środa, 18 października 2017 r.

Kraj Świat

Pacjent pozostawiony sam sobie. Czekał na pomoc wiele godzin, zmarł po zabiegu

Dodano: 4 kwietnia 2017, 08:01

Nowy Dwór Mazowiecki. To, co przez niespełna tydzień przeżył pacjent z Nowego Dworu Mazowieckiego to istne kuriozum. Źle się czuł, poszedł do lekarza, tam skierowano go do szpitala, potem do następnego i znów lekarz pierwszego kontaktu i znowu szpital.

Pani Renata Cybula jest pielęgniarką w szpitalu w Nowym Dworze Mazowieckim. To tam w grudniu trafił jej mąż. Pan Andrzej miał 57 lat. Kilka lat temu przeszedł zawał serca. Od pewnego czasu uskarżał się na ból nogi, która puchła i robiła się coraz bardziej sina. Nie lubił chodzić do lekarzy, ale czuł, że tym razem bez ich pomocy się nie obędzie.

– W środę wieczorem pojechał do szpitala na SOR. Na tym oddziale przebywał do około północy. Później przewieziono go na Bródno, na USG żył. Rano, gdy już poszłam do pracy, zadzwonił mąż, że jest już w domu. Jak oni mogli prawidłowo zrobić to badanie, skoro ta noga była wielkości nogi małego słonia? Okazało się, że szpitala wypuścili go o 3.15. Dla mnie to jest nie do pomyślenia, że oni go o tej porze wypuścili - opowiada Renata Cybula.

Rzecznik Szpitala Bródnowskiego wyjaśnił, że pan Andrzej został zwolniony do domu, ponieważ nie było żadnych podstaw do tego, żeby miał pozostać w szpitalu.

– Mąż mi opisywał całą sytuację, która go spotkała na Bródnie. Lekarz podobno był bardzo zbulwersowany tym, o której godzinie przywożą mu pacjenta do badania. Potem mąż wyszedł z tego szpitala i miał pójść na przystanek, z którego mógł się zabrać pierwszym autobusem. Na drugą stronę trzeba było przejść po schodach. Mówił mi, że on już się tak źle czuł, że myślał, że już nie podejdzie. Mówił, że praktycznie wciągał się po barierce na górę. W międzyczasie się uginał, klękał. Mówił, że prawej nogi już praktycznie nie czuł, już była tak obrzęknięta… - opowiada pani Renata.

Lekarz, który wypisał pana Andrzeja ze szpitala już w nim nie pracuje. Zapytaliśmy specjalistę z wieloletnim stażem, profesora Bieleckiego o opinię w tej sprawie.

– W tym badaniu badający uczciwie pisze, że ze względu na duży obrzęk w prawej kończynie dolnej badanie przepływowe dopplerowskie było utrudnione, ale pozwoliło mu to na wykluczenie zakrzepicy w żyłach kończyny dolnej prawej. Ale jednocześnie pisze, że w obwodowej części udowej tętnicy udowej nie ma przepływu i obok ze znakiem zapytania jest napisane zakrzep, zator. Czyli jakiś problem naczyniowy był. Ten pacjent powinien zostać w szpitalu – wyjaśnia prof. Krzysztof Bielecki.

Po wizycie w Szpitalu Bródnowskim Andrzej Cybula ponownie trafił do lekarza pierwszego kontaktu. Ten znowu skierował go do szpitala z podejrzeniem ostrej niewydolności krążenia. Pani Renata poprosiła o przyjęcie męża do szpitala, w którym pracuje.

– Doktor tak trochę podeszła do mnie dziwnie, stwierdziła, że na weekend to tak nie za bardzo jest po co. Umówiłyśmy się na poniedziałek - mówi Renata Cybula.

Pan Andrzej w poniedziałek został przyjęty do szpitala. Jego karta medyczne zawiera dwa zapisy. Pierwszy zapis jest z 11.35, a drugi jest z godziny 21.24 i to już jest informacja o zgonie pacjenta.

– Jeżeli pacjent jest przyjmowany w trybie pilnym, z takimi objawami niewydolności i dopiero po prawie dziewięciu godzinach jest kolejna informacja stwierdzająca, że pacjent nie ma objawów życia, to rodzi się pytanie czy nikt go wcześniej nie oglądał… - po obejrzeniu karty medycznej pana Andrzeja tłumaczy nam prof. Krzysztof Bielecki.

– Lekarz prowadząca powiedziała mi, że ten poprzedni zawał, który miał, to był bardzo rozległy zawał i praktycznie od tamtej pory mój mąż żył z połową martwego serca. Gdy spytałam jak można żyć z martwym w połowie sercem, zmieszała się trochę i powiedziała, że w takim razie teraz może tak się stało – mówi Renata Cybula.

Rodzina zażądała sekcji zwłok, niezależnej od szpitala i zgłosiła sprawę organom ścigania. Prokuratura wszczęła śledztwo w kierunku narażenia pacjenta na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia oraz w sprawie nieumyślnego spowodowania jego śmierci.

– Z opinii biegłych wynika, że do śmierci doszło na drodze przewlekłej niewydolności krążenia. Ponadto w obrazie sekcyjnym stwierdzono przewlekłe zaawansowane zmiany chorobowe w układzie krążenia – wyjaśnia Łukasz Łapczyński z Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga.

Wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi. Trudno wydawać wyroki, ale też trudno nie dostrzec braku empatii. Prokuratura sprawdzi czy można było uniknąć tej śmierci.

gary
Użytkownik niezarejestrowany
Użytkownik niezarejestrowany
(6) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

gary
gary (4 kwietnia 2017 o 13:13) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Użytkownik niezarejestrowany napisał:
Odpi erdolcie sie od lekarzy. Jak nie będzie sensownych podwyżek, to wszyscy wyjedziemy z tego kraju i będziecie się leczyć u wróżek i szamanów...//. Jak dowiem się,że jesteś lekarzem to w niczym ci nie pomogę. Będzie ok?. Ta wypowiedż dowodzi,że pacjent idący do szpitala musi mieć kopertę, grubą kopertę. Oni mają to w genach- po swoich rodzicach.
Rozwiń
Gość
Gość (4 kwietnia 2017 o 13:02) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Odpi erdolcie sie od lekarzy. Jak nie będzie sensownych podwyżek, to wszyscy wyjedziemy z tego kraju i będziecie się leczyć u wróżek i szamanów.
Rozwiń
Gość
Gość (4 kwietnia 2017 o 13:02) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
start po godzinie 20 na Kraśnickie. Gorączka pod 40*C, brak reakcji na leki przeciwgorączkowe. Po 30 minutach czekania na Kraśnickich ktoś się nami zainteresował - była to pani doktor, która była na dyżurze, wyszła z gabinetu, żeby stwierdzić, że powinienem uciszyć dziecko, bo ona tutaj pracuje. Jak mam uciszyć dziecko, które nie daje się uspokoić, bo ma mdłości, chce wymiotować, ma 40 gorączki i cała jest obolała? Na dwór nie wyjdę, bo na dworze -15*C. Po kolejnych 30-45 minutach pani doktor wyszła i powiedziała, że teraz nie ma czasu, jeśli chcemy być przyjęci w tym szpitalu, to jeszcze w okolicach 2 godzin będziemy musieli poczekać. Jak chcemy od ręki, mamy jechać do innego szpitala. W DSK od momentu wejścia do diagnozy i podania leków było 10-15 minut. Po 2 godzinach wracaliśmy do domu. Rozmawiałem później z różnymi osobami, które dziwiły się, ze w ogóle na Kraśnicką się odważyłem pojechać...
Rozwiń
Gość
Gość (4 kwietnia 2017 o 11:22) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
ale certyfikaty ISO posiadają
Rozwiń
Gość
Gość (4 kwietnia 2017 o 09:40) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Szkoda gadać, w PSK4 po 3 godzinach czekania kazali się zabierać i jechać do innego szpitala, kolejne 6 godzin czekałem z ojcem na Kraśnickich. Przyjęli go na ranem łaskawcy tylko dlatego, że znajomy znajomego wykonał telefon od jeszcze jednego znajomego.
Rozwiń
Zobacz wszystkie komentarze (6)

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!