niedziela, 11 grudnia 2016 r.

Magazyn

Arab w Europie


Ameryka jest zła, Bin Laden jest dobry... Demonstracja w Bangladeszu
Ameryka jest zła, Bin Laden jest dobry... Demonstracja w Bangladeszu

Można postawić tezę, że wielu zapatrzonym w siebie, zachowującym dystans wobec Ameryki Francuzom, dopiero niedawny mecz kazał zastanowić się nad konfliktem, wobec którego stanęła nasza cywilizacja na progu XXI wieku. Mecz odbył się w Paryżu, 6 października 2001 roku, niespełna miesiąc po ataku muzułmańskich terrorystów na USA.

Spotkanie towarzyskie

To miał być mecz towarzyski w piłkę nożną. Francuzi, mistrzowie świata, zaprosili do gry Algierię. Na narodowym stadionie Francji (Stade de France) Algierczycy byli gośćmi. Szybko okazało się, że to teoria. Bowiem wśród 80 tysięcy widzów przeważali Arabowie rodem z Algierii, choć od lat zamieszkali we Francji. Nie kibicowali swojej przybranej ojczyźnie, w której często osiągnęli pozycję, zawód i pieniądze, jakich by nie zdobyli w starym kraju, lecz w sposób nie pozostawiający żadnych wątpliwości, gdzie mają Francję, dopingowali zespół Algierii. Mówienie o dopingowaniu nie jest tu zresztą najwłaściwsze. Już przed meczem Arabowie wymyślali kibicom gospodarzy, zaczepiali tych, którzy wyglądali na rodowitych Francuzów. Nie poprzestali na rasistowskich rozróbach na trybunach, próbując wedrzeć się także na płytę boiska i tam pokazać, jak nienawidzą Francji. Policja jednak zapędziła te grupki na trybuny.
Francuscy piłkarze nie usłyszeli braw, czego na własnym stadionie zwykle im nie skąpiono. Już w czasie grania hymnów Arabowie zakrzyczeli Marsyliankę (teoretycznie swój własny hymn, skoro są obywatelami Francji), a następnie - podczas prezentacji zawodników - wygwizdali piłkarzy francuskich, z wyjątkiem Zinedine Zidane'a, gwiazdora piłki francuskiej, pochodzącego z Algierii właśnie. Podczas gry gwizdali przy dojściu Francuzów do piłki, co zresztą Algierii nie pomogło, bowiem w 75 minucie wynik był 4:1 dla Francji.
Niestety, nie wiemy, jaki wynik byłby w 90 minucie meczu, ponieważ na kwadrans przed końcem policja nie wytrzymała naporu arabskich kibiców. Ci wtargnęli na boisko, taranując co było po drodze. I tak zakończył się towarzyski (o ironio, nazywany też przyjacielskim) mecz, w którym okazało się jak bardzo antyfrancuska jest arabska część obywateli Francji. Stąd łatwo już o wniosek, że jest antyzachodnia czy - wręcz - antydemokratyczna.

Obce cywilizacje

To zachodniej, współczesnej, otwartej na świat demokracji, zawdzięczają mieszkańcy innych części globu lepsze życie w Europie i Ameryce, pracę, szerokie możliwości zdobywania wiedzy przez własne dzieci. Od lat 60., kiedy rządy europejskich państw otworzyły granice, kraje te zaczęły się zapełniać imigrantami z Azji i Afryki. W nowym miejscu znajdowali to, czego nie mieli u siebie. Jednocześnie, mogli pozostać sobą - nikt na siłę nie nawracał ich na nową wiarę, nikt nie kazał im zrywać z tradycjami, odcinać korzeni. Oczekiwano jednak, całkiem zrozumiale, że nowy kraj uznają za swą nową ojczyznę, że będąc z pochodzenia Algierczykami, Pakistańczykami, Kurdami czy Palestyńczykami, staną się Francuzami, Niemcami, Holendrami lub Brytyjczykami, utożsamiając się z nowymi krajami i z ich obywatelami.
Wiele wskazuje na to, że tak się nie stało, a nadzieje Europejczyków na spokojną koegzystencję z wyznawcami Allacha (zdecydowana większość imigrantów to islamiści) właśnie teraz biorą w łeb. Opisany mecz tego dobrym przykładem, ale przecież nie jedynym. To zaś, co 11 września islamscy fundamentaliści uczynili w USA, pokazuje, do czego w skrajnych przypadkach cywilizacyjna przepaść może prowadzić.
Oczywiście, każdy mieszkaniec Wielkiej Brytanii, Francji lub Niemiec może przywołać pozytywne przykłady - przybyszów z kręgu islamu, którzy wtopili się w nowe społeczeństwo, nowy kraj uznali za własny i z przekonaniem będą mu służyć.
Jednak nie takie przykłady, jak się wydaje, będą teraz podstawą do ocen. Zwykły Francuz czy Anglik patrzeć będzie z innej perspektywy - z której w pierwszym rzędzie zwróci uwagę na fakt, iż w masie islamscy przybysze pozostają enklawą w jego kraju, nie czują z nim związków (może poza finansowymi), nie chcą zrozumieć nowej dla siebie kultury, ale i często nauczyć się języka.
Dojrzy i to, że arabskie enklawy z przedmieść Paryża czy Londynu są (lub mogą być) bazą dla terrorystów.

Polityczna poprawność

Przeciętny Anglik, Niemiec czy Francuz widział już wcześniej, że w obrębie jego własnej, istnieje i rozwija się inna cywilizacja. Jeśli nawet stan taki go niepokoił, to akceptował go, bo jest przecież demokratą i postępuje zgodnie z zasadami politycznej poprawności. Według nich współczesny demokrata w zachodnim stylu akceptuje odmienności, ba - sprzyja im, a także tworzy warunki do ich rozwoju.
I zwykły Europejczyk zastanawia się dziś, czy ta piękna idea nie wymaga spełnienia jednego jeszcze warunku: akceptowania przez wszystkich, a więc również przez imigrantów.

Tu nie ma dla nas miejsca

Anglik, Francuz, Niemiec, także Amerykanin, nie sprzeciwiał się dotąd, gdy w jego sąsiedztwie, jeden po drugim osiedlali się przybysze z dalekich stron, a obok kościołów i synagog, wyrastały meczety. Gdy jednak także restauracje i kluby, do których chodził z rodziną lub kolegami, stawały się miejscami spotkań Arabów, Turków czy Kurdów, a na ulicy stawało się niebezpiecznie, podejmował decyzję o zmianie miejsca zamieszkania.
Pierwsi odchodzili bogatsi, potem mniej zamożni i tylko biedni, nie mając szans na ucieczkę, musieli się przystosować. Często - podporządkować.
Moi znajomi Niemcy, żyjący w dużym przemysłowym mieście, już dwukrotnie zmieniali mieszkania. Nie dlatego, żeby stare im się nie podobały. Nie odpowiadały im dzielnice, które z czasem opanowali mahometanie.

Do jednego worka

Zamieszki, jakie wybuchały w tym roku w kilku brytyjskich miastach, tylko w części mają podłoże chuligańskie i tło rasowe. W dużym stopniu były wyrazem frustracji miejscowych społeczności wobec problemu opisanego wyżej. Drastyczne formy, jakie przyjęły - walki uliczne między miejscowymi a przybyszami z Azji i Afryki, demolowanie sklepów, podpalanie samochodów - mogą świadczyć, że miejsce koegzystencji zajął konflikt. Wydarzenia z paryskiego meczu to potwierdzają.
Tym bardziej że tragedia zgotowana przez islamskich terrorystów 11 września 2001 r. niewinnym ofiarom w USA, nie tylko spowodowała rozpoczęcie światowej wojny z terroryzmem. Ta tragedia może bardzo zaważyć na relacjach między ludźmi z cywilizacji zachodniej a społecznościami z kręgu islamu.
Bin Laden, konstruując największy w dziejach atak terrorystyczny, wyrządził wielką krzywdę swoim współwyznawcom - powiedział mi znakomity psycholog. W każdym Arabie nasze społeczeństwa postrzegać będą zagrożenie, samo słowo "Arab” stanie się synonimem zła (moja uczona koleżanka podpowiada mi, że dzieci w szkołach w formie obelgi wobec rówieśników już mówią "ty Arabie!”). Wszystkich wyznawców islamu wrzucać się będzie do jednego worka, z którego może nie być wyjścia.
Winien temu jest na pewno bin Laden i jego fanatycy. Ale i nie bez winy są sami imigranci.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO