jeszcze szewc naprawiający takie "sprawdzone” buty – wspominał Wajsbrot.

Nie jest trudno wyobrazić sobie reakcję na książkę Grossa. W Polsce zapewne wielu okrzyknie ją jako "antypolską”. Na Zachodzie będzie kolejnym dowodem na to, że Polska, chętnie eksponując własną tragedię wojenną i dokonując ocen jej sprawców, powinna także uważniej spoglądać we... własne lustro.
Czytaj więcej o:
0 komentarzy
Skomentuj
avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)
Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje