środa, 23 sierpnia 2017 r.

Magazyn

Bajki jak pluszaki

Dodano: 1 czerwca 2007, 11:01

Urodziłam się w Hrubieszowie, ale wychowałam na wsi. Zawsze byłam szarą myszą - mówi, choć dziś po niej tego nie widać.

Edyta Zarębska: drobniutka, zadbana, elegancka. Siedzimy twarzą w twarz, bo tak się lepiej rozumiemy. Ma kłopoty ze słuchem. Edyta pisze bajki. Za jedną z nich - "Wiki i ziarenko miłości” - została właśnie wyróżniona w konkursie "Cała Polska czyta dzieciom”
- Byłam zwyczajną dziewczynką z mnóstwem marzeń i kompleksów. Wcześnie zaczęłam czytać i chciałam zostać "pisaczką” - śmieje się. - Pisałam opowiadania i wierszyki, nauczyciele chwalili, ale pytali: dlaczego takie smutne?
Dziś zastanawia się - może to była tęsknota za domem i rodziną? Bo większą część dzieciństwa spędziła w szpitalu. Maturę zdała w Lublinie.
- Nie poszłam na studia. Bałam się, jak sobie poradzę - dorzuca z zażenowaniem. - Jednak myślę o tym coraz częściej i chyba mam jeszcze szansę?

Myszy i ja


Młodzieńcze utwory wylądowały na strychu. To miało być bezpieczne miejsce, ale...
- Dobrały się do nich myszy - wyjaśnia Edyta. - Trochę wierszy ocalało i przeglądam je czasem. Każdy z nich to jakieś wspomnienie z dzieciństwa, młodości. To dobre i złe chwile, taki pamiętnik moich emocji. Niektóre powstały w chorobie, inne w cieple domu. Tak, mam do nich sentyment, choć dziś krytycznie muszę powiedzieć, że w wielu nie tylko rym i rytm, ale nawet słowa są źle dobrane.
Jeszcze przed urodzeniem dziecka pisała bajki. Ale te układane z myślą o synu nabrały innego blasku.
- Dziecko każdą kobietę wzbogaca o takie wewnętrzne emocje, które poruszają wyobraźnię, wyzwalają nowe pomysły i motywują do pisania.

Bajki jak pluszaki

- Nie, nic z rodzinnego domu nie ma w tych moich bajkach. Mnie babcia opowiadała o wojnie, o tragicznych wydarzeniach, które wtedy przeżyła. Jak mogłabym takie traumatyczne wspomnienia przekazać dzieciom? Wystarczy, że ja byłam nimi obarczana.
Mówi, że czerpie optymizm z tego, że sama już nie choruje i ma dziecko.
- No i z tego, że jest ono szczęśliwe. To najpiękniejsza bajka - uśmiecha się.
Pisze tylko po części dla swojego synka. Wszystkie dzieci pragną tego samego.
- Chcą się bać, ale troszeczkę, chcą bajek przytulnych jak pluszaki, chcą się śmiać i oczekują dobrego zakończenia. Nigdy się nie przestawię na bohaterów z blachy i elektrody - wyjaśnia swoją filozofię pisania.
Inspiracji szuka wokół siebie. We wspomnieniach, w dziecinnych marzeniach, które jeszcze gdzieś tkwią w zakamarkach pamięci.
- Czasem idę ulicą, spoglądam na starą kamienicę i myślę: co się kryje za jej murami? Może jakaś tajemnica? Widzę źle ubrane dziecko i zadaję sobie pytanie: dlaczego? A gdyby to był bohater mojej książki, jakiej przemiany bym dokonała, jak zakończyłabym jego przygody i troski? Trzeba to opisać, żeby innym dzieciom dodać otuchy i nadziei. Temat jest wszędzie. Obserwuję kolegów mojego syna i ich zachowanie, ich charaktery. Oni też są dla mnie inspiracją.

Najpierw jestem matką

Najnowszą książkę zaczęła pisać w ulewny wieczór; pierwszych kilka rozdziałów historii o dwóch dziewczynkach, których rodzice się rozstają. Tak właśnie powstała wyróżniona "Wiki i ziarenko miłości”. Akcję ulokowała na wsi pod Krasnymstawem.
Notatki robi na karteczkach, na kawałkach papieru, który jest pod ręką. Przed komputerem siada tylko wtedy, kiedy jest w dobrym nastroju. Najchętniej wieczorem. W ciągu dnia normalka: zakupy, gotowanie, pranie, sprzątanie...
- Sama od siebie wymagam, żeby w domu to wszystko zrobić - mówi. - Przede wszystkim jestem matką i żoną. Pisanie jest dodatkiem do codziennego życia.
Pierwsze były "Opowieści babci Gruni”, rymowana bajka o mysiej rodzinie. Dlaczego o mysiej?
- Chyba dlatego, że sama czułam się szarą myszą, że myszy pogryzły moje wiersze, wreszcie, że świetnie nadają się na bohaterów dla najmłodszych, można je przedstawić ciepło w sympatyczny sposób.

Nie straszyć

Mówi, że trzeba pisać tak, żeby dziecka nie zranić. Nie powinno się go straszyć, choć dreszczyk w małej i dostosowanej do wieku dawce, jest wskazany. Dzieci powinny z bajki wynieść jakąś wiedzę. O tym, co dobre i co złe, o tym, że zawsze się opłaca być dobrym. Takich opowieści dzieci zawsze chętnie słuchają. A rymując łatwiej zapamiętują rady i przestrogi.
- Kiedy się mają tej oczywistej prawdy nauczyć? W dzieciństwie, w domu, z bajek czytanych im przez rodziców. Kiedy siadam przed komputerem odnoszę wrażenie, że sama staję się dzieckiem. I piszę to, co jako dziecko chciałabym usłyszeć. A jednocześnie jestem dorosła i mam to poczucie, że powinnam rzecz zakończyć morałem. Tego wymaga dobra bajka.
Żeby wydać "Opowieści babci Gruni” założyła własne wydawnictwo "Bociuś”.
- Najtrudniej dziś jest sprzedać książkę - mówi. - To zupełnie inny i dość niespodziewany obowiązek dla tych, którzy dopiero wchodzą na rynek. Robi się to, żeby nie zejść poniżej progu opłacalności. To bardziej wyczerpująca praca niż pisanie.
Zawsze miała talent do plastyki. Zrobiła kurs grafiki komputerowej i tę rymowaną bajkę o myszach sama zilustrowała.
- Pisanie dla dzieci jest trudne. Trzeba to traktować poważnie, ale jednocześnie pisać lekko, językiem prostym. Dzieci nie dadzą się oszukać, wychwycą każdy fałsz, nieścisłość, brak logiki. To co powiem, brzmi banalnie - po prostu trzeba kochać dzieci, rozumieć ich świat, poznać ich wyobraźnię, żeby zainteresować i znaleźć wspólny język. Ja nie mam wzorca w wielkich bajkopisarzach. Ja piszę bajki ze świadomością, że wrażliwość dziecka jest bardzo delikatna i staram się jej nie urazić. I piszę je dla mojego synka.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!