czwartek, 17 sierpnia 2017 r.

Magazyn

Bakszysz to codzienność

Dodano: 18 maja 2006, 11:57
Autor: Paweł Puzio

Przy ulicy Partyzantów w Radzyniu Podlaskim pachnie ciastkami i pieniędzmi.
Za pierwsze odpowiada fabryka ciastek "Doktor Gerard”. Za drugie Henryk Hałajko

Dom Henryka Hałajki to jednocześnie kwatera główna jego firmy "Polesie” SJ. Szef właśnie kończył ostatnie przygotowania do wyjazdu na targi w Kazachstanie "Poland Expo 2006”. Po rogach stały kartony z zupkami w proszku, polskim wędlinami, pieczarkami marynowanymi, słodyczami i krówkami z Radzynia. - Zaraz jadę na Okęcie. Potem przez Amsterdam do Azji, z polską misją gospodarczą - tłumaczy w biegu Hałajko. - Gdzie są dokumenty przewozowe - pyta w biegu sekretarkę.
Wreszcie znajduje chwilę dla nas. - Tak tu jest codziennie. Krajowej Izbie Gospodarczej szczególnie zależy na tym wyjeździe do Kazachstanu. To duży i bogaty rynek. I chcą naszych towarów.

Żołędzie na początek

- Biznes mam we krwi - opowiada Hałajko. - To się zaczęło już w podstawówce. Inni biegali za piłką, a ja zbierałem żołędzie i sprzedawałem na skupie. Nigdy nie prosiłem o pieniądze na cukierki.
W szkole średniej przyszedł czas na coś więcej. - Rozładunek wagonów z węglem. Wtedy to były duże pieniądze... - wspomina Henryk Hałajko. - Na początku sam machałem łopatą, potem wynajmowałem "łyżkę”. Tak zarobiłem na studia.
Wybór padł na Wyższą Oficerską Szkołę Pożarniczą, dziś Szkołę Główną Służby Pożarniczej. - Założyliśmy kabaret, który zdobywał laury. Byliśmy najlepsi wśród szkół resortu MSW. Niestety, zbyt ostro pojechaliśmy z krytyką władzy ludowej i zakazali nam występów. Na szczęście komendant szkoły mnie polubił. Zostałem jego "adiutantem”, człowiekiem do wszystkiego.
Hałajko dosłużył się stopnia kapitana, a potem porzucił szeregi Państwowej Straży Pożarnej.

Kierunek Rosja

W roku 1988 założył spółkę Polesie. Ta na początku handlowała cukierkami żelowymi, popularnie zwanymi "gumisiami”. - Tak zarobiłem pieniądze na dom - wspomina Hałajko.
Tymczasem w kraju zaczęły się gwałtowne przemiany. Socjalizm padł, a nowa rzeczywistość stworzyła zupełnie nowe możliwości.
Handel ze Wschodem był i jest ryzykownym biznesem. Ale zyskownym. Hałajko szybko zwietrzył szansę. Jego spółka zaczynała od małego obrotu, a dziś... Dziś jest na wschodnim rynku bardzo poważnym graczem.
- To jest długa droga. Trzeba było zdobyć zaufanie rosyjskich biznesmenów. Bo to mit, że Rosjanie czy Ukraińcy jedzą słoninę i popijają wódką. To bzdura - podkreśla Hałajko. - Oni potrzebują dobrych towarów, w dobrej cenie, a polski przemysł spożywczy takie produkuje.
Handel z Rosją rozwijał się doskonale. Spółka sprzedawała kilkadziesiąt polskich artykułów spożywczych, brała udział w największych imprezach targowych w Rosji, wystawiała się na narodowej wystawie Prodexpo w Rostowie nad Donem. Powoli rozrastały się kontakty.
- W szczytowym okresie zaopatrywaliśmy nie tylko rynek detaliczny, ale także armię rosyjską. Do magazynów wojskowych ziemniaki wysyłaliśmy pociągami, po 900 ton każdy. Niestety, polityka zamknęła rosyjski rynek dla polskich towarów.

Nos go nie zawiódł

Tak jak szybko dostrzegł szansę, tak szybko zwietrzył kłopoty. Coraz częstsze rosyjskie kontrole, w końcu wyśrubowane wymagania i wojna celna. - Gdybym chciał spełnić rosyjskie normy fitosanitarne, to badania ziemniaków kosztowałyby majątek. Przerzuciliśmy się na inne rynki.
Dziś kierunek numer 1 to Mołdawia, Ukraina, Białoruś i Litwa. - Sprzedajemy np. serdelki, ale inne na każdy rynek. Na Białoruś muszą jechać jasne i delikatne. W Mołdawii lubią ciemniejsze; lepiej przyprawione. Trzy tiry tygodniowo.
Polskie konserwy, wędliny, zupy, gotowe ciasta, serki topione w plastrach, kawa inka czy marynowane pieczarki... w Mołdawii hitem jest teraz pasztet. - W życiu nie sprzedawałem tyle pasztetu! - śmieje się Hałajko. - Pewnie część trafia do Rosji, bo od tej strony granica nie już tak szczelna. To już jednak sprawa Mołdawian.

Trudne rozmowy

Każdy myśli, że życie człowieka kierującego dużą firmą handlową, to ciąg imprez i sympatycznych spotkań towarzyskich. - Ludzie, z którymi współpracuję, są z innego kręgu kulturowego - opowiada Henryk Hałajko. - Z Ukraińcem trzeba pójść na wódkę, z Mołdawianinem napić się wina w przepastnych sztolniach pod Kiszyniowem, z Białorusinem podyskutować o polityce, a w Kazachstanie mieć przygotowany worek prezentów. Bakszysz w Azji jest solą dnia codziennego.
Kazachstan i Uzbekistan to republiki muzułmańskie. - Ci ludzie nie jedzą wieprzowiny, a więc oczekują od nas przetworów wołowych, drobiowych i owocowo-warzywnych. I proszę sobie wyobrazić, że ketchup dla nich produkuje się ze śliwek.
Tiry Hałajki już szykują się do drogi przez Iran do Kazachstanu. - To jest wielki, chłonny rynek i dobrze rozwinięty na ropie i gazie kraj. Cały bak oleju napędowego kosztuje 5 dolarów, a dróg to tylko możemy im pozazdrościć. Oprócz naszej żywności, chcą też naszej odzieży. Ja tej szansy nie zaprzepaszczę - dodaje Henryk Hałajko.

Kontrakt

Dwa dni później zadowolony Henryk Hałajko dzwoni do nas z Kazachstanu. - Bardzo udany wyjazd. Podpisaliśmy kontrakty z Kazachami i Uzbekami na dostawę polskiej żywności z wyższej półki.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

18-20 sierpnia
komentarze (0)0
polubienia (1)1
17-08-2017

18-20 sierpnia

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!