piątek, 18 sierpnia 2017 r.

Magazyn

Co się stało, że spadło? (wideo)

Dodano: 7 listopada 2008, 18:26

Tłumy dziennikarzy na miejscu wypadku. Potem pierwsze strony gazet i raporty w największych telewizjach. A potem… cisza.

Kto dziś pamięta, że całkiem niedawno Wilga spadła w centrum Dęblina? Że śmigłowiec pogotowia rozbił się w Radawcu? I że generał Bartoszcze zginął w katastrofie pod Łęczną? Oni pamiętają.

13 specjalistów zatrudnionych na etacie i kilkadziesiąt osób współpracujących. Eksperci od konstrukcji lotniczych, inżynierowie zajmujący się budowaniem i eksploatacją silników. Są też piloci, prawnicy i spece od szkoleń. Nieoficjalnie: detektywi od samolotów. Oficjalnie: Państwowa Komisja Badania Wypadków Lotniczych.

Zabezpieczenie

Każdy wypadek lotniczy w kraju jest przez nią badany, a rocznie jest ich ok. pół tysiąca. Najnowszy: sprzed tygodnia, z Luszawy k. Lubartowa, gdzie na pole runął szkoleniowy Mi-2 należący do 1. Ośrodka Szkolenia Lotniczego z Dęblina.
Na miejscu jako pierwsi pojawili się strażacy. Ale tylko po to, żeby zabezpieczyć wrak samolotu przed ewentualnym wybuchem. I przed gapiami. - Bo do akcji wkroczyli członkowie komisji - mówi st. kpt. Grzegorz Szyszko z lubartowskiej straży pożarnej.


Katastrofa śmigłowca Mi-2. Zdjęcia i montaż: Agnieszka Mazuś

- Musimy wykonać szkic sytuacyjny miejsca i całego zdarzenia, sporządzić odpowiednią dokumentację, pobrać próbki paliwa - wylicza pułkownik Ryszard Michałowski, jeden z członków komisji. - Liczy się każdy, nawet najdrobniejszy szczegół.

Dwa dni po katastrofie wrak samolotu został przetransportowany do bazy w Dęblinie. - Tam zostaną przeprowadzone badania stanu technicznego, m.in. sprawności silników i układu sterowania - wyjaśnia płk Michałowski. Teraz dopiero przyjdzie czas na analizy w laboratoriach. