poniedziałek, 23 października 2017 r.

Kraj Świat

Przez dwie godziny nikt w szpitalu nie chciał założyć dziecku wenflonu

  Edytuj ten wpis
Dodano: 4 marca 2010, 11:17

– Jedni chcą, ale nie potrafią, a drudzy potrafią, ale nie chcą, tak to wygląda – mówi ojciec 7-miesięcznego chłopca, który spędził na bieganiu po szpitalu kilka godzin, bo nikt nie chciał podjąć się wbicia wenflonu.

Jarosław Zatylny z Bytomia Odrzańskiego, w poniedziałkowy wieczór, ok. godz. 20 trafił na szpitalny oddział ratunkowy ze swoim siedmiomiesięcznym synkiem.

– Po przyjeździe musiałem jeszcze wrócić się do apteki, bo okazało się, że małemu trzeba będzie podawać zastrzyki – mówi Zatylny. – Zadecydowano, że najlepszym rozwiązaniem będzie założenie wenflonu, bo wielokrotne kłucie takie malucha to dość duże ryzyko i zdaję sobie sprawę, że dodatkowo jest to trudne zadanie – mówi ojciec chłopca.

Pielęgniarka, która się tego podjęła, po nieudanej próbie skierowała chłopca na oddział dziecięcy, by tam ktoś bardziej doświadczony nakłuł chłopca.

– Zrobiliśmy tak jak nam kazano, ale tam z kolei usłyszeliśmy, że to nie należy do ich obowiązków i mamy ponownie wracać na oddział ratunkowy, skąd przyszliśmy. I tak kilka razy - opowiada ojciec dziecka.

Ciągle ktoś zrzucał na kogoś obowiązek założenia tego wenflonu – mówi pan Jarosław. – Biegaliśmy tak chyba z półtorej godziny, a syn cały czas miał 40-stopniową gorączkę – dodaje. W końcu znalazł się lekarz, który podjął się trudnej sztuki nakłucia małego dziecka.

– Udało się za szóstym razem. Sama operacja wkłuwania trwała jakieś dwie godziny – mówi Zatylny.

Następnego dnia, ojciec chłopca spotkał się z Małgorzatą Stolarską, kierowniczką działu organizacji i nadzoru w nowosolskim szpitalu. – Przyjęła mnie bardzo uprzejmie, wysłuchała, co mam do powiedzenia – mówi pan Jarosław.

– Powiedziała mi wtedy, że problem nie jest nowy, a wynika on z tego, że każdy z oddziałów dostaje na swoją działalność osobne fundusze, więc pracownicy teoretycznie nie muszą robić rzeczy, które są poza ich zbiorem obowiązków – mówi ojciec chłopca.

- Nie mam jakichś szczególnych pretensji do SOR. Chcę żeby panie z oddziału dziecięcego poniosły jakieś konsekwencje. Nie za podjętą decyzje, bo tu są kryte, ale za swoje opryskliwe i niemiłe zachowanie – mówi J. Zatylny. – Jedni chcą, ale nie potrafią, a drudzy potrafią, ale nie chcą, tak to w skrócie wygląda – ojciec chłopczyka rozkłada ręce.

Sprawę krótko komentuje Marek Maślicki, zastępca kierownika szpitalnego oddziału ratunkowego. – To wszystko zależy od ludzi, od ich dobrej woli – mówi. – My na SOR też często robimy rzeczy, których teoretycznie nie musimy robić, przyjmujemy ludzi, którzy równie dobrze mogliby pójść do lekarza rodzinnego.

Oddział ratunkowy nie służy przecież tylko ludziom z wypadków – mówi M. Maślicki. Obiecuję, że przyjrzę się sprawie – dodaje.

Źródło: Gazeta Lubuska
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!