niedziela, 4 grudnia 2016 r.

Lublin

Dzień z pracy ratownika

Dodano: 5 sierpnia 2003, 20:42

Dwie łodzie ratowników patrolują Zalew Zemborzycki (Dorota Awiorko)
Dwie łodzie ratowników patrolują Zalew Zemborzycki (Dorota Awiorko)

Ludzie nie topią się na naszych oczach, ale wtedy, kiedy się odwracamy - mówią ratownicy Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Najczęstsze przyczyny tragedii to alkohol i niepotrzebna brawura

Zalew Zemborzycki zawsze patrolują dwie łodzie prowadzone przez ratowników. Często patrole WOPR wspomaga też policja. Na wody zalewu płyniemy w łodzi motorowej WOPR, kierowanej przez Stefana Erda szefa lubelskiego WOPR. Do pierwszej interwencji dochodzi już po chwili. Amatorzy kąpieli wchodzą do wody, mimo że nad plażą powiewa czerwona flaga.
- Ratownicy są oczywiście na posterunku, bo czerwona flaga nie zwalnia ich z pracy - mówi S. Erd. - Woda wygląda dzisiaj trochę lepiej, bo jest wietrznie. Kiedy nie ma wiatru woda przypomina po prostu zupę. Ale jak widać, ludzie i tak się kąpią.
Tym razem skończyło się na upomnieniu miłośnika pływania, który wypuścił się za daleko. Mężczyzna, choć niechętnie, płynie w stronę plaży.

Skoki po śmierć

Na przeciwległym brzegu szukają wrażeń miłośnicy skoków na głowę. To, że łamią zakaz kąpieli, wydaje się małym problemem, kiedy okazuje się że skaczą do basenu, którego dno pokrywają sterty złomu - żelazne ławki, łóżka i inne śmieci. Gdyby doszło do tragedii, nie byłoby nawet jak wyłowić zwłok.
- Tam boją się nurkować nawet doświadczeni płetwonurkowie - wyjaśnia S. Erd. - Dno jest po prostu najeżone różnego rodzaju żelastwem. Scenariusz jest prawie zawsze ten sam: najpierw piwo, później skok do wody i tragedia gotowa.
Młody człowiek robi w powietrzu efektowny przewrót i ląduje w wodzie. Kiedy motorówka podpływa do pomostu, wychodzi z wody.
- Czy pan chce pojeździć sobie na wózku inwalidzkim? - pyta ratownik.
- Nie - odpowiada speszony nurek.
- Niech się pan zastanowi, co pan robi. Na dnie leży cały złom znad zalewu! Nawet pan nie zauważy, kiedy się pan nadzieje.
Odpływającą łódź żegna milczenie. W tej chwili nikt się nie kąpie, ale wystarczy, by łódź odpłynęła nieco dalej i ryzykowna zabawa zaczyna się od nowa.
- Kiedy ludzie widzą patrol WOPR albo policję, stają się wzorowi - mówi S. Erd. - Wystarczy tylko się odwrócić, żeby robili to samo. W tym sezonie, tu niedaleko, utopił się już jeden człowiek. Drugi do końca życia będzie jeździł na wózku inwalidzkim.

Kąpielisko na dziko

Kilkaset metrów dalej jest jeszcze gorzej. Dawne kąpielisko Dąbrowica jest dzisiaj zupełnie pozbawione opieki. O ile na sąsiednich plażach są ratownicy, tu nie ma żadnego dozoru. Nie przeszkadza to jednak amatorom kąpieli. Jeden z nich wypuścił się kilkadziesiąt metrów w głąb.
- Proszę pływać bliżej brzegu - upomina go ratownik.
- Panie, przecież ja stoję na dnie - oburza się pływak.
- To proszę stać bliżej brzegu - cierpliwie prosi ratownik.
Mężczyzna odpływa mrucząc z niezadowoleniem pod nosem. W gruncie rzeczy powinien być zadowolony, że nie zapłacił mandatu. Gdyby w pobliżu pojawił się patrol policji, mógłby zapłacić nawet 200 zł.
Mijając molo wędkarskie, skręcamy na środek zalewu. - Lepiej omijać to miejsce z daleka, bo zdarza się, że wędkarze strzelają z procy kulkami łożyskowymi do przepływających łodzi - wyjaśnia S. Erd. - Twierdzą, że płoszymy im ryby. Właśnie niedawno musiałem wymienić zbitą szybę.

Surfing bezpieczniejszy

Dalej jest już spokojnie. Ta część zalewu nie jest raczej odwiedzana przez amatorów kąpieli - jest tu dość głęboko, a betonowa opaska na brzegu uniemożliwia wyjście z wody. Nie ma pływaków, ale w wietrzne dni pojawiają się żaglówki i surfingowcy. Z nimi ratownicy nie mają problemów, bo surfingowcy ubierają się w specjalne, piankowe kombinezony, które utrzymują ich na wodzie.
- Interweniowaliśmy tylko raz - mówi S. Erd. - Jeden z surfingowców był tak wyczerpany, że nie miał siły, żeby dopłynąć do brzegu. Musieliśmy go holować.
Żaglówki to osobny problem. W weekendy, kiedy nad zalewem pojawia się więcej ludzi, nie ma dnia, by WOPR nie wyławiał z wody niefortunnych żeglarzy. Powód: przecenianie własnych możliwości. Wystarczy chwila nieuwagi i można wylądować w wodzie. Nie brakuje też akcentów humorystycznych: ratownicy, którzy podpłynęli do dryfującej żaglówki odkryli w niej parę przeżywającą właśnie miłosne uniesienia. Niestety, w większości wypadków nie ma powodów do śmiechu.
- Najczęściej wypadki zdarzają się po alkoholu - twierdzi S. Erd. - Zupełnie niedawno 23-letni chłopak złamał kręgosłup, bo chciał zaimponować dziewczynie i skoczył do 60-centymetrowej wody. Do końca życia będzie jeździł na wózku. •
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO