środa, 7 grudnia 2016 r.

Lublin

Dobrze, że się pan znalazł

Dodano: 5 września 2002, 20:40

Jan Burczak w drodze na Elbrus... (Maciej Łoś)
Jan Burczak w drodze na Elbrus... (Maciej Łoś)

• Przez ostatnich kilka dni informacje o pana zaginięciu na Elbrusie oraz akcji ratowniczej nie schodziły z czołówek gazet
i serwisów informacyjnych...
- Byłem zaskoczony skalą zarówno akcji poszukiwawczej na Elbrusie jak i nagłośnienia całej sprawy w mediach. Wiele osób oceniało mnie surowo. Świadomość, jak wiele kłopotów sprawiłem, jest przytłaczająca. Wiem, że dużo rzeczy w trakcie wyprawy zrobiłem źle, ale nie można tego oceniać w kategorii zbrodni i kary. Moje zaginięcie w górach to suma własnych błędów i okoliczności ode mnie niezależnych, czyli pogody.
• Wrócimy do początku wyprawy. Skąd pomysł na wyjazd w Kaukaz
i wejście na najwyższy szczyt Europy - Elbrus?
- Był to wyjazd kilku przyjaciół. Namówił mnie do tego mój najlepszy przyjaciel Maciek Łoś. Nie musiał się specjalnie wysilać. Kocham góry, a taki wyjazd to naprawdę wielka okazja. Zdecydowałem się już w czerwcu. Później zaczęły się przygotowania. Szukaliśmy informacji o szczycie, drogach wejścia. Nikt z naszej grupy nie był wcześniej na Elbrusie. Kompletowaliśmy sprzęt. Pamiętam zaskoczenie ekspedientki, gdy w środku lata kupowałem w aptece krem przeciwko odmrożeniom. Aptekarka nie dowierzała i upewniała się, czy na pewno nie chodzi o krem przeciwsłoneczny.
• Czy przed wyjazdem spodziewaliście się kłopotów przy wchodzeniu na szczyt?
- Wiedzieliśmy, że to wysoka góra i mogą być problemy z aklimatyzacją, kondycją. Ale z naszych informacji wynikało, że techniczne to prosta góra do wspinania.

• Wejście na szczyt rozpoczęliście w poniedziałek, 26 sierpnia, ok. godziny 7 rano, z obozu na wysokości ok. 4,6 tysiąca merów. Wyrusza was sześcioro...
- Pogoda jest piękna. Wszyscy czujemy się dobrze. Jestem trochę niewyspany, bo w nocy szalał silny wiatr, który utrudniał sen. Szlak jest dobrze oznaczony, wraz z nami na szczyt wchodzą inni turyści, w sumie około 50 osób. Od wysokości ok. 5,3 tys. metrów idę w parze z Pawłem Miturą.
• Jak doszło do tego, że się rozdzieliliście?
- Tuż przed szczytem pogoda gwałtownie się załamała. Zaczęła się silna zadymka śnieżna. Nie widziałem końca kijka, który pomaga we wchodzeniu. Chwilę później, gdy wyciągnąłem rękę, nie widziałem swoich palców.
• Nie chciał pan wtedy zawrócić?
- Na chwilę się przejaśniło. Zobaczyłem Pawła. Był na szczycie. Wydawało mi się, że macha do mnie. Później mówił, że to wiatr tak nim targał. Poszedłem w jego kierunku. Udało mi się wejść na Elbrus, zobaczyłem tabliczkę z napisem 5642 metry. Byłem lekko zawiedziony. Przez cały czas była piękna pogoda, a na szczycie nie było nic widać.
• Czy wtedy zaczęły się kłopoty z zejściem?
- Nie, dopiero na wysokości 5,3 tysiąca metrów, gdzie jest przełęcz. Widoczność była zerowa. Byłem zdezorientowany. Zobaczyłem paliki wyznaczające szlak, ale nie byłem pewny, czy to właściwa droga. Równie dobrze mogła prowadzić na wschodni szczyt, wtedy oddalałbym się od zejścia. Poszedłem szlakiem. Poślizgnąłem się i zjechałem kilka metrów. Dalej schodziłem w dół, wydawało się, że to właściwa droga.
• Ale tak nie było. Oddalał się pan od obozu, droga wiodła na drugą stronę góry.
- Tak. Ale wtedy o tym jeszcze nie wiedziałem. Nie miałem pojęcia, gdzie jestem. Zaczął zapadać zmierzch. Krzyczałem, ale przy tym wietrze nadzieja, że mnie ktoś usłyszy, była minimalna. Przez cały czas wierzyłem, że dojdę do ludzi. I że za parę godzin będę się śmiał z tej przygody.

• Po kilkugodzinnym błądzeniu miał pan siłę, aby jeszcze walczyć?
- Byłem zmęczony. Myślałem, że może uda się trochę przespać. Ale było za zimno. Przestraszyłem się, że we śnie mogę zamarznąć. Około 23 trochę się przejaśniło, po gwiazdach zorientowałem się, że jestem po niewłaściwej stronie szczytu. Ale jedynym wyjściem było schodzenie. Zaczęło się najgorsze, trafiłem na lodowiec z licznymi szczelinami. Wpadłem w jedną z nich. To było straszne. Gdy spadałem, myślałem, że się nie zatrzymam. Szczelina była bardzo głęboka, ale wyhamowałem na półce kilka metrów niżej.
• Przejście przez języki lodowe zajęło panu całą noc. Czy nadejście świtu dodało panu otuchy?
- Trochę się przespałem. Zjadłem czekoladowy baton, pierwszy od 24 godzin posiłek. To był koszmarny ranek. Musiałem podjąć decyzję, czy zostać w miarę bezpiecznym miejscu, ale z minimalnymi szansami na odnalezienie, czy ruszyć dalej po bardzo niebezpiecznym polu lodowym - jedynej drodze do ocalenia.
• Wieczorem zobaczył pan pierwsze budynki...
- Wcześniej kilka razy wydawało mi się, że widzę zabudowania. Później okazywało się, że to kamienie. Ale wtedy były to faktycznie zabudowania. Mieszkali w nich bracia Kasajewowie. Trzy dni później odwieźli mnie do położonego kilkadziesiąt kilometrów dalej Karaczajewska.
• Stąd skontaktował się pan
z ojcem Maćka Łosia w Polsce. A on powiadomił konsulat polski w Moskwie, który włączył się do poszukiwań.
- Następnego dnia na dworcu w Czerkiesku odebrał mnie mój wuj, który wraz z moją mamą przyjechał do Rosji oraz konsul. Pamiętam słowa konsula: "Dobrze, że się pan znalazł. Sprawił nam pan sporo kłopotów”.
• Czy w najbliższym czasie wybiera się pan znowu w góry?
- Nie wcześniej niż w zimie. Tym razem będzie to prawdopodobnie Beskid Niski.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO