piątek, 20 października 2017 r.

Lublin

Wierzyliśmy, że Jasio się odnajdzie

  Edytuj ten wpis
Dodano: 4 września 2002, 21:11

Jasio to mój najlepszy przyjaciel – mówi o Burczaku jeden z uczestników wyprawy Maciej Łoś<br />
 (J. Mir
Jasio to mój najlepszy przyjaciel – mówi o Burczaku jeden z uczestników wyprawy Maciej Łoś
(J. Mir

Czuliśmy się jak na planie filmu grozy. Zastanawialiśmy, czy zakończenie będzie szczęśliwe czy nie. Wierzyliśmy, że Jasio się odnajdzie - mówi Maciej Łoś, uczestnik dramatycznej ekspedycji na Elbrus

Odnaleziony po pięciu dniach w górach Kaukazu 20-letni Jan Burczak jest już w Lublinie. Wraz z M. Łosiem wrócił wczoraj z Moskwy.
- Nie ustrzegliśmy się błędów. Nie zarejestrowaliśmy wyprawy, co opóźniło rozpoczęcie poszukiwań o jeden dzień. Za krótka była też aklimatyzacja - wyjaśnia M. Łoś.
W wyprawie na Kaukaz brało udział dziewięciu turystów (w tym cztery kobiety) z Lublina i Warszawy. Wejście na szczyt (5,6 tys. metrów n.p.m.) rozpoczęli w ubiegły poniedziałek z obozu ma wysokości 4,5-4,6 tys. metrów.
- Była piękna pogoda. Wszystko wydawało się proste, podążaliśmy w prawie 50-osobowej kolumnie turystów. Na wejście zdecydowało się sześcioro osób z naszej grupy - relacjonuje Łoś. - Szliśmy w parach. Jaś z Pawłem Miturą na końcu grupy.
Ok. 13 pierwsza dwójka weszła na szczyt. Byli w niej Łoś i Paweł Paź. - 15 minut później podczas schodzenia mijałem Jasia. Wyglądał dobrze. Nie przypuszczałem, że kolejne spotkanie nastąpi dopiero po sześciu dniach.
Kilkanaście minut później pogoda na Elbrusie popsuła się. We mgle Mitura i Burczak rozdzielili się. Mitura przekonany, że Burczak zawrócił, sam wszedł na szczyt, a później zaczął schodzić do obozu. Zabłądził. Odnalazł się dopiero następnego dnia.
A co się stało z Burczakiem? - Jasio przy schodzeniu poślizgnął się na śniegu, upadł i stracił orientację. Zaczął obchodzić górę nie z tej strony, z której przyszliśmy - wyjaśnia Łoś.
Burczak znalazł się na północno-zachodnim zboczu Elbrusu. - Najgroźniej było, kiedy w nocy wpadłem w około 20-metrową szczelinę i zawisłem na jednej z jej ścian. Przez pół godziny zastanawiałem się co robić dalej - opisywał Burczak przed odlotem z Moskwy. Udało mu się dotrzeć do szałasu pasterskiego braci Kasjewów.
Tymczasem rozpoczęły się poszukiwania zaginionego. Do akcji ruszyło ponad 40 ratowników i helikopter. - Normalna akcja trwa trzy doby, nikt nie przeżył dłużej na lodowcach Elbrusu. Wierzyliśmy, że Jaś żyje - mówi Łoś.
Burczak utknął jednak w szałasie. - Gospodarze proponowali mi, że mogą mnie zaprowadzić do doliny, skąd jest jeszcze półtora dnia drogi do najbliższej miejscowości. Byłem jednak zbyt wycieńczony - opisywał.
Na prośbę polskiego konsula akcję ratowniczą przedłużono o cztery dni. - Oczekiwanie było koszmarne - przyznaje Łoś. - Nie dopuszczałem myśli, że Jaś zginął.
W sobotę Burczak zadzwonił do rodziców Łosia w Polsce. Do kolegów dotarł następnego dnia. - To była olbrzymia radość. Po powitaniu dostał od nas wszystkich klapsy za to, że się zgubił - wspomina Łoś.
Burczak był wczoraj nieosiągalny.
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!