wtorek, 21 listopada 2017 r.

Magazyn

A ja kocham moją mamę

  Edytuj ten wpis
Dodano: 22 maja 2003, 13:59
Autor: Ewa Dziadosz

Popularność bywa męcząca. Męczy to ciągłe ustawianie się do fotografii, wywiady, protekcjonalne traktowanie... Kiedy wracałyśmy z Warszawy, widziałyśmy w pociągu Krzyśka Zalewskiego i rozumiałyśmy, jak ciężka jest rola Idola, a on ma jeszcze maturę na głowie – mówią Aldona i Karolina Miłkowskie, czterdziesto- i dwudziestolatka, matka i córka.



Oprócz greckiego mitu o Demeter i Persefonie, w literaturze nie ma zbyt wielu przykładów związków matek i córek, mimo że przecież jest to kanwa istnienia ludzkości. To one przenoszą życie i wzorce kulturowe do następnego pokolenia w najbardziej nawet patriarchalnych cywilizacjach. Firma Oriflame postanowiła wykorzystać marketingowo ów najniezwyklejszy z ludzkich związków.
Z zaproszenia do konkursu „Matka i córka – naturalna więź” skorzystało 1600 par matek i córek z całej Polski, z których wybrano 6. Wśród nich znalazły się panie Miłkowskie z Lublina. I chociaż jest to konkurs najpiękniejszych uczuć, to, jak w każdym konkursie piękności, uczestniczki muszą od kilku dni ćwiczyć kroki, mierzyć suknie i buty, aby najlepiej wypaść przed jury, które wybierze zwycięską parę.
–Nawet jak nie wygramy, to i tak zostaną nam stroje, które przygotowała pani Teresa Rossati – mówią.
Dla mierzącej 183 cm Karoliny to ważne. Ten wzrost zawsze był jej utrapieniem, wytrącał poza grupę rówieśników, na ulicy przyciągał spojrzenia i kąśliwe komentarze. Uniemożliwiał wygodną pozycje w ławce i w kinie, a przede wszystkim utrudniał znalezienie ubrania. Organizatorzy konkursu właśnie zatelefonowali z Warszawy, że dla wszystkich uczestniczek kupili już buty, tylko ona sama musi się o siebie troszczyć. Bo
takich numerów nie ma...
– Oni w stolicy nie znaleźli przez miesiąc, a ja muszę w Lublinie kupić przez kilka dni – mówi Aldona bez cienia goryczy w głosie. Obydwie panie najwyraźniej bawią się konkursową rywalizacją, ze wszystkimi jej niedogodnościami. I widać, że naprawdę łączy je autentyczna bliskość i pełne ciepła zrozumienie.
Trudno powiedzieć, żeby były podobne. Kiedy warszawscy mistrzowie fotografii robili im fotosy do kolorowych pism, Aldona musiała stawać na pudełeczku, aby zmieścić się w tym samym kadrze co przerastająca ją o głowę córcia. Obydwie ładne blondynki, ale Karolina musi jeszcze sobie na twarz zapracować. Na twarzy Aldony trzykrotne macierzyństwo, praca zawodowa, domowa krzątanina, smutki i radości – wypisały swój intrygujący deseń i głębię spojrzenia. Karolina zachwyca piękną cerą i młodzieńczą werwą.
– A właśnie, że opowiem, jak nieprzyjemnie traktowali nas dziennikarze z Warszawy!
– Ale po co, córciu, po co?
Harmonijnie uzupełniają się w rozmowie. Nie przerywają sobie, nie zagłuszają się wzajemnie, podejmują tylko wątki zawieszone w połowie zdania. Opowiadają jak razem gotują, spacerują, czytają, chodzą do kina. Wspólnie też gimnastykują się w myśl chińskich zasad, gwarantujących nieustające zdrowie. Doskonale jednak widać, kto tu jest dominującą osobowością. I można by domniemywać, że istnieją tak tylko dla siebie,
w rodzinnym duecie.
Tymczasem, w mieszkaniu na najwyższym piętrze kamienicy w centrum Lublina, żyje całkiem liczna rodzina. Karolina ma dwie siostry bliźniaczki, szesnastoletnie Kasię i Emilkę.
– One mają własną, bliźniaczą więź i własną popularność – mówi Karolina i z dumą pokazuje gazety. – O, tu są na zdjęciu w „Dzienniku”, a tu we włoskiej gazecie.
Obecność głowy domu można poznać po biurku ze stosem ważnych dokumentów. Wiktor – tata i mąż – wcale nie jest zagubiony w babskim świecie, może nie ma gazetowej popularności, ale ma własne interesujące sprawy.
– I ma... psa – jak niesforne przedszkolanki chichocą panie Miłkowskie. A masywny, kudłaty Beethoven, z zadumą kiwa wielką głową. One też zadumały się nad kwestią swoich małych tajemnic przed resztą rodziny.
– To może to... – spojrzenie w oczy.
– To?! – uniesienie brwi.
– No, właściwie to już nie jest tajemnica
– Karolinka, tak jak ojciec, chciała studiować w Krakowie, na Uniwersytecie Jagiellońskim – mówi w końcu matka. – Miałam takie pieniądze na czarną godzinę, przeznaczyłam je na kurs przygotowawczy i dojazdy do Krakowa.
– A ja się nie dostałam – ucina córka, teraz studentka socjologii w UMCS. Cały czas jednak planuje przeniesienie się Krakowa.
Czy mama nie będzie tęsknić?
Och, będzie, ale taka jest kolej rzeczy. Dzieci dorastają i wyfruwają z gniazda. A Kraków jest taki piękny. A poza tym prawdziwe studenckie życie to mieszkanie z dala od rodziców.
Karolina nie pierwszy raz próbuje zerwać się z łańcucha rodzicielskiej miłości. Na początku liceum, gdy wydawało się jej, że nikt jej nie lubi, bo jest za wysoka i do niczego się nie nadaje, bo ma dwójki z jednego ważnego przedmiotu – postanowiła wyjechać do Afryki na misje. Tam byłaby potrzebna, no i nikt nie zwracałby uwagi na jej wzrost.
– Ale, córciu, misjonarz musi coś umieć, żeby pomagać ubogim w Afryce, języki trzeba znać, mieć jakiś zawód – zauważyła mama. Trudno było się oprzeć logice tego rozumowania. Poza tym ze szkoły odeszła nauczycielka sypiąca dwójami, z kolegami zaś jakoś dało się dogadać. I tak Afryka straciła misjonarza...
Czy nigdy się nie kłócą?
A cóż to byłaby za rodzina bez kłótni! Owszem – kłócą się. Bywa, że ostro. Nigdy jednak nie podsycają nieporozumień, nie popadają w przedłużające się dni i tygodnie milczenie. Pokrzyczą, przeproszą się i rozmawiają. Zwyczajnie, o wszystkim. Jak matka z córką.
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!