poniedziałek, 21 sierpnia 2017 r.

Magazyn

Cały naród defiluje

Dodano: 18 maja 2006, 11:49

W tym kraju czas zatrzymał się w latach 50. ubiegłego stulecia. Nie ma Internetu, telefonów komórkowych i prywatnych samochodów, a spodnie są przeważnie czarne, rzadziej szare

Kim Dzong Ila, przywódcy Korei Północnej i jego armii, boi się cały świat. Tymczasem wizyta w ostatnim bastionie komunizmu nieco studzi te obawy. Owszem, armia jest ogromna, ale... Czołgów nie remontowano od lat. Brakuje paliwa, a sprawne działa montuje się na okrętach. Rzężące wojskowe ciężarówki z lat 60. daleko nie zajadą. Wojsko do transportu żołnierzy wykorzystuje teraz cywilne wywrotki, ale tych jest za mało, by przerzucić kilka milionów strzelców.
A reszta kraju jest w jeszcze gorszym stanie.

Trójka pod Wodzem

Na granicy zabierają paszporty, telefony komórkowe i teleobiektywy. W zamian dają nam przewodników-opiekunów. To pracownicy "aparatu informacji”. Będą nam towarzyszyć przez całą dobę. Będą spać z nami w hotelach i chodzić na spacery. I wyrażać zgodę na fotografowanie. Bo zawsze trzeba o nią pytać.
Zawsze.
Obcokrajowcy mają też zakaz wychodzenia z hoteli bez opiekuna. Bo w tym kraju wszystkiego się pilnuje. Nawet wielkich, betonowych "bill-
boardów” z uśmiechniętą twarzą Kim Ir Sena. Przed każdym stoi tzw. trójka społeczna i baczy, by nikt nie dokonał aktu sabotażu i nie zbezcześcił wizerunku wielkiego Kima.

Garnitury i gumiaki

Ludzie w Korei Północnej dzielą się na dwie kategorie. Pierwsza to władza. Władza jest dobrze odżywiona, chodzi w garniturach szytych na europejską modłę, pali dobre papierosy. Władza - mimo oficjalnego zakazu - ma prywatne samochody i telefony komórkowe.
Druga kategoria to cała reszta. Masy, które przepędza się z miejsca na miejsce. Gdy w cieniu sklepu dla obcokrajowców przycupnęło kilka zmęczonych osób, kierowca autobusu wiozącego grupę Rosjan natychmiast wyskoczył i kazał im się wynosić. Wiedział co robi. Zwykłego obywatela łatwo poznać: kobiety chodzą w gumiakach i pikowanych lichych kurteczkach. Mężczyźni mają czarne marynarki, (krój modny 50 lat temu) lub chałaty. Nie ma dżinsów i T-shirtów, chyba że za takie uznać wojskowe podkoszulki zakładane pod mundur.
Nie ma nawet plecaków czy podróżnych toreb. Cięższe pakunki taszczy się w workach po zbożu lub parcianych worach z doszytymi dwoma ramiączkami. Wszystko szare i smutne.
Tak jak twarze Koreańczyków.

Kara za słuchanie

Phenian, stolica. Pierwsze, co rzuca się w oczy to nie monumentalne budowle, pomniki Kima czy jednakowe stroje mieszkańców.
To samochody, a raczej ich brak. Po stołecznych arteriach samochód przejeżdża raz na kilkanaście minut. Japońskie terenówki, rządowe mercedesy i stare ciężarówki. Prosty lud ma własne nogi, rower, komunikację miejską i niesamowite metro. Nie chodzi nawet o socrealistyczny wystrój, ale o cechy militarne. Tunele zbudowano 100 metrów pod ziemią; przetrzymają każdy nalot.
Na małej ilości aut Koreańczycy sporo oszczędzają: sygnalizacja świetlna to wyjątek. W Phenianie skrzyżowań ze światłami jest mniej niż na lubelskim osiedlu. Nie ma stacji benzynowych (benzynę sprzedaje się na kilogramy). Nie ma też banków, bankomatów, koszy na śmieci, ogródków piwnych, a nawet kiosków z gazetami. Bo gazet też nie ma.
Są za to jedynie słuszne radio i telewizja. Innych, choć dochodzą, nie można odbierać.
- Słuchasz radia z południa? - pytamy opiekunki
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo... Jest nudne.
Za słuchanie wrogich stacji ląduje się na ryżowych tarasach w górach pod chińską granicą.

Defilada

Północnokoreańskie radio też nie jest ciekawe. Program zaczyna się (6 rano) i kończy (3 w nocy) hymnem państwowym. Co godzinę bardzo pompatyczne wiadomości. Reszta to pieśni patriotyczne. Telewizja nadaje zaś filmy o tym, jak Kim Ir Sen planował akcję okrążającą i reportaże o entuzjazmie wzbudzanym na wsi przez Ukochanego Wodza.
A wszyscy mieszkańcy miast i wsi permanentnie uczestniczą w defiladach "ku czci”. Dają one ludziom zajęcie po pracy; żeby nie włóczyli się po mieście. Zresztą i tak nie mają po co, bo wszystkie rozrywki są organizowane przez państwo, a są nimi głównie... przygotowania do defilad.
Najważniejsza to festiwal Arirang. Same przygotowania trwają 10 miesięcy. Efekt: półtoragodzinne, fantastyczne przedstawienie na specjalnie do tego celu zbudowanym stadionie. W tym widowisku gimnastyczno-baletowym bierze udział 50 tys. ludzi! Z dachu skaczą spadochroniarze, popisują się akrobaci wystrzeliwani na gumie. A nad tańczącymi powstają ruchome napisy i obrazy tworzone przez młodzież siedzącą na widowni po drugiej stronie stadionu i podnoszącą kolorowe tekturki.
- Popatrz - mówi jeden z naszych przewodników, wskazując któryś z kolejny napisów ułożonych z tekturek na przeciwległej trybunie. - Te znaki mówią o zjednoczeniu Korei. Znaczą: jedno państwo, jeden język, jeden naród.
- I jeden wódz?
Przewodnik się obraził.

Kim bez sąsiada

Państwo dba także o właściwe wykształcenie ludności. Koreańczycy wiedzą o wodzu wszystko: kiedy i gdzie się urodził, ile miał dzieci, kiedy zrobił coś wielkiego. Wierzą też, że Kim Dzong Il, syn Kim Ir Sena, urodził się na świętej górze Paektu (wygasłym wulkanie z jeziorem w kalderze), choć cała reszta świata wie, że na świat przyszedł on w ZSRR.
Najważniejsze budowle w stolicy to pomnik Ukochanego Wodza (z brązu, 22 metry wysokości), wieża Juche (150 metrów w górę) i mauzoleum Kim Ir Sena.
Do mauzoleum wchodzi się bez aparatu fotograficznego i po sprawdzeniu wykrywaczem metalu. Specjalna maszynka czyści buty od spodu, przechodzi się także przez maty dezynfekcyjne i komorę wiatru, mającą zdmuchnąć z głów łupież. Żelaznym punktem programu wszelkich wycieczek jest też wizyta w domu, w którym urodził się Wielki Wódz. To trzy małe samotne domki kryte ryżową strzechą. Nieopodal studnia, z której wodę pił On Sam. Całość leży w rozległym, zadbanym parku, z którego usunięto wszelkie inne domostwa. Jakby Kimowie nie mieli sąsiadów.

Znaczki jak ryż

Choć w stołecznym Pałacu Młodzieży stoi makieta północnokoreańskiego promu kosmicznego, to poza Phenianem trudno zauważyć sukcesy gospodarcze KRL. Szarzy i smutni ludzie szukają czegoś w ruinach zburzonych wsi albo siedzą w kucki na trawie, coś tam przeżuwając. Drogi fatalne. Owszem, są zelektryfikowane linie kolejowe, ale nikogo nie wożą, bo mało kto dostaje przepustkę. Zresztą i tak prądu brakuje.
I nie tylko: sklepy dla Koreańczyków są niedostępne dla obcokrajowców. Niewiele w nich jest, a po drugie to kraj zamknięty, w którym produkuje się tylko tyle towarów, ile potrzeba. Wszystko jest reglamentowane i przypisanie ludności do sklepów osiedlowych. Mieszkaniec jednego osiedla nie kupi niczego po drugiej stronie ulicy (chyba że rzadkie towary luksusowe przed świętami państwowymi, kiedy przed wyselekcjonowanymi sklepami tworzą się gigantyczne kolejki).
Bo tu nawet znaczki z portretem Wielkiego Wodza są reglamentowane jak ryż. •
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!