sobota, 18 listopada 2017 r.

Kraj Świat

Seweryn Aszkenazy: Jeden człowiek może czynić wielką różnicę

  Edytuj ten wpis
Dodano: 21 grudnia 2011, 12:20

Seweryn Aszkenazy: Jeden człowiek może czynić wielką różnicę... (Fot. Michał Heller)
Seweryn Aszkenazy: Jeden człowiek może czynić wielką różnicę... (Fot. Michał Heller)

Szpital żydowski w Polsce jest o wiele ważniejszy, niż pseudożydowska knajpa i niby-klezmerska kapela w każdym mieście. To pokazuje bowiem realny związek z polskim społeczeństwem, a nie epatowanie go ocierającym się o hucpę folklorem – mówi Seweryn Aszkenazy, promotor judaizmu i kultury żydowskiej w Polsce


Gdzie jest Pana ojczyzna?

– Jest nią bez wątpienia Polska, gdzie urodziłem się w 1936 roku i Ameryka, gdzie mieszkam od 1957 roku. Z dumą noszę paszporty ich obu.

Jest Pan jednak Żydem...

– Dlaczego "jednak”? Jestem Żydem po prostu. Z urodzenia i religii. Tak samo jak Polakiem i Amerykaninem z racji obywatelstwa i identyfikacji

A to można tak?

– A jest gdzieś powiedziane, że... nie można? Julian Tuwim wielki i genialny polski poeta był Żydem i zwykł był mawiać, że jest nim, bo tak mu się podoba. Z kolei wielki polski historyk i dyplomata, profesor Szymon Askenazy, a nasz znamienity krewny uważał się za Polaka, był zwolennikiem asymilacji żydowskiej i z żydostwem się nie obnosił. To są naprawdę bardzo indywidualne i osobiste sprawy.

Nosi Pan nazwisko Aszkenazy uchodzące w świecie żydowskim za "arystokratyczne” zarówno ze względu na jego pochodzenie, jak też diapazon znakomitych postaci je noszących. Wielu uważa, że jest to w ogóle najsławniejsze nazwisko żydowskie w historii. Ma Pan do niego jakiś szczególny stosunek?

– Nie wiem, co powiedzieć, żeby nie zabrzmiało przesadnie. Myślę, że nikomu nie jest szczególnie nieprzyjemnie, kiedy nosi historyczne i dobrze w historii zapisane nazwisko.
Nazwisko pochodzi od imienia potomka biblijnego Noego. Miał on syna Jafeta, ten syna Gomera, ten zaś – Aszkenaza. Jest on uważany za protoplastę wielu ludów indoeuropejskich, m.in.: Germanów, Skandynawów, Słowian.

Aszkenazyjczykami zaczęto określać od wczesnego średniowiecza ludność żydowską zamieszkującą Europę środkową, wschodnią i częściowo zachodnią, a od XVII wieku również Amerykę. Dla odróżnienia od Sefardyjczyków, Żydów wywodzących się z Europy Południowej i Afryki Północnej. Aszkenazyjczycy stworzyli swój język jidysz

Mieli własny sposób interpretacji Talmudu, którego zasady stworzył Gerszom ben Juda z Moguncji (960-1028), odrębną obyczajowość oraz rytuał, różniący ich od Sefardyjczyków. Odrębną, bogatą kulturę i wyrazistą tożsamość.

Świat aszkenazyjski był celem eksterminacji hitlerowskiej i omal nie został zmieciony z ziemi przez Holocaust. Przetrwawszy, Aszkenazyjczycy stworzyli państwo Izrael, dominują w jego elitach i polityce i stanowią wciąż połowę ludności żydowskiej.

Jeżeli więc ktoś nosi nazwisko Aszkenazy, czyli Aszekenazyjczyk musi to być powodem do dumy. Zwłaszcza jeżeli jest ono obecne w rodzie od stuleci. Nosili je znani i sławni Żydzi, np. związany z Lublinem rabin Jehuda Lejbel ben Meir Aszkenazy, uczony i znawca Talmudu, zmarły w 1597 roku. Jego grób do dziś zachował się na starym cmentarzu żydowskim na Kalinowszczyźnie.

Gdzie się Pan urodził? Czym zajmowała się rodzina?

– Przyszedłem na świat w Tarnopolu. Ojciec Izydor był z wykształcenia chemikiem. Pracował w swoim zawodzie oraz zajmował się handlem artykułami spożywczymi. Matka Bronisława z domu Jabłońska wywodziła się z zamożnej rodziny żydowskiej Bojmanów z Radomia. Była kobietą niezwykłej urody. Grała na fortepianie. Była poliglotką, rozmawiała w pięciu językach: polskim, rosyjskim, francuskim, niemieckim i hebrajskim. Zajmowała się domem i wychowywaniem dzieci, to znaczy starszego o trzy lata brata Arnolda i mnie. Żyliśmy spokojnie i dostatnio.

Aż do września 1939 roku...

– Tak. Wtedy zaczęły się bardzo ciężkie i dramatyczne czasy. Tarnopol przechodził z rąk polski do sowieckich, potem do niemieckich i znowu sowieckich. Od 17 września 1939 roku do lipca 1941 roku panowali tu Sowieci. Wysiedlili nas do Trembowli, jako burżujów. Tan ojciec znalazł zatrudnienie w kamieniołomach, jako ich faktyczny zarządca. Był potrzebny.

Kiedy weszli Niemcy, został zatrudniony w magazynach żywnościowych jako chemik. Też był potrzebny. Dysponował bowiem konkretnym wykształceniem i wiedzą. Miał jednak świadomość, że to się może skończyć i wraz ze swoim znajomym budował za miastem bunkier, gdzie moglibyśmy się ukryć. Ostatecznie stało się, jak przewidywał.

Niemieckie papiery mające chronić rodzinę przed wywiezieniem do obozu, okazały się podstępem i nic nie były warte. Wszystkich Żydów, ponad pięć tysięcy ludzi zapędzono na rynek. Rodzicom cudem udało się wydostać.

Jakiś niemiecki oficer zwrócił uwagę na urodę matki i powiedział, żeby uciekała. Ona powiedziała, że nie może, bo jest z... mężem. Pomyślał chwilę i ojca też wypuścił. Ja z bratem byliśmy w tym czasie ukryci w innym miejscu.

Przechowywali was Polacy?

– Tak. Przetrwaliśmy dzięki Polakom. Byli to przede wszystkim polscy chłopi. Od 1942 roku, kiedy uciekliśmy Niemcom z tarnopolskiego getta, szukaliśmy ratunku w polskich gospodarstwach. Oczywiście nie wszystko pamiętam, bo byłem wtedy dzieckiem, ale dominowała atmosfera życzliwości i braku pazerności w stosunku do nas. Zmienialiśmy miejsce "azylu” kilkunastokrotnie.

Nie wszyscy chcieli nas przyjąć, bo zwyczajnie bali się, ale też nikt nas nie wydał. Zapamiętałem jednak, że często gospodarze obawiali się reakcji swoich sąsiadów na fakt ukrywania Żydów. Kiedyś, gdy za pukaliśmy do drzwi chałupy, gospodyni głośno nam odmawiała, krzycząc, abyśmy więcej nie przychodzili. Ale kiedy upewniła się, że nikt nie obserwuje, po cichu kazała iść do stodoły. Co rano znajdowaliśmy przed stodołą chleb i mleko. Czasy były takie, że nikt nie mógł być pewien nikogo.

Co się stało, kiedy do Tarnopola znowu przyszła Armia Czerwona?

– Tarnopol Sowieci zdobyli po długich walkach 15 kwietnia 1944 roku. Kiedy wyzwolono przedmieścia, gdzie ukrywaliśmy się, a Rosjanie zorientowali się, że ojciec jest biegły w matematyce, zabrali go do... artylerii. Nie mogli opanować obliczania właściwego kąta ustawiania ognia i prowadzili ostrzał pozycji niemieckich "na pałę”.

Dowódca artylerii szybko przekonał się, że może mieć z ojca pożytek. Chciał, aby szedł z nimi na Berlin. W wyniku negocjacji stanęło na tym, że zostanie "zwolniony”, kiedy Sowieci zdobędą Kraków. Pułkownik słowa dotrzymał. 19 stycznia 1945 roku ojciec został "zdemobilizowany”. Niebawem do Krakowa dotarła reszta rodziny.

I co dalej?

– Okazało się, że znajomy rodziny, wywodzący się z Kazimierza Dolnego, Hilary Minc, jest ministrem przemysłu. Zaproponował ojcu, pomimo, że nie był on żadnym komunistą, ani tym bardziej członkiem partii, aby podróżował po środkowo-wschodniej Europie i starał się skupować fabryki i ich wyposażenie przenosić do Polski. Przypomnijmy, że był to dopiero początek władzy komunistycznej i pewne elementy swobody ekonomicznej.

Izydor Aszkenazy chciał swoją rolę wypełnić jak najlepiej...

– Ojciec przede wszystkim był kupcem. Chciał robić korzystne interesy. Zawarł porozumienie na dostawy do Polski pro-duktów znanego holendersko-brytyjskiego koncernu petrochemicznego Royal Dutch Shell. Był z tego bardzo zadowolony, ale nie rozumiał, że w Polsce nie ma już miejsca na kapitalizm. Został aresztowany, bo zarzucono mu... organizację w Polsce zachodniej siatki szpiegowskiej "pod płaszczykiem” Shella. Udało mu się zbiec.

Matce z Arnoldem i mną udało się wyjechać do Francji. Po przygodach połączyliśmy się z ojcem. Była późna jesień 1946 roku.

We Francji rodzina też jednak nie osiadła na dobre. Dlaczego?

– Ustaliliśmy się pierwotnie w Orleanie. Tam z bratem chodziliśmy do szkoły. Ojciec prowadził przedsiębiorstwo handlowe. Matka - dom. Kiedy zbliżaliśmy się z Arnoldem do matury i wyboru studiów, ojciec zaczął zastanawiać się, czy Francja jest bezpiecznym miejscem. Francja toczyła wojnę z Algierem. Nie chciała nam dać obywatelstwa, ale chciała wcielić do wojska.

W 1953 roku ojciec pojechał do Ameryki. Był tam dwa miesiące i badał szanse zbudowania nowego życia. Ocenił, że są i to dużo większe niż we Francji. Po załatwianiu formalności emigracyjnych, pod koniec 1956 roku wypłynęliśmy z Francji, a w lutym następnego roku wylądowaliśmy w Los Angeles.

Jak poradziliście sobie w Ameryce?

– Ojciec po sprzedaniu swego przedsiębiorstwa we Francji, miał środki na uruchomienie nowego w Los Angeles. Tradycyjnie zajmował się handlem. Matka tradycyjnie prowadziła dom. Arnold poszedł na studia medyczne, a ja studiowałem historię sztuki i literaturę na UCLA. Chciałem koniecznie mieć z tego doktorat i dopełniłem wszystkich formalności poza obroną.

Nie udało się?

– Niestety – nie. Spotkałem człowieka zajmującego się budownictwem, który przyszedł kiedyś do mnie z propozycją... Zwrócił uwagę, że w dobrych okolicach Los Angeles można okazyjnie kupić działki budowlane, postawić na tym miejscu domy i sprzedać z godziwym profitem. Wiedział o możliwościach takich transakcji, nie miał jednak środków.

Zaproponował mi spółkę. Ja oczywiście też pieniędzy nie miałem, ale miałem... ojca. Poszedłem do niego z prośbą o pożyczkę. Wysłuchał mnie. Nie dyskutował, nie wypytywał o szczegóły. Powiedział, że da mi pieniądze na przedsięwzięcie, ale jeżeli ono nie wypali, mam wrócić na uniwersytet, dokończyć doktorat i raz na zawsze zapomnieć o interesach.

Okazało się, że już nie wróciłem. Postanowiłem na serio zająć się budowaniem domów. W sumie postawiłem ich ponad dwieście. Potem zająłem się także inwestycjami hotelowymi.
Na ogół nie mogłem narzekać na brak szczęścia w interesach, choć oczywiście były lepsze i gorsze czasy...

W Kalifornii urodziły się też Pańskie dzieci...

– Najstarszym z nich jest 52-letni Sev, co jest zdrobnieniem od mego imienia. Jest on owocem mojej studenckiej miłości. O jego istnieniu przez wiele lat nie wiedziałem. Kiedy go poznałem już jako dorosłego mężczyznę, stał się moim wspólnikiem. Potem poszedł na swoje, a dziś jest jednym z bardziej liczących się deweloperów w Los Angeles. Sev ma dwóch synów w wieku studenckim.

Adrian ma 38 lat i jest odnoszącym sukcesy prawnikiem i bankierem inwestycyjnym. Ożenił się z Polką. Mają trzyletnią uroczą córeczkę. Dwa lata młodszy Stefan zajmuje się hotelarstwem i jest m.in. właścicielem jednego z najlepszych hoteli w West Hollywood. Najmłodszą latoroślą jest moja przepiękna osiemnastoletnia córka Keighley, studentka college'u.

Wszystkie dzieci mają – tak, jak ich ojciec – polskie obywatelstwo. Doskonale wiedzą, czym jest Polska w historii powszechnej Europy, historii Żydów i historii naszej rodziny.

Jak ta Polska stała się dla Pana, na powrót, rzeczywistością?

– W 1972 roku zmarł mój ojciec. Był młodym, zaledwie 66-letnim, pełnym energii mężczyzną. Dla mnie, mimo iż miałem 36 lat, był to szok. Poczułem się osierocony w dosłownym tego słowa znaczeniu. Brakowało mi obecności ojca, rozmów z nim, jego rad.

Wtedy odczułem silną potrzebę odwiedzenia Polski i miejsc bliskich memu ojcu: Kraków, Warszawę, Podkarpacie. Trafiłem natomiast do Kazimierza Dolnego nad Wisłą, miejsca, które znałem doskonale z opowieści mojej matki. Spędzała tam w latach dzieciństwa i młodości, z rodzicami, wakacje. Rodzina mamy miałam tam także swoje nieruchomości. Kazimierz funkcjonował w mej świadomości, jako świat pięknej bajki. I to się potwierdziło...

Dostrzegłem jednak także coś innego. Spotykałem wielu ludzi, którzy wyglądali na Żydów, ale kiedy ich o to pytałem gwałtownie protestowali. Opowiadali, że są katolikami od czasów piastowskich... Kiedy jednak udawało się zdobyć ich zaufanie, w wielkiej tajemnicy przyznawali kim są, ale... muszą jakoś żyć. PRL, cztery lata po Marcu 1968 roku to nie jest wymarzone miejsce dla Żydów. Dominował strach i obawa. To był wstrząs.

W 1980 roku pożegnałem na zawsze matkę. Znowu poleciałem do Polski. Kraj się zmienił na lepsze, ale sytuacja Żydów – niewiele.

Czy spodziewał się Pan jakiejś odmiany związanej z "Solidarnością”, która rozpoczęła zmianę polskiego pejzażu politycznego i społecznego?

– Oczywiście – tak. "Solidarność” była ruchem antykomunistycznym, odwoływała się do ideałów świata Zachodu, w tym Stanów Zjednoczonych, które zresztą polskim przemianom udzielały wielkiej pomocy. Byli też w gremiach przywódczych "Solidarności” ludzie, którym sprawa tożsamości żydowskiej nie mogła być obca.

Wydawało się, że tak, jak wyłaniają się nowe elity polskiego społeczeństwa, tak samo pojawią się nowi liderzy społeczności żydowskiej. Niestety nic takiego nie nastąpiło. Trwało status quo, jakie ustabilizowało się po 1968 roku.

Paradoksalnie, wprowadzenie stanu wojennego, a potem ostateczne polityczne bankructwo systemu władzy oraz zwycięstwo demokracji w 1989 roku, które "odmieniło oblicze tej ziemi”, nie odmieniło sytuacji społeczności żydowskiej ciągle z tymi samymi ludźmi na czele.

Wtedy zdecydował się Pan na powrót na dobre?

– Praktycznie w 1993 roku postanowiłem, że muszę być obecny w Polsce i robić coś dla odnowy życia duchowego tutejszych Żydów.

Dominowało wtedy przekonanie, że powinno się to dokonywać poprzez nurt ortodoksyjnego judaizmu, czego wyrazem było pojawienie się w Polsce rabina Menachema Joskowicza. Pan był innego zdania...

– Menachem Joskowicz był tradycyjnym ortodoksyjnym chasydem. Przychodził natomiast do kraju z wyplenioną niemal doszczętnie religijnością żydowską. Liczenie na to, że nagle skupi wokół siebie podobną mu społeczność było irracjonalne. Polscy Żydzi potrzebowali znacznie bardziej liberalnej wersji judaizmu. Przeskoczenie odległości od ateizmu i komunizmu do ortodoksji było nie do pomyślenia. Polscy Żydzi potrzebowali postępowego judaizmu, który istniał już w Polsce w początku XIX wieku.

Czy mógłby Pan syntetycznie przybliżyć, czym jest postępowy judaizm?

– Oczywiście, w największym uproszczeniu. Powstał w początku XIX wieku w Niemczech w odpowiedzi na wyzwania czasu związane z naturalnymi wymogami uczestnictwa Żydów w normalnym funkcjonowaniu społeczeństwa. Uznał, że naród żydowski, a więc także prawo, jakie stworzył podlega procesom historycznym, a więc także reformowaniu.

W gruncie rzeczy nie było to jakieś odkrycie kopernikańskie. W tradycji judaizmu, od tysiącleci, leży jego zmienność historyczna i zdolność adaptacyjna. Potrafi odpowiadać na wyzwania rzeczywistości. Faryzeusze w porównaniu z sadyceuszami byli liberalni. Jezus również chciał reformować żydostwo, a nie od niego odchodzić.

Kiedy Rzym zawładnął światem, a był matrylinialny (taki, w którym pochodzenie rzymskie dziedziczyło się po matce, używając argumentu, że zawsze wie się kim jest matka, a nie zawsze kim jest ojciec) rabini zdecydowali, że Żydzi też powinni przyjąć ten model, aby znaleźć swe miejsce w strukturze społeczeństwa rzymskiego uznawanego za przykład skuteczności i potęgi. Jest znamienne, że dopiero wtedy, tak wyraziście zaczęto definiować pochodzenie po matce.

Przełomem w judaizmie reformowanym było odejście od mesjanizmu i uznawania Żydów zarówno za odrębny lud jak i grupę religijną. Reforma polegała na definiowaniu się jedynie religijnie i określaniu jako Niemcy, Francuzi, Anglicy, Amerykanie czy Polacy wyznania mojżeszowego.

Nowy nurt wprowadzał liturgiczne równouprawnienie płci i dopuszczał kobiety do udziału w obrzędach na równi z mężczyznami. Wprowadzał języki narodowe w hymnach religijnych oraz muzykę do synagog nazwanych "temple” (świątynia).

Znacznie liberalizował przepisy koszerności i obchodzenia Szabatu, często praktycznie uniemożliwiające normalne funkcjonowanie społeczne Żydów. Ustanawiał mniej skomplikowaną i uciążliwą procedurę konwersji, czyli przechodzenia na żydostwo.

Najsilniej judaizm reformowany rozkwitł w Stanach Zjednoczonych, gdzie wraz z judaizmem konserwatywnym obejmuje zdecydowaną większość Żydów, o wiele przewyższającą społeczność ortodoksyjną.

Uznał Pan, że to najlepszy model dla żydowskiej społeczności w Polsce?

– Nigdy nie miałem pokusy narzucania czegokolwiek komukolwiek. Uznałem natomiast, że judaizm postępowy powinien być w Polsce reprezentowany i stanowić opcję wyboru dla tych, którzy chcą powrócić do żydostwa swoich przodków, tych, którzy są zainteresowani judaizmem, jako swoją potencjalną religią czy tych, których przywodzi jedynie ciekawość poznawcza.

Kiedyś obrazowo powiedział Pan, że to właśnie postępowy judaizm najbardziej sprzyja... wychodzeniu z szafy.

– Bo to prawda. Jeżeli ktoś ukrył się ze swoim żydostwem w szafie polskiego katolicyzmu czy szafie ateizmu, albo w szafie jakichś innych konwenansów czy nawet kariery, nigdy nie będzie naprawdę szczęśliwy. Ludzie w szafach nie mogą być szczęśliwi!

Jeżeli więc lokator tej szafy wreszcie zaczyna się zastanawiać, jak by można ją opuścić, to na pewno nie można mu tego utrudniać. Piętrząc jakieś irracjonalne wymagania. Żeby się wylegitymował żydowską matką, babką i prababką. Żeby stał się ściśle koszerny. Żeby bezwarunkowo odmawiał przyjścia do pracy w sobotę. Albo dawać mu perspektywę konwersji, ale dopiero w perspektywie "od dwóch do ośmiu lat”, jak ogłaszał w popularnym piśmie rabin polskiej ortodoksji.

Dzisiaj, skoro można bardzo dokładnie wiedzieć, kto jest matką i kto jest ojcem, a narody w 99 procentach są patrylinialne (gdzie prawa i przynależność przechodzą na potomstwo po ojcu), judaizm postępowy uznaje, iż Żydem może być ktoś, kto chce żyć życiem żydowskim i ma żydowskiego ojca, albo matkę.

Proszę pamiętać, że 90 procent Żydów na świecie nie jest ortodoksami, a w Polsce nie ma nawet dwudziestu takich rodzin. Jest to mniej niż jedna tysięczna jednego procenta. Czy można zatem pytać o ich reprezentatywność dla całości polskiego żydostwa?

Oczywiście może Pan. Takie same pytania mogą być jednak kierowane także do Pana...

– Ja się ich zupełnie nie obawiam. Studia nad żydostwem i judaizmem to ponad 35 lat mego życia. To setki prze-czytanych ksiąg i książek. To wreszcie parosetletnia praktyka i tradycja rodzinna. Ja naprawdę nie mam problemu, żeby w dowolnym czasie i miejscu dyskutować o tym, jakiego modelu judaizmu potrzebują polscy Żydzi. Na dodatek mogę taką debatę prowadzić po polsku. To oponenci unikają jej jak ognia.

No i co Pan z tym zaczął robić, aby realizować swój model?

– Postanowiłem stworzyć w Polsce ośrodek postępowego judaizmu. Okazało się, że mam sojuszników. W 1995 roku zaczął formować się Beit Warszawa (Dom Warszawa), jak postanowiliśmy go nazwać. Cztery lata później zostało założone stowarzyszenie kultury żydowskiej o tej nazwie, a na początku 2002 roku zarejestrowane w sądzie. W 2003 roku stowarzyszenie zostało członkiem Światowej Unii Judaizmu Postępowego.

W lipcu 2006 roku stałym rabinem Beit Warszawa został Burt Schuman ze Stanów Zjednoczonych, osoba z długim doświadczeniem rabinackim. Od grudnia 2007 do października 2008 wspomagała go rabinka Tanja Segal z Izraela – pierwsza na stałe pracująca w Polsce kobieta rabin, która następnie przeniosła się do Krakowa, by tam budować społeczność Beit Kraków.

Do Warszawy przybył rabin Chaim Dov Belyak, a potem kolejny rabin, Brian Reich. Obaj rodzinnie związani są z Polską. Wraz z troską o zapewnienie właściwej opieki religijnej naszym członkom staraliśmy się o zarejestrowanie Związku Postępowych Gmin Żydowskich, jako równoprawnego do takiego samego związku gmin ortodoksyjnych.

Tym samym oficjalnego uznania, że judaizm w Polsce reprezentuje nie tylko ortodoksja, ale także doktryna postępowa. Wysiłki zakończyły się powodzeniem w lipcu 2009 roku. Koncepcja, że ortodoksja ma wyłączność na reprezentację całości polskiego żydostwa jest nie do utrzymania.

Na czym polega wasza działalność?

– Beit Warszawa wypełnia swój obowiązek wobec wspólnoty żydowskiej. Służymy idei odnowy życia żydowskiego w Polsce. Czynimy to w planie religijnym, edukacyjnym, kulturalnym i społecznym. Prowadzimy nabożeństwa szabatowe, celebrujemy święta żydowskie, prowadzimy naukę języka hebrajskiego oraz szkółkę dla dzieci Beit Jeladim i letnie obozy dla dzieci i młodzieży. Działa szkoła dla świeckich kantorów oraz szkoła dla zainteresowanych konwersją. Organizujemy wykłady, koncerty, wystawy. Utrzymujemy żywe i bliskie kontakty z nurtem judaizmu postępowego w Europie i Ameryce.

Jak układają się relacje z nurtem judaizmu w Polsce odwołującym się do ortodoksji?

– Ortodoksyjny nurt żydostwa, moim zdaniem, praktycznie nie istnieje. Nie ma w Polsce więcej niż dwadzieścia rodzin ortodoksyjnych, ani też jakiejś perspektywy, aby było ich więcej. Warszawska synagoga Nożyków służy głównie grupom ortodoksyjnym odwiedzającym miasto z różnych okazji.

Bywa Pan krytyczny wobec liderów żydowskich wywodzących się z tego kręgu...

– Każdy ma prawo wyrażania swoich poglądów i trosk. W moim przypadku nie mogę się pogodzić z tym, że żydowskie dobro materialne w Polsce ulega szybkiemu rozproszeniu i zanika. Trwa wyprzedaż mienia należącego niegdyś do organizacji żydowskich, a w latach 90. zwróconego społeczności. Zbywane są nie tylko dawne budynki synagog, szkół czy szpitali żydowskich, ale nawet... cmentarze. Z tym trudno się pogodzić.

Z drugiej jednak strony, społeczność żydowska nie ma środków, aby zwrócone im mienie należące niegdyś do gmin, utrzymać...

– O tym wszystkim trzeba było myśleć, kiedy przygotowywane były regulacje prawne dotyczące zwrotu mienia gmin. Przed wojną Żydzi stanowili 10 procent społeczności Polski i płacili ponad 30 procent podatków. Bez wątpienia było ich stać na utrzymanie takiego mienia. Dzisiejsza obecność oscyluje na poziomie jednego promila. Jakim cudem ta garstka miałaby zdobyć środki na utrzymanie zwróconego im mienia? Przecież to było wiadome od początku. Trzeba było negocjować zdecydowanie inne, bardziej przystające do realiów, regulacje prawne.

Jakie?

– Zakładające udział państwa w utrzymaniu tego mienia, a nie "uszczęśliwieniu” nim Żydów i pozbyciu się problemu.

Dlaczego mniejszość żydowska miałaby być traktowana inaczej niż protestancka czy prawosławna?

– Dlatego, że historia na ziemiach polskich obeszła się z nią zdecydowanie inaczej niż z dwoma przez Pana wy-mienionymi. Taka, jak dzisiejsza, obecność w Polsce, w najmniejszym stopniu nie jest "winą” Żydów. Coś się od 1939 roku przecież zdarzyło. Jeżeli zatem uznajemy, że wkład obywateli I i II Rzeczypospolitej wyznania mojżeszowego w jej rozwój, siłę i pozycję był znaczący, to bardzo ważne pozostaje pytanie, czy III Rzeczypospolita powinna zadbać o zachowanie świadectwa tego faktu. Chociażby poprzez przejęcie opieki nad żydowskimi cmentarzami znajdującymi się, w ogromnej większości, w opłakanej kondycji.

Podobno jest Pan owładnięty myślą o odtworzeniu w Polsce szpitala żydowskiego? Po co?

– Rozumiem, że chce mnie Pan sprowokować tym pytaniem. Obserwując rozwój społeczności żydowskiej w Polsce, ze zdumieniem nie dostrzegam odtwarzania tradycyjnych instytucji żydowskiego życia społecznego. Do takich, od wieków należały, szpitale, domy opieki, sanatoria.

Żydzi mają nakaz troski i opieki nad ludźmi tego potrzebującymi. Przed wojną nie było w Polsce miasta bez żydowskiego szpitala leczącego Żydów, ale także wszystkich innych obywateli.

Pozostaje dla mnie bolesną "zagadką”, dlaczego od 1989 roku nie udało się takiego szpitala zorganizować, podczas kiedy powstało wiele przeróżnych niepaństwowych jednostek służby zdrowia. Uważam, że szpital żydowski w Polsce, który służyłby tej garstce Żydów, przede wszystkim chorych i w podeszłym wieku, ale także przede wszystkim Polakom jest bardzo potrzebny. Nie tylko z powodów medycznych. Byłoby to nawiązanie do pięknej żydowskiej tradycji i fundamentu diaspory, jakim jest służenie społecznościom, w których żyją.

Proszę mi wierzyć taki szpital jest o wiele ważniejszy, niż pseudożydowska knajpa i niby-klezmerska kapela w każdym mieście... To pokazuje bowiem realny związek z polskim społeczeństwem, a nie epatowanie go ocierającym się o hucpę folklorem.

Chce Pan taki żydowski szpital Polsce podarować?

– Takie wyzwanie przekracza moje prywatne możliwości. Nie przekracza ich jednak przekonywanie do tej idei innych Żydów, dla których Polska jest czymś więcej niż miejscem na mapie Europy. I nie zraża ich, że wycie na tamtejszych stadionach "Żydzi go gazu!” nie jest ścigane, bo to – podobno – tylko element odwiecznej tradycji sportowej. Odpowiedzią na taką tradycją mógłby być właśnie żydowski szpital dla Polaków.




Pańskim polskim adresem na ziemi jest Kazimierz Dolny nad Wisłą, gdzie stał się już Pan postacią bardzo znaną i popularną... Skąd ten wybór?

– To miejsce było od zawsze obecne w opowieściach rodzinnych. Określane jako leżące "blisko Radomia”. Rodzina matki była blisko i sentymentalnie związana z Kazimierzem, bo bywali tu często. Ja zakochałem się w nim od pierwszego wejrzenia.

Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy zabrałem tam syna Adriana, to pokazywałem mu miasteczko jakbym je znał od dziecka. Zadzwoniłem do mego brata, żeby to opowiedzieć, a on mi na to: "To jest jeszcze jeden dowód na istnienie pamięci genetycznej. Każde deja vu, to genetyczna pamięć”. Od razu postanowiłem, że muszę tu być.

Znalazłem więc miejsce w pobliskim Męćmierzu, gdzie wyremontowałem dom i nabyłem las dookoła niego. Mam w miasteczku wielu znajomych i szczególną satysfakcję, że jestem już tu chyba postrzegany jako "swój”. Pokochałem kazimierskie widoki i klimaty, stając się poniekąd ich niewolnikiem. Nie wiem, czy jest on tak bardzo mój, bo jest w Polsce. Nie wiem, czy dlatego, że to jest esencja żydowskiego sztetla. Nie wiem, czy może dlatego, że to spełnienie mojej wiecznej tęsknoty za romantyzmem. W Kazimierzu jest mi jak u Pana Boga za piecem. I na pewno nie będę tego zmieniał.

A co na to Pańskie dzieci? Też już... zainfekowane Kazimierzem?

– Adrian już tak... Jego żona – jeszcze bardziej. Kocha to miejsce, bo urodziła się w Polsce i zna je od dziecka. Zapewne przekaże to także swoim dzieciom. Stefan też zmierza w tym kierunku. A córka Keighley? Też pewnie "dojrzeje” do Kazimierza. Ona ma dopiero osiemnaście lat i swego miejsca dopiero szuka.

Kiedyś w żartach zapytałem dzieci, co by powiedziały, gdybym dom w Kazimierzu sprzedał. Zareagowały gwałtownie. Zaraz musiałem obiecać, że tego się nie zrobię.

A Panu gdzie lepiej: w Kalifornii czy Kazimierzu?

– Krążę jak ten ptak wędrowny między jednym, a drugim. Odlatuję na zimę do Kalifornii, by z wiosną powrócić na Powiśle. Łapię się na tym, że coraz lepiej mi w Kazimierzu. Kiedyś lecąc z Europy do Los Angeles cieszyłem się, że wracam do domu. Teraz podobne uczucie wypełnia mnie, kiedy siedzę w samolocie do Warszawy.

Któregoś razu, kiedyś podałem WOP-iście na Okęciu polski paszport, a ten oddał mi go ze słowami: "Witamy w kraju, panie Aszkenazy”, trudno było mi opanować wzruszenie. Nim doszedłem do samochodu na parkingu, musiałem zadzwonić do Kazimierza, żeby zapytać, jaka pogoda i czy wszystko w miasteczku w porządku.

Rozmawiamy w przeddzień żydowskiego święta Chanuki. Czego chciałby Pan z tej okazji życzyć polskim Żydom i Polakom?

– Sens Chanuki polega na oświeceniu. Kiedy po wieloletniej wojnie z Grekami, w grudniu 164 roku p.n.e. Juda Machabeusz zdobył Jerozolimę i postanowił upamiętnić je zapaleniem światła w świątyni, okazało się, że jest bardzo niewiele czystej rytualnie oliwy.

Ku powszechnemu zdumieniu paliła się ona przez osiem dni, choć było to wbrew wszelkiemu prawu fizycznemu. Uczy nas to, że cud oświecenia jest możliwy, o ile stoi za nim głęboka wiara. Nie wolno nigdy się zniechęcać i porzucać nadziei. Wtedy otrzymamy Światło. Życzę go wszystkim.

Pamiętajmy, że jedna czarka oliwy, podobnie jak jeden człowiek, mogą czynić wielką różnicę dookoła nas.

Rozmawiał: Michał Heller, Kazimierz Dolny/Beverly Hills
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!