piątek, 9 grudnia 2016 r.

Magazyn

Bije we mnie cudze serce

Dodano: 27 grudnia 2001, 17:39

Tadeusz Dzido wiele zawdzięcza swojej żonie Jadwidze, która nie opuszczała go przed operacją ani na
Tadeusz Dzido wiele zawdzięcza swojej żonie Jadwidze, która nie opuszczała go przed operacją ani na

Codziennie rano kilka minut przeznacza na gimnastykę, grywa
z wnukami w piłkę nożną, lubi turystykę pieszą, często wyjeżdża do Zakopanego. Tadeusz Dzido z Biłgoraja niby nie robi nic nadzwyczajnego, ale z jego sercem,
a właściwie obcym sercem, można mu tylko pozazdrościć kondycji.

Tadeusz Dzido jest lekarzem, ma 68 lat i wymienione serce. Operację przeszedł w kwietniu 1996 roku. Był pierwszym mieszkańcem Zamojszczyzny, który poddał się takiemu zabiegowi.

Chciałem bardzo żyć

- Matka zmarła na serce w wieku 44 lat - wspomina. - Młodszy brat na to samo. A ja przeszedłem zawał, nawet nie wiedząc o tym. I to w czasie wysiłku, kiedy reanimowałem chorą w stanie klinicznej śmierci. Byłem wtedy bliski utraty świadomości. Przyplątało się potem jeszcze wirusowe zapalenie mięśnia sercowego. Zaczęły się duszności, puchnięcie nóg. Schudłem ponad 30 kg. Wyglądałem niczym więzień z Oświęcimia.
Zaostrzenie choroby nastąpiło w maju 1995 r. Dołączyła wysoka gorączka na tle infekcyjnym. W klinice w Lublinie zdiagnozowano krańcową niewydolność układu krążenia. Wszczepiono rozrusznik serca. Uznano jednak, że jedynym ratunkiem jest przeszczep. Dwa miesiące później zakwalifikowano go do operacji w Klinice Kardiochirurgii w Krakowie.
- Zapytano mnie, jakie mam życzenie. Odpowiedziałem, że zdaję sobie sprawę, iż mogę nie dożyć do operacji lub umrzeć na stole operacyjnym, albo zaraz po zabiegu, jednak pragnę, żeby mnie zoperowano. Bez względu na wynik ani ja, ani moja rodzina nie będziemy rościli żadnych pretensji. Wtedy nie bałem się śmierci, ale jednocześnie chciałem bardzo żyć. Postanowiłem też, że jeśli przeżyję, napiszę o tym książkę.

Mocne wsparcie

- Na wszelki wypadek, testament był już złożony. W ostatniej chwili udzielono namaszczenia olejkami świętymi. Wszystko dyskretnie, żeby w rodzinie nie robić popłochu - dodaje żona Jadwiga, długoletni nauczyciel Studium Medycznego.
Ze względu na chorobę męża zmuszona była przejść na wcześniejszą emeryturę.
- Wiele zawdzięczam żonie. Zaopiekowała się mną i zapewniła mi w najwyższym stopniu wszystko, co było możliwe. A ja przecież nie mogłem usiąść, kąpała mnie, goliła... Była większą optymistką niż ja. Swój smutek potrafiła maskować. Bardzo rzadko widziałem u niej łzy.
Od listopada do kwietnia czekał na swego dawcę serca w Klasztorze Żeńskim Sióstr Nazaretanek w Krakowie. Tam spędzili święta Bożego Narodzenia i Wielkanoc.
- Odwiedzała nas rodzina, moja siostra ze szwagrem, koledzy ze szpitala, bo mąż pracował w Oddziale Wewnętrznym i był kierownikiem przychodni specjalistycznej - wspomina pani Jadwiga. - Zaglądali do nas i podtrzymywali na duchu państwo Koronowie i doktor Kubaj. Najbardziej pamiętam doktora Dudkę, który transportował męża karetką reanimacyjną do Krakowa. Przez całą drogę drżeliśmy ze strachu, czy dowieziemy go żywego.

Serce nie pasowało

- Cztery razy podchodził do zabiegu - mówi pani Jadwiga. - Sama go przygotowywałam, żeby nie męczono go w szpitalu i był gotowy prosto na stół operacyjny. Ale za każdym razem serce nie pasowało. Miałam tak trafne przewidzenia co do losu męża, że aż siostry zakonne się dziwiły. Zwykle zaczynało się to od telefonu z kliniki, że będzie zabieg. A potem nie dochodziło do przeszczepu. Za czwartym razem miałam widzenie, że mąż został poddany zabiegowi i skończyło się pomyślnie. Wtedy zawiozłam męża do szpitala i byłam już spokojna. Zresztą operacja odbyła się 4 kwietnia, w Wielki Czwartek, a to szczęśliwa data.
Po trzech miesiącach po zabiegu wrócił do siebie. Kurował się jeszcze w nałęczowskim sanatorium. - Pod koniec czwartego miesiąca samodzielnie prowadziłem samochód. Doszedłem do dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. I tak jest do dziś. Niemniej wyrzekłem się wielu zwyczajów i nawyków w trybie życia.
Stosuje ścisłą dietę, nie pije alkoholu, nie pali, unika stresów i większych wysiłków fizycznych oraz sytuacji, w których narażony byłby na infekcje.

Jestem \"składakiem”

- mówi o sobie żartobliwie. - Żyję dzięki czyjemuś sercu. Wiem, że jego dawca był mężczyzną i zginął w wypadku drogowym. Jak widzę to cudze serce? Ono bije we mnie. Dlatego muszę o nie bardzo dbać i pielęgnować. Przeszczepiono mi je, żebym mógł żyć. Nie wszyscy, to rozumieją i nie szanują nowego serca. Palą papierosy, chleją wódkę. Niejeden po przeszczepie z tych powodów poszedł do ziemi. A ja się cieszę, że mogę trochę kontynuować zawodowe pasje i udzielać się społecznie.
- W Krakowie powiedziano mi, że gdyby każdy pacjent był tak zdyscyplinowany jak ja, lekarze żyliby dłużej. Trzeba wierzyć lekarzom, że oni chcą leczyć dobrze. Ja zawierzyłem innym. Mimo że sam jestem lekarzem i przepracowałem 40 lat w służbie zdrowia, swego zdania nie wypowiadałem. Sam dawki leku nie zmienię bez zgody tego, kto prowadzi leczenie.
Dzido napisał książkę o tym, co przeszedł. Nosi ona tytuł "Żyję z obcym sercem”. - Napisałem ją dla ludzi chorych na serce i tych, którzy mogą być operowani. To również sposób okazania wdzięczności tym, którzy na to zasłużyli. Jako wierzący dziękuję Bogu, medycynie i wielu ludziom dobrej woli, w tym także rodzinie. No i po to, żeby zostawić ślad mojego życia.
Ukazało się już drugie wydanie. Pierwsze rozeszło się błyskawicznie. Rozchwytywała je Izba Lekarska, część otrzymała Biblioteka im. H. Łopacińskiego w Lublinie, kościoły, szkoły, koledzy po przeszczepie. - Nawet w Stanach Zjednoczonych są te książki - dorzuca żona.

Po nim byli następni

Był pierwszym na Zamojszczyźnie człowiekiem, który przeszedł operację wymiany serca. Zorganizował w Biłgoraju dwie konferencje naukowe o problematyce kardiologicznej. - To niespotykane, na pierwszą, w 1998 r., zjechało 320 lekarzy - mówi. Byli specjaliści z kliniki krakowskiej, rektor lubelskiej Akademii Medycznej, lekarze z Lublina. Jednym z wygłaszających referat był doktor Andrzej Kleinrok z Zamościa. Samych naukowców z tytułami docenta i profesorskimi było siedemnastu.
Po jednym z takich posiedzeń prof. Antoni Dziadkowiak, szef krakowskiej kliniki, wraz z innymi lekarzami konsultowali pacjentów z Biłgoraja i Zamościa. Sześciu z zamojskiego szpitala "papieskiego” zakwalifikowano do operacji, w tym jednego do przeszczepu serca.
- Dzięki tak dobrze nawiązanej współpracy, do tej pory przez krakowską klinikę przewinęło się około sto osób z Zamojszczyzny - mówi doktor Dzido nie bez satysfakcji.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO