poniedziałek, 23 października 2017 r.

Lublin

Intymne życie zajezdni

  Edytuj ten wpis

Bilet za cztery tysiące? - dziwiła się mała dziewczynka oglądając wystawę. - Tak. Kiedyś były inne pieniądze - cierpliwie tłumaczyła matka. Inne bilety, inne trolejbusy, a nawet... inne czasy można było zobaczyć wczoraj w zajezdni Helenów.
To pierwsza taka impreza w historii lubelskiego MPK. Ściągnęła setki gości. - Chciałem zobaczyć, jak wygląda ta cała "kuchnia” - mówi Janusz Woźny uważnie oglądając... drzewo. W zajezdni były ukryte trzy kupony. Za każdy można było dostać bilet okresowy.
Inni dostali cały autobus. Z przegubowcem zmagali się grafficiarze. - Pójdzie na to z 50 puszek farby. Wytrzyma kilka lat - mówi Krzysiek, szef grupy trzymającej spraye.
Najwięcej gości ściągały warsztaty. Właśnie powstają tam cztery trolejbusy. Niemal od podstaw. Jeden z nich ma nawet klimatyzację. Ale tylko w kabinie kierowcy. - Kiedy będzie klimatyzacja dla pasażerów? Na razie nie mamy na to pieniędzy - wyjaśnia Grzegorz Jasiński, prezes MPK.
To oszczędności skłaniają spółkę do montażu trolejbusów. Te własnej roboty są nawet trzykrotnie tańsze od tych z fabryki.
Oblężenie przeżywała też wystawa zabytkowych trolejbusów. Wśród nich, bodaj najstarszy w Polsce, szwajcarski saurer. Sprowadzili go zapaleńcy z Lubelskiego Towarzystwa Ekologicznej Komunikacji. Wóz pochodzi z 1957 roku, ale młodsi koledzy mają mu czego zazdrościć. Choćby "piasecznicy”. - Nad tylnymi kołami są skrzynie z piaskiem - Mateusz Krukowski z LTEK unosi jedno z siedzeń. - I śliska ulica to żaden problem. Staruszek radzi sobie nawet bez prądu. - Ma akumulatory. I gdy nie działa trakcja, może o własnych siłach zjechać na bok. Nowe jelcze tego nie potrafią.
- Ale kiedyś będą. Myślimy o tym - zdradza Andrzej Satke, dyrektor techniczny MPK. - W razie potrzeby wóz składałby pałąki i jechał dalej. Dzięki temu można by skierować trolejbusy na ulice, nad którymi nie ma drutów. Dominik Smaga

Rozmowa z Krystyną Gałecką z lubelskiej zajezdni Helenów

Sekrety tylnych siedzeń
• Od kiedy naprawia pani zniszczoną tapicerkę w trolejbusach?
- Od 35 lat. Teraz jestem na emeryturze, ale dalej pracuję na umowę-zlecenie. 10 dni w miesiącu.
• I dużo ma pani pracy?
- Za każdym razem czeka na mnie 50-60 siedzeń. Na jedno trzeba poświęcić ok. pół godziny. Kiedyś roboty było więcej. Teraz przybywa plastikowych siedzisk, to do zszywania jest coraz mniej.
• Jak bezlitośni są dla siedzeń pasażerowie trolejbusów?
- Bardzo. Zwłaszcza dla tylnych. Tną tapicerkę nożami. Kiedyś uwzięli się na oparcia. W środku były gumy, takie jak do majtek, tylko znacznie szersze. I był sezon, że ludzie masowo je kradli. A po co? Bo wtedy były modne kurtki z taką gumą u dołu.
• A teraz co jest w modzie?
- Na szczęście nic nie ginie. Za to często siedzenia są używane jako schowek.
• Schowek?
- Tak. Kiedyś znalazłam nawet kompletny pocisk do karabinu. Ale najwięcej było portfeli. Kilka lat temu wyciągałam ich mnóstwo. Złodziej jak tylko kogoś okradł, opróżniał potrfel z pieniędzy, przecinał oparcie siedzenia i wrzucał tam to, co nie było już potrzebne. Teraz zdarza się to bardzo rzadko. Zwykle są śmieci. Z dziur w siedzeniach wyciągam bilety, papierki po cukierkach. Często są nawet prezerwatywy.
• Nowe?
- Oj, nie. Zdecydowanie używane.
Rozmawiał Dominik Smaga
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!