sobota, 16 grudnia 2017 r.

Lublin

Ksiądz podejrzany o molestowanie nastolatków wyszedł na wolność

  Edytuj ten wpis
Dodano: 8 sierpnia 2012, 13:03
Autor: er

Dzisiaj, o 10-tej rano policjanci wprowadzili skutego kajdankami księdza na salę rozpraw. (Maciej Ka
Dzisiaj, o 10-tej rano policjanci wprowadzili skutego kajdankami księdza na salę rozpraw. (Maciej Ka

Sąd Rejonowy w Lublin-Zachód odmówił dzisiaj aresztowania ks. Bogusława P., któremu prokuratura zarzuciła molestowanie dwóch nastolatków.

Duchowny został zatrzymany przez policję we wtorek rano. Prokuratura postawiła mu zarzut wykorzystania seksualnego dwóch nastolatków spod Lublina. Miało do togo dojść przed 10 laty, gdy ksiądz był proboszczem w podlubelskiej Turce.

Jeden z pokrzywdzonych, dziś dorosły mężczyzna, zgłosił się do prokuratury po tym jak wyczytał w prasie informację, że Bogusław P. oskarżony jest o molestowanie ministranta w miejscowości Pocking w Dolnej Bawarii. Proces księdza ruszył w sądzie w Krasnymstawie.

Prokuratura dotarła również do drugiego mężczyzny, który w 2003 roku był z księdzem na wakacyjnym wyjeździe. Potwierdził, że był przez niego molestowany.

Dzisiaj, o 10-tej rano policjanci wprowadzili skutego kajdankami księdza na salę rozpraw. Duchowny nie chciał rozmawiać z dziennikarzami.

Posiedzenie prowadził sędzia Andrzej Woźniak.

- Sąd doszedł do wniosku, że prawdopodobieństwo popełnienia zarzucanych czynów jest wysokie - informuje Artur Ozimek, rzecznik Sądu Okręgowego w Lublinie. - Uznał, że zastosowanie aresztu jest niecelowe, bo nie ma obaw, że podejrzany będzie utrudniał postępowanie czy tez nakłaniał do składania fałszywych zeznań.

Duchowny został oddany pod dozór policji, ma zakaz kontaktowania się z pokrzywdzonymi i zakaz opuszczania miejsca pobytu.
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
CCCP
Tommik
Slawek "Kajo" W.
(7) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

CCCP
CCCP (8 sierpnia 2012 o 17:38) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
W końcu nie po to jesteśmy poddanym Watykanu aby jego żołnierze odsiadywali jakieś wyroki w tym śmiesznym kraju.
Rozwiń
Tommik
Tommik (8 sierpnia 2012 o 16:44) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
...być może zapowiedzi internetowe osadzonych na ul. Południowej zrobiły swoje .. a właściwie, mogły by zrobić
Sąd przestraszył się, że nasz budżet musiałby odszkodowanie płacić w późniejszym terminie na trwały uszczerbek na zdrowiu [jelita grubego] nowoosadzonego "członka" społeczności mydełkowej ..

Ponoć już czekali zniecierpliwieni na swojską resocjalizację księdza. Ogólnie, aresztanci kodeks honorowy mają. Gwałcicieli i pedofili traktują po "Bożemu".
Rozwiń
Slawek "Kajo" W.
Slawek "Kajo" W. (8 sierpnia 2012 o 16:32) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
W zupelnosci rozumiem decyzje sedziego, poniewaz areszt/wiezienie powinno sluzyc resocjalizacji osob osadzonych! Sama zas obecnosc wspomnianego duchownego wsrod mezczyzn moze byc jedynie przyczynkiem do dalszej ich (wspolwiezniow) degradacji! Ten ksiezulo jest po prostu niebezpieczny!
Rozwiń
Tomek B.
Tomek B. (8 sierpnia 2012 o 14:42) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
DW nie pozwala linkować, więc wklejam



Nieświęte rodziny

Renata Kim, Małgorzata Święchowicz | [url="http://www.newsweek.pl/"] Newsweek [/url] | 1 Sierpień 2012 |


Prowadzą podwójne życie: rano odprawiają mszę, później jadą odwiedzić swoje rodziny. I nikt się temu specjalnie nie dziwi – ani parafianie, ani nawet biskupi. – Tak to już po prostu jest – mówią księża i naukowcy badający, jak żyją polscy duchowni.
Dawny proboszcz parafii liczącej 700 wiernych, nazwijmy go A., ojciec dwójki dzieci, nie chciał odchodzić z Kościoła. Nie sądził, że będzie musiał, w końcu zna wielu kapłanów, którzy mają dziecko. I nikt im krzywdy nie robi. Ba, jednemu przełożony tak poszedł na rękę, że zamienił probostwo na większe, aby miał z czego rodzinę utrzymać. A jego wyrzucili. – W ubiegłym roku, tuż przed Niedzielą Palmową, dostałem wezwanie do kurii. Dali mi cztery dni na spakowanie się – wspomina.
Zapytał wtedy tylko: dlaczego ja? Innych też powinniście wyrzucić na bruk. W odpowiedzi usłyszał, że na innych nie ma dowodów.

