poniedziałek, 21 sierpnia 2017 r.

Lubelskie

Gdzie trafi sprawa pijanych policjantów?

Dodano: 8 września 2008, 15:59

Prokuratura Okręgowa w Lublinie zabrała śledczym z Chełma sprawę dotyczą wypadku pijanych policjantów.

Prokuratorzy badali kto po pijanemu kierował autem, które w czwartek rozbiło się w miejscowości Łowcza. W grę wchodzą tylko dwie możliwości: za kierownicą siedział wiceprzewodniczący Zarządu Wojewódzkiego NSZZ Policjantów w Lublinie bądź szef związkowców w komendzie w Chełmie.

Śledztwo zostało przeniesione, żeby uniknąć podejrzeń o stronniczość. Z chełmską prokuraturą współpracuje policjant z Chełma.

- Jeszcze nie zapadła decyzja, która prokuratura będzie prowadziła to postępowanie - mówi Beata Syk-Jankowska, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Lublinie.

W czwartek na łuku drogi, nissan almera zjechał na pobocze i przewrócił się. Alkomat pokazał, że obydwaj policjanci, którzy jechali autem mieli po 1,6 promila alkoholu.

W czwartek uczestniczyli w spotkaniu związkowców w Okunince. Mieli wynajęte pokoje, bo szkolenie miało trwać jeszcze w piątek.

Tuż po wypadku żaden z nich nie przyznawał się kierowania autem. W samochodzie zostały zabezpieczone ich odciski palców, materiał zapachowy i biologiczny.
(er)
Czytaj więcej o:
Gość
Riad
trzeźwy kierowca
(6) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Gość
Gość (17 września 2008 o 07:14) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
„…… Policja, prokuratura i sądy w dalszym ciągu pozostają na pasku władzy wykonawczej. I tu tkwi przyczyna, dla której obecna władza nie zwalcza tak jak powinna, tej władzy, która ustąpiła. A zmiany powinny być zasadnicze…….

mec. Piotrowski w wywiadzie dla tygodnika „NIE”

„…Ręka rękę myje, obie ręce myją twarz…”.

Policja i Prokuratura - Jak wskazuje i potwierdza przypadek policji z KMP w Katowicach, że szeregowi policjanci działają na zamówienie i zgodnie z wolą przełożonych. Przełożeni wszystkich szczebli policji i prokuratury, są mianowani przez swoich mocodawców politycznych działają wg ich wytycznych i na ich zapotrzebowanie, a nie w interesie bezpieczeństwa społeczeństwa. Dlatego wszelka pomoc na rzecz policji i prokuratury nie jest „właściwym” obowiązkiem obywatelskim. Zarówno prokuratorzy jak i policjanci wszystkich szczebli działają na zlecenie polityczne mocodawców ich mianujących, a nawet w szczególnych przypadkach kleru. Dlatego do czasu gdy szefowie policji i prokuratury będą mianowani, a nie wybierani przez społeczeństwo i nie będzie wprowadzona kadencyjność funkcji, to społeczeństwo powinno bronić się samo i ostrożnie traktować wszelkie próby „pomocy policji i prokuraturze”. Wszelka pomoc nie jest, ani w dobrym tonie, ani w „dobrej sprawie”. Przełożeni wszystkich szczebli policji i prokuratury działając na zlecenie swoich mocodawców (np. WSI…..) mogą szybko obrócić „sprawę” przeciwko informatorowi, bo będąc mianowani, a nie wybierani oraz w znacznej ilości przypadków z niewielkimi kompetencjami (absolwenci AWS i szkoły zawodowej policji omyłkowo zwaną Wyższą Szkołą Policji w Szczytnie) i umiejętnościami zrobią wszystko lub prawie wszystko, aby się przypodobać swoim mocodawcom. Oczywiście bywają przypadki, co prawda nieliczne, że szeregowi policjanci i prokuratorzy chcą być (po cichu) uczciwi i działać na rzecz obywateli w celu zapewnienia im bezpieczeństwa, ale ich nieudacznicy i najczęściej niekompetentni przełożeni różnych szczebli (przykład mianowania aspiranta policji Surmacza wiceministrem MSWiA, a obecnie doradca prezydenta – to ten co policjantów wysyłał z kanapkami dla koleżanki) do mając w zasadzie władzę bez nadzoru społecznego i kontroli na zasadzie ekonoma pilnują, aby nie dopuścić nie swobody i autonomiczności działania jakie powinien mieć każdy policjant i prokurator. Zgodnie z „zasadą pełnienia roli służebnej w stosunku do swoich podwładnych” przełożeni mają tylko organizować im pracę i nadzorować służbę pod względem zgodności postępowania zgodnego prawem i procedurami prawa. Przełożeni w znacznej większości przypadków będąc niekompetentnymi mianowanymi przez popleczników politycznych nie organizują im pracy, a sterują przeprowadzając co raz to nowe „akcje” w celu polepszenia statystyk policyjnych na zlecenia polityczne mocodawców. Dlatego między innymi pobierane pensje przełożonych są kilkakrotnie wyższe od podwładnych co wyraźnie wskazuje, że promuje się nie wykonywanie obowiązków na szczeblu podstawowym, ale funkcje nadzorcze. Dlatego brakuje przede wszystkim policjantów na ulicach szczebla podstawowego, a komendantów. Po to żeby być policjantem podstawowego szczebla trzeba mieć wiedzę i umiejętności, a żeby zostać komendantem lub zastępcą to trzeba mieć „plecak” najlepiej polityczny, a jeszcze lepiej „kleru” i ukończyć szkołę zawodową policji w Szczytnie i „specjalne podyplomowe studia dedykowane dla policjantów” na wzór szkół średnich tylko dla policjantów”. Potwierdzeniem działania przeciwko zapotrzebowaniom społecznym jest fakt, że w KWP rozbudowano „wydziały” rzeczników prasowych do kilkunastu lub kilkudziesięciu osób na etatach policyjnych. Policja nie chce działać na rzecz społeczeństwa, a rozbudowuje komórki rzeczników prasowych, żeby przez media otumaniać społeczeństwo, aby nie było bezpieczne, a czuło się tylko bezpiecznie. Źle zarządzania policja przez nieudaczników komendantów różnego szczebla nie jest w stanie skutecznie działać na rzecz bezpieczeństwa społeczeństwa zwiększając wykrywalność. Może tylko fałszować statystyki lub rozbudowywać wydziały „rzeczników prasowych różnych maści” których zadaniem jest otumaniać społeczeństwo, a nie działać na rzecz jego bezpieczeństwa tj. wypełniania roli do jakiej została powołana. Tylko zmiana „naboru” komendantów policji z mianowanych na wybieranych przez społeczeństwo i kadencyjność mogą zmienić obecną sytuację.

Policja jest więc bardzo chora i nie tylko na podkarpaciu mogą się dziać takie zdarzenia, że
- okradają policję
- aresztanci uciekają z aresztów
- policjanci strzelają do siebie
- komendanci kradną służbową amunicję przeznaczoną do szkolenia podległych im policjantów
- komendanci jeżdżą po pijanemu
- policjanci biorą łapówki bo ich pensje w stosunku do wynagrodzeń ich przełożonych są symboliczne
- policjanci przymykają oko na fakt, że prokuratorzy i sędziowie kradną i jeżdżą po pijanemu itd, itp

Komendant policji podał się do dymisji (po dymisji przetrwał, został mianowany komendantem wojewódzkim w Lublinie, a następnie w Katowicach).



Nadinspektor Dariusz Biel, komendant wojewódzki policji w Rzeszowie, podał się do dymisji. Jak stwierdził podczas środowej odprawy w komendzie, decyzję podjął ze względów osobistych. Dariusz Biel odchodzi nie tylko z komendy wojewódzkiej, ale całkowicie ze służby w policji.
Jego prośbę o zgodę na przejście na emeryturę pozytywnie zaopiniował komendant główny policji Konrad Kornatowski. O swojej decyzji Biel poinformował swoich najbliższych współpracowników w ostatni wtorek, a podczas środowej odprawy w KWP podał ją do wiadomości wszystkich policjantów garnizonu podkarpackiego. Oficjalnie podał, że odchodzi z policji ze względów osobistych i od środy przebywa na urlopie do końca lipca. Na emeryturę odejdzie 1 października. Jego obowiązki przejmie dotychczasowy pierwszy zastępca inspektor Józef Gdański. - Na razie nie ma kandydata na miejsce komendanta Biela - powiedziała Danuta Wołk-Karaczewska z biura prasowego KGP.
W środę komendant Biel był nieuchwytny. Nie odbierał telefonu komórkowego, a w komendzie oficjalnie go nie było. - Komendant nie chce rozmawiać z dziennikarzami - usłyszeliśmy.
Odejścia Biela już od co najmniej kilku miesięcy domagali się lokalni politycy PiS. Wiceprzewodniczący podkarpackiego sejmiku samorządowego Czesław Łączak (PiS) powiedział "Gazecie" w czerwcu: - To człowiek nie z naszego układu. W policji panuje komuna, jeszcze większa niż dziesięć lat temu. Na takim stanowisku powinien być człowiek, którego wskaże PiS. Pan Biel przyszedł do Rzeszowa za czasów SLD. Piotr Babinetz, szef klubu PiS-u w sejmiku, zarzucał Bielowi, że proces deesbekizacji, czyli usuwania z policji osób mających przeszłość SB, na Podkarpaciu został wstrzymany. - Pan Biel za to odpowiada, firmuje swoim nazwiskiem. Naszym zdaniem powinien on być już dawno odwołany - twierdził Babinetz. Biel pojawił się w Rzeszowie w maju 2004 roku. Wcześniej był komendantem wojewódzkim w Opolu (od stycznia 2001). Niektórzy działacze PiS wiązali Dariusza Biela z tzw. aferą ratuszową w Opolu. Sugerowano, że Biel będąc szefem opolskiej policji mógł informować prominentnych działaczy SLD, że będą aresztowani za branie łapówek. Dariusz Biel ripostował, że komendantem w Opolu został jeszcze za rządów AWS. Podkreślał, że to właśnie za jego rządów wykryto aferę ratuszową. Mówił nawet, że jego przeniesienie do Rzeszowa było karą właśnie za ujawnienie afery. Za czasów komendantury Dariusza Biela w podkarpackim garnizonie wymieniono około 70 procent kadry. Podkarpacie według policyjnych statystyk jest najbezpieczniejszym regionem w Polsce. - Te wyniki na pewno bronią komendanta przed zarzutami PiS. Według nas był dobrym szefem, otwartym na nowoczesność - mówią w komendzie wojewódzkiej, a na temat wątku opolskiego: - Gdyby rzeczywiście miał coś na sumieniu w związku z aferą ratuszową w Opolu to zapewne nie utrzymałby się do dziś na stanowisku komendanta. PiS już by go odwołał, a próbowano kilka razy. Jednak komendant główny nie miał do niego zastrzeżeń - dodają policjanci. Nie wierzą też, że Biel uległ presji polityków i poddał się. Jak było naprawdę przedstawiają poniższe wybrane przypadki”

Komendant policji w Tarnobrzegu oskarżony o oszustwo

Nadkomisarz Ireneusz F. mierzył wysoko, ale zawrotnej kariery nie zrobił. Prawie 20-letnią służbę w policji zakończy z "łatką” drobnego i niezbyt sprytnego oszusta. FOT. MARCIN RADZIMOWSKI

Gdy policjant, zamiast ścigać oszustów, sam oszukuje, wystawia całą służbę na kpiny.
Wstyd bywa jeszcze większy, gdy okazuje się oszustem drobnym i daje się głupio przyłapać. Tak jak Ireneusz F., jeszcze do środy pierwszy zastępca komendanta miejskiego policji w Tarnobrzegu.
Nadkomisarz F. miał w komendzie opinię służbisty. Średnio lubiany w swoim środowisku, ale każdy wie, że policjant nie jest od lubienia. Nawet przez kolegów.
- Czasami prywatne sprawy policjantów wywlekał na forum służbowym - charakteryzuje go jeden z byłych podwładnych. - Kariera go interesowała, ale błyskotliwej nie zrobił. Głupio wpadł. Wydaje mi się, że ten numer z gazem, to tylko podpucha. Nie wyciąga się takich armat przeciwko drobnym kłamstewkom.
Trzy małe grzeszki "Drobnym kłamstewkiem” nadkomisarz posługiwał się od trzech przynajmniej lat. Wtedy to zamontował w swoim samochodzie instalację gazową. Taki fakt trzeba obowiązkowo zgłosić w wydziale komunikacji, by urzędnicy mogli wbić w dowodzie rejestracyjnym stosowną pieczątkę. W dowodzie opla astry Ireneusza F., takiej pieczątki nie było. To było oszustwo pierwsze. Skoro oficjalnie samochód spala benzynę, wszelkie delegacje, do których jest wykorzystywany, są rozliczane drożej. Czy i ile takich delegacji nadkomisarz F. rozliczył, pozostanie tajemnicą jego przełożonego, Biura Spraw Wewnętrznych, a teraz też prokuratury. Można domniemywać, że koszt instalacji dawno mu się zwrócił. Tak rozwijało się oszustwo drugie. Kłamstwo, nawet to drobne, ma krótkie nogi. Ktoś "życzliwy” dał znać, komu trzeba, że za samochodem zastępcy komendanta snuje się woń spalonego gazu, a nie etyliny. "Wewnętrzni” zapytali więc nadkomisarza, czy to prawda, a on wyparł się instalacji gazowej. - Owszem, miałem taką w samochodzie, ale wymontowałem ją w grudniu 2006 r. - miał powiedzieć podczas przesłuchania. Tak sfinalizowało się oszustwo trzecie.
Czas na mocniejszy kaliber Oficerowie z BSW muszą być sprytniejsi od policjantów. Nie wiadomo, czy zorganizowali prowokację, czy też nadkom. F. dał się normalnie wypuścić. Gdy pytali F. o instalację, mieli dowody, że takowa w oplu jest. Można było zajrzeć do bagażnika, gdzie zazwyczaj znajduje się butla na gaz i nie mieć wątpliwości. "Wewnętrzni” potrzebowali czegoś więcej. I znaleźli. Prawie na każdej stacji paliw jest monitoring. Kto, jak kto, ale doświadczony policjant, jakim jest nadkom. F., powinien o tym wiedzieć. A on podjechał na stację swoim benzynowym oplem i jakby nigdy nic, zatankował gazu do pełna. Funkcjonariusze z wewnętrznej policji wzięli ze stacji nagranie z tankowaniem gazu do benzynowego samochodu i w ostatnią niedzielę czerwca wkroczyli do komendy w Tarnobrzegu. Niedzielnym najściem oszczędzili wstydu zastępcy komendanta. Tylko niewielu widziało, jak wynoszą jakieś papiery z pokoju F.
- Teraz nie będzie potrzebował dużego pudełka, jak się będzie pakował - zażartowali od razu niektórzy. To był proroczy żart, bo już w poniedziałek gabinet pierwszego zastępcy opustoszał. Sam przyniósł przełożonemu raport o zwolnienie ze służby. BSW musiało mieć niepodważalne dowody, skoro policjant poddał się bez walki.
Prokurator nie ma wątpliwości
- Policjantowi zostały przedstawione zarzuty posługiwania się fałszywą fakturą oraz podżegania innej osoby do poświadczenia nieprawdy - mówi Irena Mazurkiewicz - Kondrat, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Tarnobrzegu. Ta wypowiedź skleja w całość fałszerstwo nadkomisarza. Nie byłby policjantem, gdyby nie zorientował się, że "wewnętrzni” węszą koło niego. Ba, dowiedział się nawet, dlaczego węszą i postanowił całą sprawę załatwić jednym oficjalnym kwitem. Podjechał do warsztatu Marcina K. i poprosił go, żeby wystawił mu fakturę za demontaż instalacji gazowej w 2006 r. Musiał użyć mocnych argumentów, bo właściciel warsztatu fakturę wystawił. I teraz sam będzie miał kłopoty. "Lewa” faktura z grudnia 2006 r., faktycznie wystawiona w czerwcu tego roku, miała przekonać policjantów z BSW, a tylko ich rozśmieszyła. Gdy F. pokazał im fakturę, z której wynikało, że nie ma instalacji gazowej, oni pokazali mu nagranie, jak tankuje gaz. Sprawa się rypła. Na niekorzyść zastępcy komendanta przemówiło także i to, że oficerom z BSW przedstawił fakturę jako prawdziwą, czyli przynajmniej raz posłużył się fałszywym dokumentem. A za to jest odpowiedni paragraf. Nie trzeba dodawać, że Marcin K. przyznał się do wystawienia fałszywego dokumentu, co zapewne sąd weźmie pod uwagę, gdy go wezwie przed swe oblicze.
Wystarczyło się przyznać
Dzień po wpadce zastępcy komendanta w tarnobrzeskiej komendzie panowało sztuczne milczenie. Sam komendant potwierdził tylko Nowinom, że funkcjonariusze BSW byli w jego komendzie i że nadkom. Ireneusz F. złożył raport o zwolnienie ze służby. Niedługo potem komendant wojewódzki odwołał go ze stanowiska, ale decyzji o zwolnieniu ze służby nie podjął.
- Komendant ma na to trzy miesiące - mówi kom. Mariusz Skiba, rzecznik prasowy komendanta wojewódzkiego policji w Rzeszowie. - Zostanie wszczęte wewnętrzne postępowanie, które wyjaśni okoliczności całej sprawy. Trwa też postępowanie prokuratorskie. Komendant będzie rozmawiał z prokuratorem, zapozna się z wynikiem wewnętrznego postępowania i wtedy podejmie decyzję o zwolnieniu Ireneusza F. ze służby. Gdyby policjant poszedł po rozum do głowy, a nie pojechał do znajomego mechanika, cała sprawa skończyłaby się na pogrożeniu palcem lub inną drobną karą. Wystarczyło przyznać się do popełnienia wykroczenia, bo brak adnotacji o instalacji gazowej w dowodzie rejestracyjnym jest wykroczeniem, a Ireneusz F. byłby dalej zastępcą komendanta, a w przyszłości może nawet samym komendantem. Teraz będzie musiał stanąć przed sądem i z mundurowej kariery nici. Wyrok ma w kieszeni, bo przestępstwa, których się dopuścił, zagrożone są karą od pół roku do nawet 8 lat więzienia. Teraz jedni z policjanta się śmieją, inni klną, na czym świat stoi. Ci drudzy, to tacy jak on drobni oszuści. Iluż to ludzi w kraju bierze "benzynowe” delegacje, a tankuje tani gaz. Wpadka Ireneusza F. sprawi, że pracodawcy zaczną oglądać dowody rejestracyjne, zanim zapłacą za delegacje.


Policja szuka aresztanta i policjanta
Według nieoficjalnych informacji, policjant odpowiedzialny za pilnowanie pomieszczeń dla zatrzymanych dopuścił się poważnego zaniedbania. W poniedziałek niewłaściwie zamknął drzwi celi, do której wprowadził zatrzymanego. Dwie godziny później zatrzymanego już w areszcie nie było. W dużych komendach policji pomieszczenia dla zatrzymanych (dawniej mówiło się na to areszty) są dozorowane przez pracowników komórek konwojowo-ochronnych. W mniejszych zatrzymanych pilnuje wyznaczony policjant, najczęściej pomocnik dyżurnego. Tak też było w poniedziałek w Komendzie Powiatowej Policji w Stalowej Woli. – Przed południem policjanci zatrzymali na mieście 25-letniego mężczyznę, który miał zostać przewieziony do Zakładu Karnego w Załężu. Wcześniej był kilkakrotnie przesłuchiwany, bo jest to człowiek, który od lat przewija się w sprawach o kradzieże. Policjanci wyprowadzali go z celi, zabierali do pokoju, a potem odprowadzali z powrotem – mówi oficer stalowowolskiej policji, który pragnie pozostać anonimowy. Problem w tym, że o godzinie 16 w poniedziałek policjant pilnujący aresztantów odkrył z przerażeniem, że cela zatrzymanego jest... pusta! Zasuwa była zasunięta, zamknięty był zamek, ale drzwi od celi były... niedomknięte! Tak przynajmniej twierdzą świadkowie. Nie potrafią natomiast powiedzieć, jak zatrzymany przeniknął przez kratę, która dodatkowo strzeże pomieszczeń dla zatrzymanych. Według naszych informatorów, mężczyzna wyszedł z komendy, ale nie z pomieszczeń dla zatrzymanych. Albo uciekł z pokoju, w którym był przesłuchiwany, albo ktoś go z komendy wyprowadził. Co do ucieczki zatrzymanego, trwa postępowanie wyjaśniające w tej sprawie, zgodnie z naszymi procedurami. Po jego zakończeniu wobec osób winnych zaniedbań zostanie wszczęte postępowanie dyscyplinarne – powiedział młodszy inspektor Krzysztof Polak, komendant powiatowy policji w Stalowej Woli. Policja cały czas szuka zbiega.

Poprzednia ucieczka
Pięć lat temu w Rzeszowie z policyjnego konwoju uciekł mężczyzna oskarżony o dokonanie zabójstwa. Policjanci, którzy przewozili go więźniarką, nie domknęli drzwi. Ucieczka nastąpiła w biały dzień, na Alei Powstańców Warszawy w Rzeszowie, podczas transportu tymczasowo aresztowanego z rzeszowskiego sądu do Zakładu Karnego w Rzeszowie. Dzięki pracy operacyjnej policji uciekinier został kilka dni później zatrzymany w jednym z rzeszowskich kościołów.


Zastępca komendanta niżańskiej policji Jan. O. został zatrzymany do kontroli drogowej. Kontrolujący go policjanci podejrzewali, że jest pod wpływem alkoholu. Jan O. twierdzi, że w trakcie kontroli był trzeźwy. W piątek........... ok. godz. 19 w Krawcach k. Tarnobrzega został zatrzymany do kontroli drogowej 60-letni kierowca. Jeden z policjantów poczuł od kontrolowanego woń alkoholu. Kiedy poproszono o dokumenty, okazało się, że jest to Jan O., zastępca komendanta niżańskiej policji.
– Policjanci obserwowali kierowcę w czasie, gdy wsiadał do samochodu i już wtedy zaczęli podejrzewać, że może być on pod wpływem alkoholu – wyjaśnia komisarz Mariusz Skiba, rzecznik prasowy Komendanta Wojewódzkiego Policji w Rzeszowie. – Chwilę po tym jak ruszył, zatrzymali pojazd do kontroli drogowej. Wtedy okazało się, że kierowcą jest zastępca komendanta powiatowego policji w Nisku. Ponieważ funkcjonariusze z posterunku w Grębowie nie mieli przy sobie alkomatu, wezwali patrol drogowy dysponujący takim urządzeniem. Zatrzymany do kontroli kierowca odmówił badania za pomocą alkomatu i zażądał pobrania krwi na sprawdzenie zawartości alkoholu. Tak też się stało. Jan O. został przewieziony do tarnobrzeskiego szpitala. W międzyczasie wezwano też jego przełożonego, przedstawiciela Komendy Wojewódzkiej Policji w Rzeszowie, oraz prokuratora. W ich obecności pobrano Janowi O. krew do badań laboratoryjnych. – Bezsprzeczne jest to, że funkcjonariusze policji zatrzymali do kontroli drogowej Jana O., zastępcę komendanta policji z Niska – mówi prokurator Irena Mazurkiewicz-Kondrat, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Tarnobrzegu. – Ale każdy ma prawo odmowy wykonania badania alkomatem, z tym że w takim przypadku nie ma już odmowy badania krwi. I tak też się stało. Teraz czekamy na wyniki badań krwi i od nich będzie zależało dalsze postępowanie w tej sprawie. Janowi O. zostało zatrzymane prawo jazdy. Obecnie zastępca komendanta Komendy Powiatowej Policji w Nisku przebywa na zwolnieniu lekarskim. Twierdzi też, że w trakcie kontroli był trzeźwy i w tym dniu nie pił alkoholu. Wyniki badania krwi znane będą za trzy, cztery tygodnie.

Łańcut > Wicekomendant policji chce odejść
Niewykluczone, że dzisiaj komendant wojewódzki zdecyduje, czy zatwierdzi wniosek zastępcy komendanta łańcuckiej policji o odejście ze służby. Jan K., złożył prośbę kilka dni po tym, jak jego auto wjechało do rowu. Sprawą zdarzenia z 13 listopada w Albigowej pod Łańcutem zajmuje się Biuro Spraw Wewnętrznych i prokuratura.
Wieczorem w rowie wylądował samochód należący do Jana K. W sprawie pojawiły się sprzeczności. Prokuratura musi wyjaśnić, kto kierował autem. Jedna z wersji mówi, że wiceszef łańcuckiej policji jechał sam i o mało nie potrącił człowieka. Druga, że autem kierował jego brat, którego Jan K. poprosił o podwiezienie do domu po imprezie. Samochód znalazł się w rowie z powodu gołoledzi. Komendant Wojewódzki Policji tuż po zdarzeniu wysłał na miejsce pracownika wydziału kontroli KWP w Rzeszowie.
– Według naszych wstępnych ustaleń policjant nie popełnił przestępstwa, był pasażerem auta, dlatego nie została zbadana jego trzeźwość. Dokładne wyjaśnienie okoliczności i rozstrzygnięcie sprawy należy jednak do prokuratury - mówi Mariusz Skiba, rzecznik podkarpackiego komendanta policji.

Policjanci w sidłach szantażystów - Biuro Spraw Wewnętrznych
zatrzymało dwóch funkcjonariuszy stalowowolskiej "drogówki" podejrzanych o korupcję. Prokurator postawił im zarzuty nadużycia uprawnień funkcjonariusza publicznego, przyjęcia łapówki oraz poświadczenia nieprawdy w dokumentach. Przed miesiącem policja zatrzymała dwóch mężczyzn: 27-letniego Michała J. i 50-letniego Zbigniewa R. Obaj wręczali policjantom łapówki rejestrując to ukrytą kamerą. Za zwrot kompromitujących nagrań żądali horrendalnych pieniędzy. Był to dopiero początek kłopotów dwójki stalowowolskich policjantów. "Stówa" do kieszeni. 14 marca, obaj przestępcy jechali samochodem "Audi 80" drogą Lublin - Rzeszów. W miejscowości Kąty natknęli się na patrol stalowowolskiej policji. Na widok "drogówki" raptownie przyspieszyli, znacznie przekraczając dozwoloną prędkość (ponad 50 km/godz). Zostali zatrzymani do kontroli. Według taryfikatora, kierowca Michał J. powinien dostać 400 złotych mandatu i 10 punktów karnych. Uprosił jednak mniejszy wymiar kary i przekonał policjantów do zmiany kwalifikacji czynu. W sumie dostał mandat 100-złotowy za rzekomy brak sygnalizacji wyprzedzania. Jednocześnie wręczył policjantom dodatkowe 100 zł "do kieszeni".
Kompromitujący film - Niedługo później w miejscowości Domostawa do tego samego patrolu podjechał Zbigniew R. wspólnik kierowcy. Z zimnym wyrachowaniem oświadczył policjantom, że całe zajście zostało nagrane ukrytą kamerą. Na laptopie odtworzył film. Zażądał 30 tys. w gotówce. Zagroził, że w przeciwnym wypadku ujawni go w mediach albo przekaże do Biura Spraw Wewnętrznych. Wyznaczył policjantom czas i miejsce odbioru pieniędzy. Szantażowani powiadomili o tym swoich przełożonych. Zorganizowano zasadzkę, dzięki której szantażyści wpadli w ręce policji, kilka godzin później w Domostawie. Okazało się, że w ten sposób wyłudzają pieniądze już od dawna. Śledztwo - W związku z wyjaśnianiem tej sprawy funkcjonariusze Biura Spraw Wewnętrznych, zwanego potocznie "policją w policji" gromadzili i analizowali dowody. Zebrany materiał dał podstawę do postawienia zarzutów dwóm funkcjonariuszom ruchu drogowego ze Stalowej Woli. Na polecenie prokuratury obaj funkcjonariusze zostali zatrzymani i przesłuchani. Prokurator postawił im zarzuty nadużycia uprawnień funkcjonariusza publicznego, przyjęcia łapówki oraz poświadczenia nieprawdy w dokumentach. Zgodnie z przepisami ustawy o policji komendant powiatowy ze Stalowej Woli, zawiesił w obowiązkach służbowych obu podejrzanych.

Postrzelony policjant nie żyje
Podczas czyszczenia broni policjant z posterunku w Horyńcu Zdroju, postrzelił ze służbowej broni swojego 43-letniego kolegę z pracy.

Podczas czyszczenia służbowego pistoletu policjant postrzelił swojego kolegę z pracy.
Funkcjonariusz zmarł po przewiezieniu do szpitala. Tragedia rozegrała się w środę rano. Z dotychczasowych ustaleń wynika, że rano dwaj policjanci czyścili służbowe pistolety. Siedzieli przy biurkach, które ustawione są naprzeciw siebie. W pewnej chwili 43-letni funkcjonariusz z szesnastoletnim stażem służby, oddał niekontrolowany strzał ze służbowego pistoletu P-99 Walther. Pocisk ugodził policjanta siedzącego vis a vis, trafił go w brzuch. Ranny funkcjonariusz przewieziony został do szpitala. Zmarł kilkadziesiąt minut później. Był młodszym aspirantem policji, służbę pełnił od 23 lat, miał 43 lata. Funkcjonariusz, który przypadkowo postrzelił kolegę, był trzeźwy. Jest pod opieką policyjnego psychologa. Na miejscu tragedii pracują policyjni specjaliści z Wydziału Kontroli, Wydziału Prewencji i Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego Komendy Wojewódzkiej Policji w Rzeszowie. Nad czynnościami nadzór sprawuje prokurator.


Gdzie jest amunicja ”Dzieliłem się służbowa amunicją z komendantem Polakiem - twierdzi policjant” Co zrobił z nią komendant, nie wiadomo

Krzysztof Polak na tle trofeów, które od lat zdobywa na zawodach sportowych dla policjantów. Czy chodzi o zwykłą zazdrość podkomendnych o trofea?

STALOWA WOLA. Policjanci oddawali część swojej służbowej amunicji (do ćwiczeń strzeleckich) insp. Krzysztofowi Polakowi, komendantowi stalowowolskiej policji. - Oddawali, bo bali się szykan z jego strony - mówi nasz informator. - Ile w ten sposób amunicji trafiło do niego i co on z nią zrobił, tego nie wiem.
W listopadzie 2004 roku Prokuratura Rejonowa w Tarnobrzegu wszczęła śledztwo "w sprawie nieprawidłowości przy wydawaniu i przekazywaniu amunicji do broni palnej podczas strzelań okresowych funkcjonariuszy KPP w Stalowej Woli”. Śledczy przesłuchali m.in. insp. Krzysztofa Polaka, szefa stalowowolskiej policji, ale na początku lutego br. postanowili się "wyłączyć” z tej sprawy. Prokuratura Apelacyjna wyraziła na to zgodę i obecnie zajmuje się nią Wydział Śledczy Prokuratury Okręgowej w Krośnie. Jego szef, prok. Robert Warunek, odmówił ujawnienia jakichkolwiek szczegółów. Nieoficjalnie udało nam się jednak dowiedzieć, że jest to na razie tzw. "śledztwo w sprawie”, czyli nikomu nie przedstawiono zarzutów popełnienia przestępstwa, w tym przypadku przekroczenia uprawnień i zagarnięcia mienia.
Udało nam się jednak dotrzeć do jednego z policjantów, który twierdzi, że dzielił się amunicją z komendantem Polakiem. Miało to miejsce na strzelnicy w Stalowej Woli, gdzie policjanci strzelali z broni krótkiej osobistej, pistoletów maszynowych - Glauberyt oraz karabinków KbKAK. Ze względu na możliwość identyfikacji, nie podajemy dokładnej daty tego zdarzenia
- Nie wiem, do jakich celów, ale komendantowi była potrzebna amunicja kal. 7,62 mm - twierdzi nasz informator. - Po każdym strzelaniu, prowadzący je policjanci odnosili komendantowi kilka paczek amunicji. Raz zaniosłem mu pięć. Stwierdził, że za mało. Musiałem skombinować jeszcze trzy. Policjanci oddawali amunicję, bo bali się szykan ze strony komendanta.
Zapytaliśmy, czy na pewno była to amunicja wojskowa? - Tak, to była amunicja wojskowa, której nie ma w żadnym sklepie myśliwskim i żaden myśliwy nie może jej mieć - odpowiedział policjant. Komendant Polak, najpierw (przez telefon) odpowiedział nam, że "nie czuje się winny”, a potem (na piśmie) wyjaśnił nam, że prokuratorskie śledztwo jest skutkiem pomówień policjanta (byłego podwładnego Polaka, obecnie pracownika KWP w Rzeszowie), który chce go poniżyć, za to, że został przez funkcjonariuszy stalowowolskiej KPP zatrzymany za jazdę po pijanemu. Polak nie zgodził się też na podanie jego danych osobowych. Nasz informator, zapewnił nas, że nigdy nie został złapany na jeździe pod wpływem alkoholu.
Poczekajmy
Podinsp. WIESŁAW DYBAŚ, rzecznik podkarpackiej policji:
- Poczekajmy na stanowisko prokuratury w tej sprawie. Jakikolwiek komentarz w tej chwili, czyli przed zakończeniem śledztwa, mógłby kogoś skrzywdzić.

Gdzie podziała się amunicja
Prokurator nie daje spokoju komendantowi policji
Wszyscy policjanci strzelali. Jedni mniej, inni więcej i teraz prokurator wyjaśnia, dlaczego tak było.
Prokurator raz jeszcze przyjrzy się gospodarce amunicją w stalowowolskiej Komendzie Powiatowej Policji. Wg naszych informacji, będą przesłuchiwani m.in. prokuratorzy z Tarnobrzega i Stalowej Woli. O sprawie pisaliśmy w tym roku kilkakrotnie. Insp. Krzysztof Polak, komendant stalowowolskiej policji, miał dostawać od podwładnych amunicję "zaoszczędzoną” na ćwiczeniach strzeleckich. By nie było posądzeń o stronniczość, sprawą zajęła się Prokuratura Okręgowa w Krośnie. W czerwcu tego roku, prokurator umorzył postępowanie "wobec braku danych dostatecznie uzasadniających popełnienie przestępstwa”. W lipcu postanowienie uprawomocniło się. Kto korzystał ze służbowej broni. W sprawie musiały pojawić się nowe wątki, bowiem dwa tygodnie temu Prokuratura Apelacyjna w Rzeszowie poleciła krośnieńskiej PO uzupełnienie czynności dowodowych w śledztwie. Umorzone postępowanie może być w każdej chwili podjęte. Teraz sprawdzimy, czy policyjna broń i amunicja nie były udostępniane osobom postronnym - mówi prok. Robert Warunek z Prokuratury Okręgowej w Krośnie. Z informacji, które do nas dotarły, chodzi o ćwiczenia strzeleckie, jakie swego czasu organizowali sobie wysocy rangą policjanci, prokuratorzy, wojskowi i celnicy. Ponoć "wprawiali oko” kosztem amunicji przeznaczonej na szkolenie strzeleckie policjantów. Jak wieść niesie Insp. Krzysztof Polak urządzał strzelania „zaprzyjaźnionym prokuratorom” oraz wszystkim tym na kim mu zależało w prowadzeniu poza służbowych interesów. Kto komu groził Prokuratura Apelacyjna poleciła też wyłączenie do odrębnego postępowania materiałów dotyczących m.in. mobbingu i gróźb karalnych komendanta wobec podległych mu funkcjonariuszy oraz fałszowania statystyk w stalowowolskiej KPP. Tymi sprawami zajął się też Rzecznik Praw Obywatelskich.

Hej, hej komendancie! Polak żyje jak Amerykaniec. Konkretnie pan komendant Polak. Komendant Polak rządzi stalowowolską policją od 12 lat. Zakładał NSZZ Policjantów. Z senatorem Kozłowskim i abepe Frankowskim weryfikował pracowników milicji i SB. Grzmiał, że jego poprzednik komendant komuch stosuje nepotyzm zatrudniając w milicji żonę. Polak głosił, że zrobi porządek, zatem zrobiono go komendantem. Na osobistą sekretarkę wziął swoją ślubną Marzenę. Ślubna miała podstawowe wykształcenie, ale robiąc w policji dorobiła średnie na "tajnych kompletach" w Rozwadowie, czyli w takiej szkółce, gdzie niegdyś podnosili swe kwalifikacje milicjanci. Polak docenił wysiłki edukacyjne żony – dostawała i dostaje wysokie nagrody pieniężne. W komendzie brakowało szmalu na wszystko, ale komendant wydał polecenie byłej głównej księgowej, aby szmal na nagrodę dla jego małżonki wykopała choćby spod ziemi. Wykopała. Żona Polaka się nie przepracowuje. Często bywa na zwolnieniach. Choroby chyba szybciej z niej wyłażą w cieplejszych klimatach, np. na Węgrzech. W zeszłym roku w lipcu pani komendantowa będąc na zwolnieniu pojechała razem z małżonkiem na wczasy. Gdy zaś zwykły pies trafi na zwolnienie lekarskie, boi się dupska ruszyć z domu, bo a nuż wpadnie doń z wizytą "koleżeńską" przełożony razem z policyjną komisją. Komendant żyje dobrze z miejscowym klerem. Swoim zastępcą ds. prewencji kryminalnej zrobił Lucjana Maczkowskiego. Koleś od dziecka wychowywał się na plebanii św. Trójcy, gdzie mama była kucharką. Polak nie zawracał sobie głowy tym, że w momencie awansu Maczkowski nie spełniał wymaganych kryteriów. Pracował zaledwie 5 lat, błyskawicznie awansował z roboty w dochodzeniówce na naczelnika prewencji, a stąd na stołek wicekomendanta. 5 kwietnia 1994 r. zmarła wdowa po byłym komendancie milicji w Stalowej Woli. Zostawiła eleganckie, duże mieszkanie służbowe. 6 kwietnia komisja mieszkaniowa przydzieliła tę chałupę komendantowi z naruszeniem zasad. Przepisy jasno precyzowały, komu się takie mieszkanie należy. Polakowi się nie należało. Informacja o wolnym lokalu nie pojawiła się np. na tablicy informacyjnej. O to samo mieszkanie starał się jeden z oficerów, posiadacz gromadki dzieci i chorej żony. Mamy w łapach kwit, na którym komendant Polak napisał 8 kwietnia komisja mieszkaniowa – do załatwienia – czyli, że daje chłopu to mieszkanie. Żeby pięknie wyglądało w dokumentach służbowych. Ostatnio w miejscowej gazecie "Sztafeta" Polak ogłosił: sprzedam mieszkanie – cena 190 tys. zł. To samo, które kiedyś dostał jako służbowe i następnie wykupił za grosze. Gliniarzy tak wku***ały działania bossa, że słali anonimy, gdzie popadło. Prokuratura w Stalowej Woli odmówiła podjęcia śledztwa w tej sprawie. Może dlatego, że żona szefa prokuratury dorabiała w komendzie jako radca prawny. Sprawą zajęła się Prokuratura Okręgowa i przekazała ją do Jasła. Tam ustalono, że Polak mieszkanie przejął i jednocześnie podpisał kwit o przydziale lokalu zwykłemu glinie, czyli złamał prawo. Prokuratura ustaliła, że faktycznie tak było. I co? Ano nic. Ostatnio komendant nabył auto Dodge Grand Caravan. Diler chciał za nie 55 tys. zł. Komendant jest widać dobrym negocjatorem, bo dostał upust – 20 tys. zł. Polak jeździł sobie spokojnie amerykańską furą, ale coś mu się tłukło pod maską. Olał to. Okazało się, że padł silnik. Polak ma już taki fart w życiu, że diler wymienił mu silnik o wartości 6,5 tys. zł całkiem za frajer. Lekko tylko zgrzytając zębami, bo auto gwarancji nie miało. Sprawa skandalicznego upustu dla Polaka była przedmiotem zainteresowania inspektoratu KWP w Rzeszowie. Kontrola wyglądała tak: do salonu wszedł koleś, przedstawił się i przy klientach oraz pracownikach zadał właścicielowi pytanie: Czy komendant nabył auto po zaniżonej cenie? Diler opuścił koparę z wrażenia, ale odparł, że w ten sposób nie będzie rozmawiał. Kontroler się obraził i wyszedł. Ciekawi jesteśmy, co jaśnie pan inspektor napisał na ten temat w notatce służbowej? Nasze wiewióry donoszą – podał, że wszystko z autem Polaka jest OK, a tylko diler mrukowaty jakiś.

Zakończyli śledztwo, zaczynają nowe STALOWA WOLA Pojawiły się nowe wątki w sprawie

Komendant Krzysztof Polak: - Śledztwo to skutek pomówień mojego byłego podwładnego.

Prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie nieprawidłowości przy wydawaniu amunicji do broni palnej w stalowowolskiej policji. Teraz zbada, czy komendant Krzysztof Polak stosował mobbing wobec podwładnych i fałszował statystyki. W marcu ujawniliśmy, że Prokuratura Okręgowa w Krośnie prowadzi śledztwo "w sprawie nieprawidłowości przy wydawaniu i przekazywaniu amunicji do broni palnej podczas strzelań okresowych funkcjonariuszy KPP w Stalowej Woli”. Dotarliśmy też do policjanta, który twierdzi, iż podczas strzelań insp. Krzysztof Polak, szef stalowowolskiej KPP, zmuszał podwładnych, aby oddawali mu część swojej amunicji (kal. 7,62 mm). Co z nią robił - nie wiadomo.
Zemsta podwładnego? Komendant Polak w rozmowie z "N” stwierdził, że śledztwo jest rezultatem pomówień policjanta (byłego podwładnego), który chce go poniżyć, za to, że został przez funkcjonariuszy stalowowolskiej KPP zatrzymany za jazdę po pijanemu.
Śledczy przesłuchali wielu świadków (w tym samego Krzysztofa Polaka) i przed kilkoma dniami postanowili umorzyć śledztwo.
Czy znajdą się inne dowody? - Nie znaleźliśmy wystarczających podstaw, aby przedstawić panu Polakowi zarzuty popełnienia przestępstwa - tłumaczy prok. Robert Warunek, szef wydziału śledczego PO w Krośnie. Umorzenie nie kończy jednak zainteresowania prokuratury osobą Polaka.
- Wszczęliśmy nowe śledztwo, bo pojawiło się wiele nowych wątków, które musimy zbadać - dodaje prok. Warunek. Prokuratorzy chcą wyjaśnić, czy Polak stosował mobbing wobec podwładnych, przekroczył swoje uprawnienia i doprowadził ich do niekorzystnego rozporządzenia mieniem, a także czy fałszował statystki policyjne.



Znieważony komendant Szef stalowowolskiej policji oskarżył podwładnego o obrazę policyjnego stopnia i munduru
Ci dwaj policjanci spotykają się codziennie w budynku Komendy Powiatowej Policji w Stalowej Woli. Co jakiś czas jednak można ich też spotkać w przybytku tutejszej Temidy. To tu bowiem toczy się proces, w którym stalowowolski komendant policji, inspektor Krzysztof Polak, oskarża jednego z podwładnych o znieważenie go jako funkcjonariusza na służbie. Do zdarzenia miało dojść w czerwcu ubiegłego roku. Podwładny komendanta Krzysztofa Polaka miał wówczas użyć wobec niego słów uznawanych powszechnie za obraźliwe, a na dodatek także grozić. Sprawa, z doniesienia Polaka, trafiła do Sądu Rejonowego w Stalowej Woli.
- Mogę jedynie potwierdzić, że taka sprawa jest w naszym sądzie rozpatrywana. Ze względu jednak na jej charakter nie jest jawna - stwierdza sędzia Arkadiusz Hryniszyn, przewodniczący Wydziału Karnego Sądu Rejonowego w Stalowej Woli.
Zeznawałem na niekorzyść komendanta
Dwa niejawność spowodowała, iż nie udało się nam uzyskać dostępu do akt. Dotarliśmy więc do policjanta, którego komendant Polak oskarża o znieważenie. Jak się okazało, nie jest to jedyna jego "zadra" z komendantem.
- Moje kłopoty zaczęły się wówczas, gdy zdecydowałem się zeznawać na niekorzyść komendanta w procesie, jaki wytoczył on jednemu z rzeszowskich dziennikarzy. Moja żona, pracująca w komendzie, najpierw pozbawiona została przez komendanta nagrody kwartalnej, a potem wypowiedziano jej umowę o pracę. Pretekstem było to, że żona, ze względu na dojazdy autobusem, codziennie rozpoczynała pracę kilka
minut później niż powinna. Przez kilka lat nie przeszkadzało to komendantowi, dziwnym trafem dostrzegł on spóźnienia mojej żony dopiero po tym, gdy zeznałem nie po jego myśli. Sprawę odebrania nagrody skierowaliśmy do sądu i na podstawie ugody komenda musiała wypłacić mojej żonie należne jej pieniądze. Zaskarżyliśmy również wypowiedzenie umowy o pracę, jednak ostatecznie zdecydowaliśmy się wycofać pozew - relacjonuje policjant.
Jak twierdzi, do znieważenia komendanta miało dojść w dniu, w którym wręczył on jego żonie wypowiedzenie z pracy. Policjant nie zaprzecza, że w gniewie mógł w rozmowie z przełożonym użyć mocniejszych słów. Jak twierdzi, kilkakrotnie proponował komendantowi przeprosiny, ten jednak nie chciał ich przyjąć.
Moje sprawy.
Inspektor Krzysztof Polak nie chciał z nami rozmawiać o tej sprawie. - To są moje prywatne sprawy - uciął krótko. Niewiele więcej mieli do powiedzenia zwierzchnicy stalowowolskiego komendanta. - Oczywiście wiemy, że taka sprawa toczy się w stalowowolskim sądzie. Z ewentualnymi reakcjami musimy jednak poczekać na jej zakończenie - usłyszeliśmy od podkomisarza Piotra Kluza, specjalisty z zespołu prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Rzeszowie. Nie doczekaliśmy się także komentarza, czy sądowe potyczki dwóch funkcjonariuszy dobrze służą wizerunkowi stalowowolskiej, i w ogóle, policji? Naszym zdaniem na pewno nie.



Prywatny interes w komendzie * Oficer policji przez kilka lat oszukiwał lokatorów spółdzielni "Szansa” * Teraz płacą za jego matactwa

- Zgodnie z ustawą prezes misi mieć licencje. Wiążę się to z wydatkami (szkolenia, ubezpieczenie, samochód, telefony, podatek). Dlatego pobieram na to w spółdzielni wynagrodzenie.. - twierdzi Basista. TADEUSZ POŹNIAK

RZESZÓW. Wiesław Basista, szef podkarpackiego związku zawodowego policjantów, jest prezesem spółdzielni mieszkaniowej "Szansa”. Jego przełożeni twierdzą, że dowiedzieli się o tym od dziennikarza nowin. Tymczasem siedziba spółdzielni mieści się w Komendzie Miejskiej Policji, a w jej zarządzie zasiadają m.in. policjanci z KWP.

Basista jest oficerem Komendy Wojewódzkiej Policji w Rzeszowie. Czy o swojej dodatkowej działalności, po służbie, zgłosił komendantowi wojewódzkiemu (bo tak nakazują przepisy)? Wiesław Dybaś, rzecznik KWP: - W dokumentach osobowych Wiesława Basisty nie ma wniosku o podjęcie zajęcia zarobkowego poza służbą, a zatem nie ma również zezwolenia. Przekazane przez Nowiny informacje dały podstawę do wszczęcia w tej sprawie postępowania wyjaśniającego.
- Jako szef związku jestem zwolniony od pełnienia służby i dlatego nie muszę pytać komendanta o zgodę - twierdzi Basista.
Spółdzielnia "Szansa” ma obecnie 21,5 mln zł długu, a lokatorom komornik zajął czynsze. Dlaczego? Raty kredytowe które płacili mieszkańcy były minimalne, a prezes Basista zapewniał lokatorów, że nie muszą płacić większych. Długi z roku na rok rosły. Tymczasem Basista, który zapewniał, że pracuje w spółdzielni społecznie pobierał pieniądze na delegacje i po ok. 2 tys. wynagrodzenia. Adres siedziby zadłużonej rzeszowskiej spółdzielni "Szansa” jest nieprawdziwy. W zarządzie zasiadają policjanci z komendy wojewódzkiej, szwagier prezesa i osoba, która od lat jest za granicą. Kto jest prezesem tej spółdzielni? Wiesław Basista, szef podkarpackiego związku zawodowego policjantów.
Zarówno z pieczątek na dokumentach, jak i aktualnego rejestru sądowego wynika, że siedzibą spółdzielni "Szansa” jest lokal przy ul. Jagiellońskiej 13. w Rzeszowie, w… Komendzie Miejskiej Policji. - Ta spółdzielnia nie ma nic wspólnego z policją. To nieporozumienie albo celowe wprowadzanie w błąd. Trzeba to wyjaśnić - mówi Zbigniew Sowa, rzecznik KMP w Rzeszowie.O tym, że zadłużona spółdzielnia mieszkaniowa jest zarejestrowana w budynku komendy miejskiej, policja dowiedziała się od "Nowin” Długi pana policjanta-prezesa. Zadłużenie Spółdzielni "Szansa”, której prezesem jest Wiesław Basista na koniec 2003 r. wynosiło prawie 20 mln zł. Rok później - już ponad 21,5 mln zł. Teraz, na czynsze płacone przez lokatorów, wszedł komornik. Dlaczego? - Do 1996 r., my lokatorzy, płaciliśmy grosze na kredyt zaciągnięty na nasze mieszkania. W ten sposób do końca życia jednak nie spłacilibyśmy długu. Dlatego w 1996 r. weszła ustawa, że za nasze mieszkania powinniśmy płacić większe, realne pieniądze, ale prezes wmawiał nam, że nie musimy. Dlatego wielu mu uwierzyło i nie płaciło. A teraz prezes przegrał wszelkie możliwe sprawy sądowe i za jego błędy musimy płacić jeszcze więcej - mówią lokatorzy bloku przy ul. Małopolskiej 8.

Działalność społeczna za pieniądze
Gdyby odpowiednie służby (urząd skarbowy, prokurator) sprawdziły konto i przelewy ze spółdzielni, to okazałoby się, że Basista pobierał społecznie ze spółdzielni 800 zł ryczałtu na delegacje, a na jego koncie pojawiały się sumy po ok. 2 tys. zł, zaksięgowane jako "wynagrodzenie dla prezesa”.
W zarządzie spółdzielni "Szansa”, oprócz Basisty, są: trzej funkcjonariusze Komendy Wojewódzkiej Policji w Rzeszowie, oficer rzeszowskiego Centralnego Biura Śledczego, szwagier Basisty oraz człowiek, który od 5-6 lat pracuje za granicą.
Koniec prywatnego interesu w komendzie. Rzeszów. Sprawą policjanta-prezesa zainteresowała się komenda główna i prokuratura

Wiesław Basista po publikacjach w Nowinach zrezygnował z funkcji prezesa spółdzielni. TADEUSZ POŹNIAK

Policyjne dochodzenie potwierdziło doniesienia "Nowin”, że oficer Wiesław Basista nielegalnie dorabiał po godzinach. Jako prezes zadłużonej spółdzielni "Szansa” zarobił w ubr. ponad 29 tys zł. Basista zrezygnował z pełnienia funkcji prezesa.

Aferę ujawniliśmy kilka tygodni temu ("Prywatny interes w komendzie”). W. Basista, szef podkarpackiego związku zawodowego policjantów, od lat pełnił także funkcję prezesa "Szansy. Spółdzielnia zadłużona jest na 21 mln zł, zarejestrowana w Komendzie Miejskiej Policji w Rzeszowie. Basista sam wypłacał sobie pensje, choć jako policjant powinien mieć zgodę komendanta na dodatkowe zarobkowanie. Basista tłumaczył, że zadłużenie "Szansy” wynika z nieprecyzyjnych przepisów bankowych. Spółdzielnia jest zarejestrowana w komendzie, bo zakładana była przez policjantów. Nie musiał też - zapewniał - mieć zgody komendanta, ponieważ jest związkowcem.

Teraz prokurator. Po publikacji w Nowinach policja wszczęła postępowanie wyjaśniające, które potwierdziło nasze ustalenia. Sprawą zajęło się Biuro Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej, które zgromadzone materiały przekazało prokuraturze. Śledztwo na razie w sprawie (a nie przeciwko) wszczęła Prokuratura Okręgowa. - Zarzuty dotyczą spowodowania bardzo dużych strat na szkodę spółdzielni "Szansa”, przekroczenia uprawnień przez funkcjonariusza i poświadczenie nieprawdy w dokumentach spółdzielni - mówi Elżbieta Kosior, rzecznik Prokuratury Okręgowej.
Postępowanie dyscyplinarne
- Wobec pana Basisty komendant wojewódzki wszczął postępowanie dyscyplinarne. Policjantowi, który naruszył dyscyplinę grozi kara od nagany do wydalenia ze służby - mówi Wiesław Dybaś, rzecznik komendanta wojewódzkiego.
- Pan Basista zrezygnował z funkcji prezesa. Uzasadniał, że informacje prasowe na jego temat są nieprawdziwe, musi zatem podjąć kroki oczyszczające. Nie będzie miał czasu, aby poświęcić się pracy w spółdzielni - mówi Marek Szczepański, przewodniczący rady nadzorczej "Szansy”.

A poza policją podkarpacką
Pijany w sztok sierżant sztabowy Robert K. z sekcji zabezpieczenia miasta Komendy Miejskiej Policji w Łodzi nazwał swoich szefów pedałami i wywołał karczemną awanturę w komisariacie policji przy ul. Ciesielskiej. Został zatrzymany i osadzony w areszcie. Odmawia złożenia wyjaśnień i nie przyznaje się do winy.

34-letni funkcjonariusz z wydziału kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy staranował swoim prywatnym samochodem inne auto. Miał 2,44 promila w organizmie. W swoim samochodzie wiózł trzech kolegów policjantów, równie pijanych jak on. Panowie policjanci wracali nad ranem z wieczoru kawalerskiego. Zostali zatrzymani w ramach akcji policji „Prędkość i alkohol – zero tolerancji dla osób naruszających przepisy ruchu drogowego”.

Prostytutka Mariola oskarżyła policjantów z komisariatu kolejowego we Wrocławiu o zmuszanie do seksu prostytutki pracujące na Dworcu Głównym. Ponadto według Marioli, gliny opiekują się, oczywiście za wynagrodzeniem, sutenerami z tego dworca. Sprawę bada Centralne Biuro Śledcze. Pierwsze ustalenia potwierdzają te rewelacje.

Sąd w Poznaniu aresztował policjanta z Zielonej Góry, podejrzanego m.in. o umożliwianie czerpania korzyści majątkowych z prostytucji. Podejrzany funkcjonariusz przepracował w policji 9 lat.

41-letni policjant z Elbląga rozbił się po pijaku na motocyklu o przydrożną barierkę. Miał dużo szczęścia: stracił pracę, ale przeżył.

Na kary po półtora roku więzienia w zawieszeniu na 4 lata zostali skazani dwaj byli już policjanci ze Świdnika za brutalne pobicie psychicznie chorego mężczyzny. Policjanci wracali z imprezy integracyjnej i nie mogli oprzeć się chętce przylania nieznajomemu przechodniowi.

Ośmiu policjantów (byłych i obecnych) z komisariatu w Drobinie, zatrzymali funkcjonariusze Biura Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji. Prokuratura Okręgowa w Warszawie zarzuciła im wiele przestępstw – przyjmowanie łapówek, poświadczanie nieprawdy w dokumentach służbowych, puszczanie wolno sprawców wykroczeń. Podejrzani usłyszeli od kilku do kilkudziesięciu zarzutów. Kwoty jednorazowo przyjmowanych korzyści majątkowych wynosiły od kilkudziesięciu do kilkuset złotych, w różnych walutach.

Dwaj policjanci z oddziałów prewencji we Wrocławiu na dużą skalę kupowali i sprzedawali narkotyki. Zostali zwolnieni z policji i w cywilu czekają na proces.

34-letni policjant z komisariatu w Bogatyni trafił do aresztu za znęcanie się nad rodziną. Rodzina postanowiła przerwać milczenie, gdy policjant dotkliwie pobił dziecko. Pięciu policjantów drogówki, czterech z Katowic jeden z Siemianowic Śląskich – zdaniem prokuratorów – chroniło transporty węgla kradzionego w kopalni Staszic. Za przysługę mieli w sumie przyjąć 270 tys. łapówki. Grozi im do 8 lat więzienia.

Dziecko uciekło policji!
Kolejna kompromitacja naszych policjantów - tym razem w Chęcinach nie upilnowali 16-latka. Po czterech dniach udało się im go złapać. Dwa tygodnie temu z Komisariatu II Policji Kielce-Zachód uciekł 40-letni mężczyzna. Policjanci go nie złapali, zbieg zgłosił się do "Echa Dnia”. W grudniu ubiegłego roku z jednostki policji w Skarżysku uciekło pięciu aresztantów. Czterech złapano, piątego nie ma do dziś. Zatrzymany na podstawie nakazu sądu 16-letni uciekinier z ośrodka szkolno-wychowawczego w Elblągu wykiwał policjantów i uciekł z Komisariatu Policji w Chęcinach. I nie udało się go złapać.
16-latek pochodzi z gminy Chęciny, ale - jak mówi policja - za demoralizację trafił do ośrodka szkolno-wychowawczego w Elblągu. Uciekł jednak stamtąd, a nasi policjanci zatrzymali go w piątek i przywieźli do Komisariatu Policji w Chęcinach. Tu chłopak miał czekać na przyjazd wychowawcy z Elbląga. Nie czekał.
CHWILA NIEUWAGI?
- Nastolatek wykorzystał moment, w którym policjant wyszedł do drugiego pokoju. Wtedy 16-latek uciekł - relacjonuje Agnieszka Włodarska z biura prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Kielcach. Najwyraźniej, podobnie jak w przypadku uciekiniera z komisariatu w Kielcach, tak i tutaj nie tylko nikt nie pilnował zatrzymanego, ale też nikt nie zatrzymał go, gdy wychodził. Z nauczki, jaką była kielecka ucieczka, policjanci nie wyciągnęli wniosków. JAK KAMIEŃ W WODĘ
Od chwili, gdy się zorientowali, że nastolatka nie ma, rozpoczęły się poszukiwania. - Uciekiniera szuka kilkudziesięciu policjantów z Kielc i Chęcin - mówi Agnieszka Włodarska. - Wydział Kontroli Komendy Wojewódzkiej Policji w Kielcach prowadzi postępowanie. Wobec winnych, którzy dopuścili się uchybień związanych z dozorowaniem osób nieletnich, zostaną wyciągnięte konsekwencje.
Późnym wieczorem w wielkanocny poniedziałek uciekiniera udało się policji złapać.
Rozwiń
Riad
Riad (9 września 2008 o 21:18) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Robię miesiecznie 10tysia km, w życiu nie wsiadłem za kierownicę po nawet 1 piwie i ani razu nie wsiadłem z podpitym, za to notorycznie łamie przepisy dotyczące prędkości i nigdy nie spowodowałem wypadku. Jedno pytanie, kto powoduje większe zagrożenie, trzeźwy gość który obwodnicą na ograniczeniu 50 jedzie 80 czy pijany kierowca jadący zgodnie z przepisami 40?
Rozwiń
trzeźwy kierowca
trzeźwy kierowca (9 września 2008 o 12:43) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
zdarzy sie pijany policjant,ksiądz ,polityk,ogolnie jest pod tym względem BARDZO ZLE ,na polskich drogach,ale niech kazdy/no prawie każdy/uderzy sie w piersi,czy nie wsiadł za kierownice /także roweru/ po ,,kielichu,, lub nie byl wiezikony przez podpitego lub wręcz pijanego kierowce .Wóda na drodze zabija,ale 10x częsciej zabija prędkość, wiec radary / to do poprzedniego komentarza/ powinny być wszędzie gdzie to tytlko możłiwe,młodzi kierowcy/przez grzeczność nie nazwe ich gówniarzami,piratami itp./ zopatrzeni CB,zwalniaja i tak tylko w tych miejscach, moze wiec reglamentować CB poprzez wprowadzenie np.100 zl miesięcznej licencji,tych z beemek po 5 tyś za 1500 kg-złomu wietrzących swoje łokcie przy loskocie decybeli /nie czytać deb***i /, ,ktore w sposob skuteczny spełniuają role selekcji naturalnej, nie bedzie na to stać, nie beda mieli cb i beda jeżdzic wolniej, moze to sposob na powstrzymanie wzrostu ofiar śmiertelnych napolskich drogach.????
Rozwiń
Jacenty
Jacenty (8 września 2008 o 20:50) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
No to żeby nie było, że tylko policjanci...
=> [url="http://www.nto.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20080908/REGION/164608318"]Pijany ksiądz zatrzymany na autostradzie[/url]
Rozwiń
mosquito
mosquito (8 września 2008 o 19:00) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
ble, ble, ble ...
Rozwiń
Zobacz wszystkie komentarze (6)

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!