sobota, 21 października 2017 r.

Magazyn

Bernard Nowak: Nasz kochany zaścianek

  Edytuj ten wpis
Dodano: 8 kwietnia 2011, 14:17

Wieczór autorski Bernarda Nowaka 14 kwietnia 2011 r. (czwartek ), godz. 17 w siedzibie Muzeum Litera
Wieczór autorski Bernarda Nowaka 14 kwietnia 2011 r. (czwartek ), godz. 17 w siedzibie Muzeum Litera

Rozmowa z Bernardem Nowakiem, wydawcą, pisarzem, autorem kontrowersyjnej powieści "Wyroby duchowe”.

• Skąd trafił pan do Lublina ?

– Urodziłem się w Kwidzynie. Po dwóch latach przenieśliśmy się do Malborka, gdzie mieszkałem do 1960 roku. Następnie przeprowadziliśmy się w poznańskie, gdzie oddzieczyliśmy dom po dziadku.

• Pamięta pan rodzinny dom?

– To był bardzo spokojny, normalny dom. Niesłychanie religijny. Także bardzo biedny. Nauczyłem się żyć na granicy minimum. To był dom zgodny z naturalnym rytmem świąt kościelnych. To dało mi bazę na całe życie, która jest nie do wyrwania. Nasiąkłem też poznańską mentalnością.

• W wieku 19 lat przyjechał pan do Lublina. Pierwsze wrażenie?

– Pierwsze, co zobaczyłem, jadąc pociągiem Szczecin–Lublin, to okolice Puław i potwornie zniszczony las. Kikuty drzew i księżycowy krajobraz. Nie sądziłem, że taka rzeczywistość istnieje. Jak zobaczyłem Lublin, to uderzyła mnie wielkość miasta, jego kulturowa różnorodność. Najbardziej dobitnie wyrażona na cmentarzu przy ulicy Lipowej, gdzie są rosyjskie, niemieckie i polskie groby. Wtedy też myślałem, że Lublin jest miastem, w którym niesłychanie wiele się dzieje.

• A dziś co pan na ten temat myśli?

– Wierzyłem, że to będzie tygiel, gdzie ścierają się te wszystkie rzeczy. Dziś wiem, że to już nie istnieje. Kiedy przyjechałem do Lublina, bardzo szybko dostrzegłem różnice mentalnościowe. W poznańskiem jest to mentalność pozytywistyczna. Tu w Lublinie romantyczno-szabelkowo- szlachecka. Byłem zaskoczony, że tyle się tu gardłuje, a tak mało się robi. W poznańskiem nie spotka pan przewróconego płotu. W Lublinie szybko dostrzegłem zróżnicowanie w bylejakości. I fatalne podejście do pracy. I pracowitości.

• Lublin jest byle jaki?

– Bylejakość jest w tym mieście bardzo silna. Decydenci zasłaniają się procedurami, a momenty decyzyjne i wykonawcze są potwornie opóźnione w stosunku do tego, jak to się odbywa w Poznaniu.

• W Lublinie został pan podziemnym drukarzem. W drugim obiegu drukował książki Gustawa Herlinga- Grudzińskiego, Stanisława Barańczaka i prasę związkową. Co z tamtego czasu dziś wydaje się panu najcenniejsze?

– To, że potrafiłem być uparty na przekór, robić swoje i nie dałem, żeby ten cały czerwony "syf” we mnie wniknął. Razem z Pawłem Nowackim, Krzysiem Wasilewskim i Czarkiem Listowskim założyliśmy wydawnictwo Test. Na początek zaplanowaliśmy wydanie "Archipelagu Gułag” Sołżenicyna. Mieliśmy zgodę Jerzego Giedroycia, brakowało jeszcze jednego dokumentu od przedstawiciela Sołżenicyna na Europę. Krzyś Wasilewski pojechał z Jolą do Paryża. Po drodze mieli straszny wypadek. Cudem się uratowali. Została mi na pamiątkę zakrwawiona koperta, do wydania nie doszło. Wydaliśmy za to "Hańbę domową” Jacka Trznadla. I to był debiut Testu.

• Potem wydał pan wiersze Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego i Jana Baki?

– Z gwaszami Jana Lebensteina. Potem "Niebezpieczne związki” z rysunkami Franciszka Starowieyskiego. Franciszek wymyślił sobie, że każdą grafikę opisze sprośnymi wyrazami po francusku z XVIII wieku. I poprosił francuskich przyjaciół, żeby mu te słowa przysłali. Zadzwonił do mnie i mówi: "A oni przesłali mi cztery strony samych ch…ów”.

• Potem był "Lublin. Przewodnik”?

– Przez dwa lata poznawałem Lublin, fotografowałem go z synem. Odkrywałem podziemia, zaułki, bramy. Jak zobaczyłem trumny Sanguszków w podziemiach kościoła kapucynów przy Krakowskim Przedmieściu, przeżyłem szok. Nie wiedziałem, że w podziemiach kościoła pobernardyńskiego leżą bracia króla Jana III Sobieskiego. Podobny szok przeżyłem w piwnicach przy Krótkiej, gdzie kiedyś UB katowało Polaków, a teraz ludzie trzymają słoiki. Kiedy fotografowałem jedną z piwnic, właściciel powiedział do nas: "A wy tu ku…a co? Spie….jcie ch…je, bo was zastrzelę”

• Doświadczenie z pracy nad przewodnikiem?

– Dziś ściska mnie za gardło to, że Lublin, który stara się o tytuł Europejskie Stolicy Kultury, nie sięga do historii Lublina z okresu renesansu, że w przygotowanym profilu poza Unią Lubelską wielka historia miasta jest nieobecna. Jest za to dyskusyjna wielokulturowość. To jest szkoda, świadcząca o tym, że ludzie, którzy tym się zajmują albo nie mają pojęcia o tym, że to było, albo wybrali nowoczesną wersję prezentacji miasta.

• Przejdźmy do "Wyrobów duchowych”. W scenach miłosnych z Magdą pokazuje pan przemijanie?

– Pokazuję przemijanie i mijanie się ludzi. Łapczywe łapanie tego, do czego już z racji wieku nie mamy prawa. Jak złodzieje sięgamy po młode ciało, przypadamy do niego ustami, jak do źródła i jest w tym coś ze świętokradztwa. Pokazuję przygodność życia. Może w szczęśliwych momentach najbardziej czujemy, że jesteśmy tu tylko na chwilę. Miałem to szczęście, że niebezpiecznie zbliżyłem się do granicy śmierci.

• I co?

– Byłem pewny, że to jest już koniec. I po wszystkim. Depresja. Trauma. Zdałem sobie sprawę, że jutra może już nie być. Cholera jasna, dlaczego o tym nie myślałem wtedy, kiedy wszystko było dobrze.

• Ta książka jest także przewodnikiem duchowym. Pokazuje pan, że czegoś w życiu trzeba się trzymać. Czego?

– Natury. Prawa naturalnego, zakotwiczonego w prawie boskim. Póki trzymamy się natury i porządku wyznaczonego przez Stwórcę, to nawet jak zgrzeszymy, przejdziemy przez życie. Na jego straży jednak stoi Bóg. A najważniejszą rzeczą jest wierność samemu sobie. Pod warunkiem że jest być komu wiernym! Ważny jest też codzienny trud w sferze każdej. W robocie, w domu, w sprawach moralnych. Aż dojdzie się do swoje granicy doskonałości. I wtedy, jak mówią starzy ludzie, Pan Bóg może nas już zabrać. A inni jeszcze muszą pozostać, żeby mieli czas się poprawić.

• Czy Lublin z pana książki jest zadupiem?

– Gdy wraca się do Lublina z Polski, można odnieść takie wrażenie. Uderza nieruchawość i marazm. Traktowanie kultury instrumentalnie. Mam takie wrażenie, że ludzie nie czują się tu u siebie.

• Może dlatego, że robią kariery, pieniądze, interesy?

– Na potęgę. I to, co robią, nie jest im bliskie. Nawet starania o tytuł ESK polegają na realizowaniu pomysłów urzędników, którzy na tym robią różnej maści interesy. Finasowe, prestiżowe, et cetera, et cetera. A nie pomysłów wszystkich mieszkańców Lubelszczyzny. A jak Lublin zostanie stolicą, czego mu życzę, parę osób zrobi dobre interesy. Niektóre nazwiska już znamy.

• Kocha pan to miasto?

– Pozwalam sobie patrzyć ostro na Lublin i ostro o nim pisać. Ponoszę tego konsekwencje. Włącznie z ostracyzmem towarzyskim. Przytoczę tu odzywkę św. Augustyna: Kochaj i rób, co chcesz. Ja robię, co chcę. Mówię temu miastu prawdę w oczy, bo traktuję je na serio. Czy kocham to miasto? Kochałem tu parę kobiet. Żyję tu. Bo to nasz kochany zaścianek.
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
folkatka
(1) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

folkatka
folkatka (14 kwietnia 2011 o 10:37) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Ciekawy wywiad, tylko że jeśli chodzi o nasze kandydowanie do ESK pan Nowak strzelił jak kula w płot.
Rozwiń
Zobacz wszystkie komentarze (1)

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!