Dziś A. uważa, że gdyby się wtedy swoich synów wyparł, zostawiliby go w spokoju. – Ale ja nie szedłem w zaparte. Myślę, że wyrzucenie mnie miało być sygnałem dla innych duchownych: jeśli macie dzieci, to się do nich nie przyznawajcie – mówi.

Proboszcz nie widział

Ksiądz Mariusz G., do niedawna wikary w poznańskiej parafii św. Andrzeja Boboli, swojego dziecka długo się wypierał. Choć poznana na rekolekcjach Agnieszka D., która zamieszkała z nim na plebanii, powiedziała mu, że jest w ciąży, udawał, że nie widzi rosnącego brzucha. Gdy wieczorem 23 lutego ubiegłego roku poczuła bóle porodowe, nie zawiózł jej do szpitala.

Przygotował materac i zostawił ją samą. Później zamknął się w pokoju obok, założył słuchawki na uszy, włączył muzykę, a w końcu przysnął. Nad ranem obudziły go jęki, więc poszedł zobaczyć, co się dzieje. Agnieszka krwawiła, prosiła, by wezwał pogotowie. Nie zareagował. Gdy poród wszedł w ostatnią fazę i pojawiła się główka, wyciągnął dziecko. Martwe. Ochrzcił je i dopiero wtedy zadzwonił po karetkę.

Lekarze zawiadomili policję, ta prokuraturę. Po zbadaniu sprawy prokuratorzy umorzyli dochodzenie. Teraz jednak akta odkurzono: trafiły do apelacji i śledztwo zostanie wznowione. – Trzeba ustalić szczegóły przebiegu porodu minuta po minucie. Musimy zbadać, czy ksiądz miał świadomość, że kobieta znajduje się w stanie bezpośredniego zagrożenia życia. Dlaczego uznał, że nie ma potrzeby wzywania pomocy medycznej – mówi Mariusz Orlicki, zastępca prokuratora okręgowego w Poznaniu. Jeśli prokuratura tym razem dopatrzy się znamion przestępstwa, za nieudzielenie pomocy rodzącej kobiecie księdzu będzie grozić do 3 lat więzienia.

Agnieszka D. nie chce rozmawiać o tym, co wydarzyło się zeszłej zimy na plebanii. – Wszystko, co miałam do powiedzenia w tej sprawie, już zeznałam – ucina pytania. Ówczesny proboszcz twierdzi, że nic nie wiedział. – Mnie się wydawało, że oni spotykają się na modlitwy – mówi ks. Włodzimierz Koperski. Nie zauważył, że dziewczyna była w ciąży. Kiedy zaczął się poród, nie było go akurat w Poznaniu.

Ksiądz Mariusz G. nie odbiera telefonu. Podobno w ramach pokuty trafił na jakiś czas do klasztoru, a stamtąd na zagraniczną misję.

Tak po prostu jest

Prof. Józef Baniak, socjolog religii z poznańskiego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, słyszał o Mariuszu G. na długo, zanim napisały o nim media. W Poznaniu od dawna mówiło się, że kapłan lubi kontakty z młodymi kobietami. Owszem, profesora zdziwiło, że młody wikary nie wezwał pomocy do rodzącej, ale już sam fakt, że miał partnerkę – wcale. – Z moich badań wynika, że w związki z kobietami angażuje się prawie 60 proc. duchownych. Niektórzy żyją z nimi niemal otwarcie, mają dzieci. Parafianie o tym wiedzą – tłumaczy.

Do dzisiaj pamięta przypadek księdza z Dolnego Śląska, ojca dwójki dorosłych dzieci, który był niezwykle lubiany i ceniony w swojej parafii. Kiedy zmarł, na pogrzeb przyszło całe miasteczko. I nikt nie wytykał palcami stojącej nad grobem wdowy z dziećmi i wnukami. – Ten proboszcz zawsze mi powtarzał: pisz o tym, jak naprawdę żyjemy. Widzisz przecież, jakim jestem księdzem – wspomina prof. Baniak.

No więc pisze już od ponad ćwierćwiecza. W tym czasie zbudował sieć kontaktów i niemal codziennie dostaje e-maile z podobnymi historiami. Piszą kobiety, które wdały się w romans z księdzem lub zakonnikiem i urodziły dziecko. Piszą młode dziewczyny zafascynowane charyzmatycznym kapłanem i dopytujące się, czy on zrzuci dla nich sutannę. Piszą też księża, którzy mają dzieci. Szukają rady, oczekują, że profesor pomoże im podjąć decyzję, czy pozostać w Kościele, czy odejść i założyć rodzinę. Zdarzają się historie niezwykłe: jak ta o kobiecie, która urodziła księdzu dwójkę dzieci. – Gdy wyznała starszemu synowi prawdę, ten po jakimś czasie oświadczył, że również zamierza wstąpić do seminarium – wylicza prof. Baniak.

Zapamiętał też studentkę, która przyszła do niego po wykładzie i powiedziała, że jest córką duchownego. Ojciec mieszkał w innej parafii, ale pomagał rodzinie. – Ta dziewczyna mówiła, że tata jest wspaniałym człowiekiem, bardzo je obie z matką kocha. Bała się, że źle zareaguję na jej opowieść, ale ja przecież wiem, że takie rzeczy się zdarzają. Tak po prostu jest w Kościele – mówi socjolog.

Jeszcze kilka lat temu prof. Baniak szacował, że około 10-15 proc. księży, którzy są w związkach z kobietami, ma też z nimi dzieci. Dzisiaj mówi, że trzeba te szacunki traktować jako zaniżone. Nie ma jednak twardych danych, bo dopiero opracowuje najnowsze statystyki. – Zwłaszcza młoda generacja księży to zupełnie nowe pokolenie, z inną hierarchią wartości. Oni wcale nie zamierzają rezygnować z erotyki, seksu i kontaktów z kobietami.

Tata w sutannie

Mimo że związki duchownych z kobietami są tak powszechne, wciąż stanowią temat tabu. O porodzie na poznańskiej plebanii pewnie nadal wiedziałoby tylko wąskie grono wtajemniczonych, gdyby do sprawy nie dokopał się "Głos Wielkopolski”. Dopiero po publikacjach gazety prokuratura zdecydowała się odkurzyć stare akta.

Także namówienie kogokolwiek do rozmowy graniczy z cudem: żaden były ksiądz nie chce opowiadać o swoich związkach z kobietami ani dzieciach. "Oni coś napiszą, a ja się czuję, jakbym serce na dłoni podarował. Nie chcę" – napisał jeden z nich.

Ksiądz A. też początkowo nie chce rozmawiać. Jest zdziwiony, że udało nam się do niego dotrzeć. W końcu zgadza się opowiedzieć swoją historię, pod warunkiem że nie podamy jego nazwiska. I broń Boże, nazwy wsi, w której mieszka. Chce chronić już nie tyle siebie, co dzieci.

To wieś niewielka, nic się tutaj długo nie uchowa w tajemnicy. Ludzie więc wiedzieli, że ksiądz jakoś dziwnie często wpadał do tej ładnej blondynki, która przyjechała z miasta i zamieszkała w starym domu koło kościoła. Najpierw zaglądał tylko po porannej mszy, ale potem również wieczorami. Sąsiedzi podpatrywali zza firanki: o, nasz proboszcz znów tam idzie. Ale nikt go otwarcie nie piętnował. Nawet wtedy, gdy blondynce rósł brzuch. W tym samym czasie wokół jej domu rósł wysoki betonowy mur. Ksiądz postawił go, żeby utrudnić życie ciekawskim, którzy zapuszczali się pod same okna, chcąc zobaczyć, co wyniknie z tego związku. A wynikło dwóch synów, jeden ma teraz 10 lat, drugi trzy.

Ten betonowy mur służył też do ochrony dzieci przed prawdą o ojcu. Gdyby muru nie było, chłopcy, bawiąc się w ogrodzie, widzieliby kościół. Mogliby również zobaczyć tatę w sutannie. A tak ojciec wpadał do nich po cywilnemu, wieczorami, układał spać i znikał. Mówił, że pracuje w policji, ma dyżury. Na wszelki wypadek trzymał też synów z dala od rówieśników z sąsiedztwa. Starszy nie został zapisany do miejscowej szkoły, dowożono go na lekcje kilkanaście kilometrów dalej. Do pierwszej komunii także nie poszedł do kościoła za murem, tylko w innej parafii. Żeby nie było, że odbiera komunię od taty.
– Biskup od dawna wiedział, jak żyję. Przyjeżdżał do parafii, musiał się orientować. Ale milczał – opowiada A. – Chwalił mnie przed wiernymi, mówił: módlmy się za miejscowego duszpasterza. I wszyscy odmawiali "Pod Twoją obronę". Modlili się za mnie pięknie. A ostatecznie ucięli mi łeb za te dzieci.

Alimenty od Kościoła

Prof. Baniak zauważa: biskupi doskonale zdają sobie sprawę z tego, że księża mają partnerki i dzieci. Ale na ogół nic z tym nie robią. – Zazwyczaj przenoszą ich do innej parafii, daleko od poprzedniej. Nawet nie dlatego, żeby im utrudnić życie, tylko żeby obraz Kościoła był jasny – mówi. – Gdy proboszczowi urodzi się dziecko, płaci na nie alimenty. Albo za kapłana płaci Kościół. Każdy zakon i każda diecezja ma fundusz alimentacyjny przeznaczony na taki cel.

Schemat postępowania jest w takich przypadkach niemal zawsze podobny: gdy kapłan, któremu urodziło się dziecko, zgłasza się do biskupa, mówiąc, że chce odejść, zazwyczaj słyszy: nie odchodź.

Ksiądz Wojciech Lemański, proboszcz wiejskiej parafii w Jasienicy, opowiada o przypadku kobiety, dla której ksiądz porzucił kapłaństwo. Kiedy po dwóch latach zaszła w ciążę, przyjechał do niej biskup i namawiał, żeby oddała księdza Kościołowi, bo był cenny dla diecezji. W zamian obiecywał, że diecezja zobowiąże się utrzymywać dziecko aż do dorosłości. – Wtedy skończyło się to wyproszeniem księdza biskupa za drzwi, ale myślę, że były sytuacje, w których zgadzano się na to – opowiada.

Bo wielu księżom taki cichy układ jest po prostu na rękę. Ksiądz Lemański rozmawiał z duchownym, który miał partnerkę, jednak nie zamierzał rzucić sutanny. Powiedział szczerze, że nie zostawi kobiety, bo ją kocha, a kapłaństwa nie zostawi, bo z czegoś muszą przecież żyć. Kopać rowów nie umie, a żebrać się wstydzi.

Kara nie dla wszystkich

A. czasem wpada w czarną rozpacz. Bo mija właśnie trzynasty miesiąc, odkąd go wyrzucili, a on nie wie, jak żyć. Ani z czego. – Mam za sobą 26 lat posługi kapłańskiej. Wszystko, co potrafię, to być księdzem. Jako proboszczowi przysługiwało mi 800 zł pensji, do tego zawsze uzbierało się 1200 zł z intencji mszalnych. Teraz nie mam nic. Gdyby nie wiara, którą w sobie podsycam, zapewne wziąłbym pistolet, przyłożył do głowy i pociągnął za spust – mówi.

Co chwilę przerywa rozmowę, bo synowie wpadają, ciągną ojca: pobaw się z nami, pobaw. Teraz chcą, żeby szukał z nimi zaginionych skarbów, w ogrodzie pod drzewem ukryli swoją tajną broń, starą rurę od odkurzacza. Tata musi się tym zająć, przecież jest policjantem.

Nie powiedział im jeszcze prawdy. Mówi za to, że bardzo ich kocha, że są najważniejsi w Układzie Słonecznym. Uwierzyli, że dyktują porządek tego świata: gdy kładą się spać, to słońce się chowa, kiedy wstają, słońce też wstaje.

Ostatnio wymyślił, że założy jednoosobową firmę, będzie zaopatrywał sklepy i hotele w ryby. Trochę poznał już rynek, napisał wniosek o dotację ze środków unijnych. – Jeśli to nie wypali, to nie wiem, jak przeżyjemy. Wiosną wzięliśmy ślub cywilny. Staramy się z żoną jakoś to życie poukładać – opowiada. – Wieczory są zawsze miłe – kładziemy dzieci spać, opowiadamy im bajki. Najgorsze są poranki, moment przebudzenia i myśl: co dzieciom dać jeść?

Kiedy A. dzwoni do kolegów księży z pytaniem, czy by mu nie pomogli w znalezieniu jakiegoś zajęcia, wiją się. Nie, nie mają dla niego roboty. No to może pożyczka? Choćby 500 złotych, odda, gdy stanie na nogi. – Jeden mówi, że by pożyczył, ale go okradli. Drugi, że da, jak się tylko spotkamy, a gdy mnie widzi, to ucieka – wzdycha.

Z desperacji poszedł nawet do biskupa. Skoro jest, jak to się mówi, ojcem diecezji, to niech mu po ojcowsku poradzi: co zrobić? Biskup kazał napisać podanie. – Zebrała się Rada Ekonomiczna i uradziła, że przez pierwsze pół roku będę dostawać tysiąc złotych miesięcznie. To tyle, jeśli chodzi o pomoc dla mnie i dzieci. Całe miłosierdzie mojego Kościoła. Ja bym nie miał pretensji, gdyby tak postępowano z każdym księdzem, który ma dziecko: niech będzie sroga kara, ale dla wszystkich jednakowa. A nie tylko dla tych, którzy nie wyparli się ojcostwa.

Dziecko zniknie

Ksiądz Wieńczysław Ł., pulchny 50-latek w drucianych okularach, ma czteroletnią córkę. Z braku właściwej opieki dziewczynka trafiła niedawno do domu dziecka.– Odwiedza ją ksiądz? – Biskup powiedział: nie ma takiej potrzeby. – Wyrzutów sumienia ksiądz nie ma? – Może na początku miałem. Ale skoro wybrałem kapłaństwo, moja drogą jest przy Kościele – mówi duchowny. – Jak mi się żyje? Dobrze, dziękuję. No, na początku miałem trochę przykrości.

Bo prokuratura badała, czy ksiądz Wieńczysław podżegał do zabójstwa. Kiedy jego partnerka rodziła, ksiądz podszedł ponoć do lekarki, pytając, czy by nie dało się zrobić tak, aby dziecko zmarło. Prokuratura umorzyła dochodzenie, ale przy okazji wyszło, że jest kłopot z ustaleniem ojcostwa. Ksiądz raz się do dziecka przyznawał, za chwilę wypierał. Ostatecznie sąd nakazał wykonanie badania DNA: ksiądz nie mógł się już wyprzeć, został także sądownie zobowiązany do płacenia alimentów. Najpierw płacił 350 zł, później trochę więcej, ale matka i tak nie wiązała końca z końcem. Ostatecznie z powodu złych warunków i niezaradności dziecko jej odebrano. – Ale wszystko idzie ku dobremu – mówi ksiądz Wieńczysław. – Zgłosiły się już jakieś rodziny chętne adoptować.

Dziecko może więc całkiem zniknąć z życia ks. Wieńczysława. Zresztą tylko na moment zachwiało jego karierą: przestał być proboszczem, trafił jako rezydent do parafii ok. 400 km dalej. Teraz jest na urlopie, w sierpniu biskup ma zdecydować, co dalej.

– Może czeka księdza niemiła niespodzianka: wydalenie z Kościoła? – pytamy. – Mnie? Z Kościoła wyrzucić? A dlaczego? – duchowny jest szczerze zdziwiony. – Przecież tylu jest księży, którzy mają dzieci. W diecezji były już różne przypadki i nie zdarzało się, żeby zaraz, po pierwszym upadku, wyrzucać.

Kościół milczy

Ksiądz Wojciech Lemański tuż po ujawnieniu sprawy z Poznania napisał na swoim blogu, że Kościół katolicki w Polsce nie wypracował jeszcze właściwego mechanizmu radzenia sobie z podobnymi przypadkami. Zadawał również ważne pytania: jak dochodzić sprawiedliwości w Kościele? Czy ktoś słyszał głos jakiegoś biskupa wyjaśniającego wiernym i opinii publicznej takie trudne i bulwersujące sprawy? I wreszcie, jakie konsekwencje ponoszą ludzie Kościoła winni takich uczynków? Odpowiedzią na każde z tych pytań było milczenie hierarchów.

– Kościół woli, by o tym nie mówić głośno. Woli zamiatać sprawę pod dywan – twierdzi ksiądz Piotr Dzedzej, który w 2007 r. wydał książkę "Porzucone sutanny". On sam o księżach, ich partnerkach oraz dzieciach mówi zupełnie spokojnie: – Tak było, jest i będzie. Nie powinno tak być, ale jest.
Rozwiń
Gość
Gość (8 sierpnia 2012 o 14:05) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
To skandal!! Tylu więźniów na południowej już czekało na nową dziewczynkę a sąd wypuścił ją do domu Ale jeszcze nic straconego księżulku
Rozwiń
Zobacz wszystkie komentarze (7)

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!