sobota, 19 sierpnia 2017 r.

Kraj Świat

Wygrali milion zł w lotto. Dziś nie mają ani grosza

Dodano: 12 lutego 2010, 18:24

Dzieciom kupili mieszkania, sobie daczę poza miastem. Dziś nie mają ani grosza, kłócą się z synem na 23 metrach kwadratowych, a na dodatek czeka ich eksmisja.

Miasto na Kujawach. Mała kawalerka na parterze. Zaraz za drzwiami kuchnia, a za nią zagracony pokoik, który kilka razy dziennie przemienia się w pole bitwy. Po jednej stronie frontu stoi syn Piotr, a po drugiej matka i ojczym, blisko 80-letni emeryci, Elwira i Włodzimierz Kozłowscy*. Ona trzy razy w tygodniu jeździ na dializy. On ma amputowane obie nogi, więc przykuty jest do wózka.

Oboje opowiadają, jak trudno żyć w zgodzie na 23 metrach kwadratowych, z jednym telewizorem.

– Jakby "Moda na sukces” leciała cały dzień, to oni cały dzień by ją oglądali. Im w głowie tylko tasiemce i telewizja "Trwam”. Ja jestem człowiek dorosły. Też mam swoje prawa – mówi syn.

Mieszkanie należy do niego, więc wystąpił do sądu o eksmisję. Sąd uznał roszczenia Piotra. Wyrok jednak nie jest prawomocny.

Początek kłopotów

Był już taki czas, że w domu Kozłowskich się nie przelewało. Koleżanka pani Elwiry nazywała ich bidusami. Z tego powodu odradzała swojemu synowi, by wiązał się z córką Kozłowskich.

Jednak 30 lat temu pani Elwira z radością pobiegła do koleżanki i oznajmiła jej: – Mówiłaś, że jesteśmy bidusy, a my już bidusami nie jesteśmy. Mąż wygrał milion w totka.

– To były ogromne pieniądze – zgodnie przyznają Elwira i Włodek. – To tak, jakbym dziś wygrał 10 milionów…

Pani Elwira miała duże rodzeństwo i drzwi mieszkania się nie zamykały. – Brat naciskał nawet, że mamy się podzielić. On jednak swoją kamienicą dzielić się nie chciał – wytyka Kozłowska, a jej mąż ciągnie dalej:

– Przyszedł do mnie i pytał: "Kiedy będziesz dzielił?” Nawet wyznaczył, komu ile powinienem dać. Wtedy powiedziałem do żony, by przyniosła mi siekierkę. Zapowiedziałem, że wyrżnę mu w głowę i się na dwie równe połowy rozpadnie. A na koniec dodałem: "Ja ci tu podzielę. Won mi z mieszkania”.

I to był początek rodzinnych kłopotów Kozłowskich.

A ja nic nie dostałem

Wkrótce o ich wygranej mówiło całe osiedle. – Jak poszłam do rzeźnika, to wyciągali mnie z kolejki i kazali iść do sklepu komercyjnego dla bogaczy. Czasem tam poszłam, ale znowu nie wciąż. Ja też miałam prawo korzystać z normalnego sklepu z kartkami – wspomina pani Elwira.

Synowi Piotrowi kupili kawalerkę. Córkom – Agnieszce i Ewie – wpłacili na wkład do mieszkania; po 44 tysiące złotych.

– Wyprawiliśmy im wesela, kupiliśmy meble. Pomagaliśmy im, jak mogliśmy – wyliczają. Pieniędzy wystarczyło jeszcze na dwa hektary ziemi pod miastem i domek. Po 20 latach daczę sprzedali. – Ja byłam poważnie chora, mąż też. Nie mieliśmy do tego głowy. Daliśmy więc córkom duże kwoty.

– Ja nic z tego nie dostałem – zaznacza syn. – Powiedzieli mi, że nie należę do rodziny. A teraz ja mam być dla nich rodziną? Jedna córka ma trzy pokoje, druga córka ma dom, a głupek musi trzymać ich na 23 metrach kwadratowych.

Wielka rodzinna wojna

Zanim wprowadzili się do kawalerki syna, żyli w mieszkaniu obok. – Mieliśmy dwa pokoje z kuchnią i żyliśmy sobie spokojnie. Aż do czasu. Córka przekonała nas, byśmy zapisali to mieszkanie jej Oluni, naszej wnuczce. Zgodziliśmy się i to był nasz błąd – przyznaje Kozłowska.

Olunia wyszła za mąż. W cztery lata urodziła trójkę dzieci. W mieszkaniu zaczęło być ciasno. Nieustannie dochodziło do awantur. – Policja nieustannie do nas przychodziła.

W końcu zgodzili się zamieszkać w kawalerce syna. Myśleli jednak, że Piotr wyprowadzi się i przepisze na nich swoje mieszkanie. Wszystko się pogmatwało. Wybuchła wielka rodzinna wojna. Kozłowscy do dziś nie rozmawiają z córką i wnuczką, która krótko po tym, jak się od niej wyprowadzili, sprzedała mieszkanie. A z synem, z którym dzielą cztery ściany już od dwóch lat, nie rozmawiają inaczej, jak krzykiem. I tutaj więc policja jest stałym gościem.

W piwnicy

Nie układa nam się z synem – mówi pani Elwira. – Krzyczy na nas, robi awantury niemal o wszystko. Mąż też jest nerwowy, bo nie ma nóg. I też wyzywa. Ale gdzie się ludzie nie wyzywają. No wszędzie... – przyznaje, że Piotr kilka nocy spędził w schronisku, ale była wtedy w szpitalu. Twierdzi, że syn się nie myje. Bywa, że śmierdzi, więc mu o tym mówi.

– Jak śmierdział, uszykowała mu wodę i kazała się umyć. Na to syn jej odpowiedział: "odpier... się stara kur...” Matkę trzeba szanować. To nie jest szmata, więc staję w jej obronie – mówi Kozłowski.

– Nie myję się? Guzik prawda! – odpowiada Piotr. – Ja się boję przebywać w tym domu pod nieobecność mamy. Kilka razy byłem przez ojczyma pobity i wyrzucony z mieszkania. Przez trzy miesiące żyłem w piwnicy. Wyrzucali mnie z domu siłą.

Ciągle gra w totka

Piotr ma już w ręku wyrok eksmisyjny. Rodzice się odwołali, więc sprawa jeszcze trochę po­trwa.

Wyrzuca pan z domu swoją mamę ? – A co by pan zrobił na moim miejscu? Byłem cierpliwy, ale moja cierpliwość się skończyła. Niech się oni wreszcie ustatkują. To ja mam iść pod śmietnik, bo oni mają moje mieszkanie? To absurd. Ich córki mają lepsze warunki niż ja. Niech ich wezmą do siebie.

Kozłowscy nie chcą wyprowadzać się z miasta. U jednej córki nie zamieszkają, bo po sprawie z mieszkaniem dla wnuczki ze sobą nie rozmawiają. Druga córka mieszka daleko od szpitala, w którym przeprowadzane są dializy, więc się do niej nie przeniosą.

Na razie więc Kozłowscy siedzą w mieszkaniu i właściwie go nie opuszczają. Opiekunka z MOPS-u przynosi im zakupy. Co jakiś czas wspominają milion, który wygrali. – Te pieniądze to w ogóle szczęścia mi nie dały – podsumowuje pani Elwira.

– No nie. Jednak samochód miałem. Była warszawa i syrena przystosowana dla osób niepełnosprawnych – protestuje pan Włodek i skreśla kolejne numerki.
Ciągle gra. Liczy na to, że znowu dopisze mu szczęście i resztę swych lat doczeka w ludzkich warunkach.

* Imiona i nazwiska bohaterów zostały zmienione.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!