czwartek, 8 grudnia 2016 r.

Lublin

Potop z nieba

Dodano: 12 maja 2003, 20:49

Oberwany mostek w Wierzchowiskach II (Izabela Leszczyńska)
Oberwany mostek w Wierzchowiskach II (Izabela Leszczyńska)

Nawałnica zaczęła się tuż po rozpoczęciu Wieczorynki. Grzmiało i błyskało przez trzy godziny. Woda zabierała po drodze wszystko: drzewa, beczki, sławojki, rwała asfalt, zatykała przepusty, wdzierała się do domów. W Wierzchowiskach prawie we wszystkich gospodarstwach
są szkody

Była godzina ok. 20.30. Trzech mężczyzn i kobieta wracali maluchem z Antoniowa w stronę Piłatki. Deszcz lał jak z cebra, do tego grzmoty i błyskawice. Widząc, co się dzieje, kierowca skręcił w lepszą drogę na Wierzchowiska. Ale przejazdu nie było. Na środku drogi stał inny samochód. Kierowca próbował uruchomić silnik. Po chwili motor zaskoczył i wycofał się. Czekający w maluchu nie zdążyli pojechać dalej. Auto porwała z drogi fala powodziowa.
- Woda niosła nas, nie wiedzieć gdzie. Razem z autem wpadliśmy pod wodę. Kolega krzyknął tylko: trzymajmy się razem - opowiada Zenon Mazur.

Ratowali się sami

Józef Wieleba, który siedział za kierownicą, wydostał się jako pierwszy. Przez drzwi wyciągnął żonę. Tą samą stroną wydostał się Jan Mazur. - Pod wodą mało nogi mi nie wyrwało, bo korzeń ją uwięził. Napiłem się wody, uwolniłem nogę i wypłynąłem w ostatniej chwili.
Uratowani zdążyli jeszcze zobaczyć przez moment trzeciego pasażera, Tadeusza P. - Było ciemno, chyba we wsi nie było światła. Tylko jak piorun strzelił, zobaczyłem twarz kolegi. Krzyknął "ratunku” i przykryła go woda. Tragedia, nie daj Boże - dodaje Mazur.
Troje ocalałych zaczęło wzywać pomocy, ale znikąd żywej duszy. Dostrzegli dachy domów na pagórku. Zapukali w okno do pierwszego z brzegu. Kobieta z dzieckiem na rękach wskazała im drogę do drzwi.
- Mieli wszyscy błoto na włosach i ubraniu, bałam się im otworzyć - przyznaje Zofia Jachim z Wierzchowisk. Natychmiast zadzwoniła po straż i policję.

Cudem odpalił

- Brakowało nam 20 metrów, żeby zjechać z drogi - mówi Ania Budkowska. To ich auto stało na drodze w Wierzchowiskach, gdy nadjechał Wieleba. - Wszędzie było już pełno wody i silnik zgasł w samochodzie. Mąż nie mógł odpalić. Ci w maluchu naprzeciw nas nawet nie widzieli, co się za ich plecami dzieje. A rzeka szalała. Dzieci - 7-letnia Paulina i 3-letnia Kinga - zaczęły piszczeć ze strachu. Już mieliśmy brać je na ręce i uciekać, gdy mąż cudem odpalił. Zdążyliśmy - ociera z oczu łzy.
W poniedziałek przyszła do pracy w przedszkolu. Cały dzień było jej zimno. Nawet nie chce myśleć, co mogło się stać, gdyby wtedy wyszli z auta. - Zatrzymaliśmy się u teściów. Dopiero w poniedziałek dowiedzieliśmy, że rzeka porwała człowieka.

Wielkie sprzątanie

Wczoraj w Wierzchowiskach cała wieś sprzątała po niedzielnej ulewie. - Siedzieliśmy w domu, jak usłyszeliśmy szum - Anna Wielgus prostuje plecy. W ręku szufelka do zgarniania błota z podłogi. - Dzieci były na dole. Skoczyłam je zabrać. Jak wróciłam drugi raz po mamę, wody było już tyle, że nie mogłam otworzyć drzwi. Krzyknęłam, żeby skoczyła na stół. Woda sięgała mi prawie po ramię. Mama ma chore nogi, ale jakoś dzięki Bogu wdrapała się na stół. Zabrali ją z niego strażacy.
Anna Wielgus jest listonoszem. Wczoraj przekonała się, co to zawodowa solidarność. W odmulaniu domu pomagali jej naczelnicy poczty z Modliborzyc i Janowa Lubelskiego oraz dwanaście innych osób. Reszta pracowników poczty w tym czasie dwoiła się i troiła, by przesyłki dotarły do adresatów.
- Moja mama ma 87 lat i czegoś takiego nie widziała - dodaje Zofia Jachim. - Nic nie zapowiadało takiej zlewy.
W ogródkach zamiast sałaty, ogórków, rzodkiewki jakieś 20 centymetrów mułu. Gdzieniegdzie widać krzewy truskawek, ale i tak rolnicy mówią, że w tym roku nic z nich już nie będzie.
W wielu gospodarstwach potopiły się zwierzęta. - Rzuciłem świniom belki słomy i tylko dlatego ocalały - mówi Józef Serwatka z Wierzchowisk II. Jego córki siedzą na progu. Nie mają siły się ruszyć. Całą noc porządkowały dom.

W Zdziłowicach też powódź

Szeroką falą - 150-metrów - powódź przeszła też przez pobliskie Zdziłowice.
- Byłam na drodze, gdy usłyszałam szum - mówi Joanna Wiechnik. - Z góry szła rwąca woda. Nie zdążyłam pomyśleć i wbiegłam na wzniesienie.
Gospodarze próbowali ratować inwentarz. - Krowa i cielak stały w wodzie. Tylko łby im było widać. Przeżyły, ale świnie i kury się potopiły - mówi Janusz Michalczyk.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO