poniedziałek, 21 sierpnia 2017 r.

Magazyn

Biało-czerwone Iskry: Siedmiu wspaniałych w locie

Dodano: 18 czerwca 2010, 13:21

Niebieskie migdały i strach zostawiamy na ziemi. Nie myślimy o tym, że możemy nie wrócić, bo wtedy strach jeszcze się potęguje. Każdy lot niesie ze sobą coś nowego i jesteśmy gotowi na wszystko. Dlatego zawsze życzymy sobie tyle samo startów, co lądowań

– Latamy na poczciwych iskrach z lat 70. i 80., ale staramy się, żeby żaden pokaz na tym nie ucierpiał. Dlatego co jakiś czas wprowadzamy nowe elementy, unowocześniamy i dynamizujemy nasze pokazy, żeby widz nie miał ani chwili wytchnienia. Tym nadrabiamy zaległości w sprzęcie – mówi mjr Tadeusz Karwowski.

– Z lataniem akrobacyjnym jest trochę tak, jak z budowlanką: to sztuka ukrywania fuszerki. Z ziemi wszystko wygląda równo i perfekcyjnie, a my w górze widzimy wszystkie niedociągnięcia. Chociaż często celowo popełniamy błędy, żeby z dołu wyglądało to idealnie. W końcu jesteśmy w trzech wymiarach i trzeba przestawić się na inne myślenie.

Solarium mamy z głowy

– Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś wykonywał ten zawód bez pasji; na odczepnego. To trzeba kochać, bo latanie to ciężka praca, ekstremalne warunki i wiele wyrzeczeń – wylicza kpt. Tomasz Czerwiński. – Ja mogę śmiało powiedzieć, że latanie jest dla mnie normalnym hobby, pomnożonym przez tysiąc. Nie potrafię żyć bez samolotu. Tęsknię już po kilku dniach.

W kabinie pilota jest prawdziwy upał, ponad 60 stopni. Jak opowiadają piloci, to istna plaża. A pleksa, z której wykonana jest przednia szyba w samolocie, świetnie opala.

– Żaden z nas nie chodzi blady. Solarium mamy z głowy. Gdyby udało się zrobić z takiej rozgrzanej pleksy soczewkę to można by było nią dziury wypalać – śmieje się Karwowski. – Musimy to wytrzymać jakieś pół godziny. Tyle trwa trening, na którym przecież dajemy z siebie sto procent. W górze nie odczuwamy tak wysokiej temperatury, bo jest pęd powietrza: latamy z prędkością 260–650 km/h, którą zmieniamy czasem w ciągu 30 sekund. Ale po wylądowaniu leje się z nas tak, że ubrania nadają się do wyżęcia.

Jeśli nie Oxford to Dęblin

Kpt. Tomasz Czerwiński jest najmłodszy w zespole. Jednym z "Biało-Czerwonych” został, podobnie jak studentem Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych, przypadkowo, dzięki programowi telewizyjnemu "Jeśli nie Oxford to co?”. – Od zawsze chciałem latać. W dzieciństwie rysowałem samoloty i pisałem, że chcę być pilotem, ale nie miałem odwagi zdawać do Szkoły Orląt. Sądziłem, że nie mam szans. Dopiero zwycięstwo w pierwszej edycji programu otworzyło mi drzwi do latania.

Takie samo szczęście dopisało mu przy naborze do zespołu, do którego nie przyjmuje się pierwszego lepszego. – Decyzję o nowych podejmuje cały zespół. Każdy musiał mnie zaakceptować, to taka niepisana umowa, która u nas funkcjonuje.

Latanie to nie jazda na rowerze

Początki nie były różowe. – Kiedy dostałem się do zespołu, nie od razu mogłem latać i trenować figury, które "Iskry” wykonują na pokazach. Pełniłem chyba wszystkie możliwe funkcje: byłem komentatorem, latałem jako instruktor, zajmowałem się PR-em i nawigacją – śmieje się Czerwiński.
W końcu przyszedł czas na trudniejsze i bardziej atrakcyjne dla młodego pilota rzeczy.

– Zacząłem trenować prawdziwe latanie akrobacyjne. Pierwszy sezon spędziłem na tzw. wariancie niskim, czyli łatwiejszym i nudniejszym. Od następnego zaczął się wysoki. Nareszcie mogłem zobaczyć, jak wyglądają melmany, przewroty, pętle, beczki – czyli figury pionowe, które są najtrudniejsze – opowiada Czerwiński. – Kiedy się spędzi setki godzin w powietrzu są do opanowania. Nie wiedziałem jednak, że to wszystko można zapomnieć! Samolot to nie rower, na który można wsiąść nawet po kilku latach. A ja po trzech miesiącach przerwy za Chiny nie mogłem wykonać trudniejszych figur. Przydarzyło mi się coś, co nazywamy cofaniem się w nawykach. A kozaczyć nie można, więc przez jakiś czas znowu musiałem latać z kimś.


Ptaki na trzech tysiącach

"Iskry” mówią o sobie "szczęśliwa siódemka”, ale nawet najlepszym zdarzają się dramatyczne chwile. – Na razie jesteśmy cali, ale chyba każdy z nas przeżył swoje chwile grozy. Kiedyś na treningu miałem zderzenie z ptakiem. Lecieliśmy w komplecie, wiec wszyscy musieliśmy lądować. Gdy jeden z nas ma jakieś kłopoty, reszta nie może zostać w powietrzu. Brak jednego zawodnika rozbija całą konstrukcję, a w górze nie ma czasu na eksperymentowanie z nowym układem – opowiada Karwowski.

– Zderzenia z ptakami bywają bardzo niebezpieczne. Szczególnie wtedy, gdy wpadną do wlotu silnika albo uderzą w owiewkę. Wtedy natychmiast trzeba lądować albo katapultować się. Omijanie i ryzykowne manewry nie wchodzą w grę, bo można zderzyć się z innym samolotem – dodaje ppłk Jerzy Leń, dowódca eskadry. – Przeważnie latamy na 3 tysiącach, a ptaki powinny "kończyć się” na 1,5. Ale czasami przyroda nas jeszcze zaskakuje – ostatnio na wysokości ponad 3 tysięcy coś przeleciało obok mnie i przysięgam, że wyglądało jak ptak!

Team to team

– Znamy się już 10 lat. Z niektórymi chłopakami jeszcze od czasów liceum lotniczego i Szkoły Orląt. Często spotykamy się prywatnie, jak normalni faceci, lubimy pogadać przy piwku. Znamy się na wylot. Wiemy, co komu w duszy gra, kiedy ma gorszy dzień. To pomaga w lataniu, bo mamy do siebie zaufanie – mówi Karwowski.

W górze starają się nie myśleć o strachu, włączają inne myślenie. Lot zaczynają tuż po wejściu do kabiny. – Niebieskie migdały i strach zostają na zewnątrz. Kiedy się myśli o tym, że możemy nie wrócić, strach jeszcze się potęguje. Dlatego podchodzimy do tego z dystansem. Niemniej jednak każdy lot niesie ze sobą coś nowego i tak naprawdę może zdarzyć się wszystko. Dlatego zawsze życzymy sobie tyle samo startów, co lądowań – dodaje Leń.

Chmury nie znudzą się nigdy

Każdy lot – trening lub pokaz odbywa się według planu. Piloci muszą być w stałym kontakcie z meteorologiem i w zależności od pogody planują wariant niski lub wysoki. Ktoś musi zadzwonić na lotnisko i zapytać czy ich przyjmie, ktoś zadbać o zgody dyplomatyczne, jeżeli loty są za granicą, ktoś sprawdzić lotniska i zapoznać się ze strefami lotów ograniczonych, które są codziennie aktualizowane w tzw. notanach. Sala odpraw, w której cała siódemka omawia szczegóły techniczne to ostatnie miejsce na żarty. Na pokładzie nie ma już na to miejsca.

– Cały czas słyszy nas kontrola lotu i każde słowo niezgodne z procedurą od razu jest wychwytywane. Więc albo siedzimy w ciszy, albo mówimy tylko to, co jest konieczne dla tej komunikacji – opowiada Leń. – Czasem jest jednak chwila na zrobienie zdjęć. Mamy ich mnóstwo, ale ciągle robimy nowe. Bo chmury nie znudzą nam się nigdy…
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!