wtorek, 6 grudnia 2016 r.

Lublin

Człowiekowi trzeba podać rękę

Dodano: 29 grudnia 2002, 19:39

Agata i Włodzimierz Ziółkowscy dopiero drugiego dnia po pożarze pokazali dzieciom, co zostało z ich
Agata i Włodzimierz Ziółkowscy dopiero drugiego dnia po pożarze pokazali dzieciom, co zostało z ich

Zostaje nam z dziećmi iść pod most albo na dworzec - płacze Agata Ziółkowska, która w święta Bożego Narodzenia utraciła z mężem dorobek całego życia

Feralnym dniem był drugi dzień świąt. Agata i Włodzimierz Ziółkowscy byli akurat w domu bez dzieci, które zostawili u brata Agaty, bo oboje szli do pracy na popołudniowe zmiany. Dochodziła pierwsza. Jedli obiad. Nagle poczuli swąd. Zobaczyli dym za oknem. Nie zdążyli pomyśleć, co to może być, gdy

usłyszeli walenie w szybę i krzyk: \"Palicie się!”.

Wyskoczyli na zewnątrz.
- Dym był już na dachu - mówi Włodzimierz Ziółkowski. - Próbowałem z gaśnicą tam wejść, ale nie dało się: smoła kapała na ręce. To były sekundy, jak ogień zajął poddasze i komórkę. Wszystko paliło się jak słoma. Żona krzyczała tylko "Weź butlę gazową!”. Udało mi się jakoś odkręcić ją w kuchni i wynieść na zewnątrz. Chciałem jeszcze wrócić po torebkę żony, ale nie dałem rady.
Po kilku minutach strażacy lali wodę. Mężczyźni z sąsiedztwa z narażeniem życia ratowali dobytek. Nie zważali, że sufit może runąć im na głowę. Chcieli jak najwięcej rzeczy wynieść na zewnątrz. Kobiety przynosiły herbatę w termosie, ciepłe ubrania na zmianę.
- Rozpacz. Takiej tragedii, jak żyję, nie widziałam - przyznaje Irena Radlińska, sąsiadka. - Mój syn też pomagał. Chłopak ma 28 lat, nosi włosy upięte w kucyk, miał je całe ścięte lodem. Rozpłakałam się, jak go zobaczyłam.
Ogień strawił dwie komórki kryte papą, połączone szeregowo i przyległe mieszkanie. Wiele rzeczy wprawdzie wyniesiono, ale część nie nadaje się do użytku, np. regał zlany wodą i potem wystawiony na siarczysty mróz.

Czteroosobowa rodzina Ziółkowskich została na lodzie.

- Znam Agatę od kołyski - mówi Teresa Trześniak. - Znam też jej sytuację rodzinną, wiem, że nie ma się gdzie podziać. Powiedziałam: "Musisz do mnie przyjść”. Razem z mężem spali u nas na podłodze. Mam małe mieszkanie, warunki są jakie są, ale człowiekowi trzeba podać rękę.
Rzeczy przechowuje pani Nina, u której jest w domu tak zimno, że woda w naczyniu zamarza - by zrobić kawę, musi najpierw urąbać lodu. Część ubrań leży u Ewy Małochy, która po akcji ratowniczej ma w domu strop mokry i popękany, a w dachu dziurę. Kobieta ma dwoje dzieci i 700 złotych dochodu. Nie wie za co naprawi szkodę.
- My tu żyjemy jak w rodzinie, ale jesteśmy zbyt biedni, by coś więcej zaoferować - mówi pani Ewa.
Nazajutrz po pożarze, w piątek, pogorzelcy zgłosili szkodę w lubelskim Urzędzie Miejskim.
- Mieliśmy nadzieję, że dadzą nam jakieś pomieszczenie, w którym będziemy mogli z dziećmi zamieszkać. Brat dzwonił, że syn jest chory, trzeba z nim iść do lekarza... - żal ściska gardło Agacie. Nie może dalej mówić.
- Powiedzieli, że na dzień dzisiejszy nic nie mają - ciągnie Włodzimierz. - Zaproponowali nam poddasze, ale i to nie dziś. Kazali czekać...
I tyle?
- Zaproponowali, żeby meble zwieść do schronu i wysłali nas do Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie. Powiedzieli, że sami musimy szukać stancji - dodaje Włodzimierz.
- Urzędnik powiedział, że

i tak mamy szczęście,

bo mamy pracę. No dobrze, ale gdzie w ogóle mamy się schronić? Nie wiem, jak on sobie to wyobraża. Piotrek, starszy syn, musi iść do szkoły. W maju ma komunię, a nie ma nawet domu. 4-letni Krzyś ma przewidziany na luty termin operacji oka. Dziecko nie powinno się stresować. A nam zostaje pod most iść mieszkać albo na dworzec. Już sama nie wiem…
- Agata to jest głupia, bo powinna dzieci wziąć do prezydenta. I tam mieszkać, u niego! - krzyczy w rozgoryczeniu jedna z sąsiadek.
Dzwonimy do kierownika działu lokalowego w lubelskim UM. Przy telefonie Marian Kołodyński:
- To, co możemy zrobić dla tej rodziny, to przede wszystkim pomoc doraźna w MOPR. Tam mogą spodziewać się niewielkiej pomocy rzeczowej i finansowej. Niewielkiej, ponieważ uratowali rzeczy i oboje posiadają pracę, czyli mają środki do życia.
• Jakie mają szanse na mieszkanie zastępcze?
- Postaram się znaleźć dla poszkodowanych lokal niemieszkalny typu suterena czy poddasze. Ale nic standardowego. Jednak i takiego pomieszczenia na dzień dzisiejszy nie mam. Za miesiąc, dwa, góra trzy, myślę, że taki lokal mógłbym wskazać.
• Dlaczego pogorzelcy nie mogą dostać porządnego lokalu?
- Oni nie posiadają tytułu najmu lokalu, innymi słowy nie mają przydziału. W tej sytuacji prawnej ustawa o ochronie praw lokatorów, jak również uchwała Rady Miejskiej o zasadach gospodarowania zasobami mieszkaniowymi nie przewiduje możliwości prawnych wskazania lokalu mieszkalnego z zasobów gminy. Jedynie pomoc doraźną.
Prosimy prezydenta Andrzeja Pruszkowskiego o interwencję w sprawie. Przeprasza, że

nie ma czasu

i odsyła z powrotem do szefa działu lokalowego.
- Gdyby zechciał nas chociaż wysłuchać - ociera łzy Agata.
Pogorzelcy nie kryją rozgoryczenia.
- Przecież nie mieszkaliśmy na dziko - przekonuje Agata. - Ja się urodziłam przy Krańcowej, tam miałam zameldowanie od początku. W magistracie mówią, że nasza sytuacja prawna wiąże im ręce, tylko, że sami nas w nią wtrącili. Ponad 30 lat obiecywali wszystkim tam, gdzie mieszkam, lokale zastępcze, bo przez nasze posesje chcieli budować drogę. Na wiosnę kazali szybko, dosłownie w miesiąc, regulować prawa własności, bo w przeciwnym razie zostaniemy bez prawa do zamiany mieszkania. Teraz te same kwity od rejenta są przeszkodą w przyznaniu nam pomocy.
To jakaś paranoja.
W pożarze stracili pokój o 12 mkw. powierzchni, ganek oraz drugie pomieszczenie o takim samym metrażu, z którego korzystali za zgodą właściciela. Dom niedawno odnawiali: instalacja elektryczna, dach, tynki, podłoga były remontowane.
- Miałam takie mieszkanie, jakie miałam i cieszyłam się - przyznaje Agata. - Teraz sytuacja zmusza nas do szukania pomocy. Na stancję nas nie stać. Z matką nie utrzymuję kontaktu. Bracia mają kawalerki. U teściowej też nie ma warunków: mieszka tam szwagierka z mężem i dzieckiem. Dla nas nie ma miejsca.
Drugiego dnia po pożarze pokazali dzieciom, co zostało z ich domu. Piotr płakał. Młodszy chyba nie rozumie, co się stało. Chłopcy cieszą się, bo prezenty bożonarodzeniowe ocalały - były u wujka.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO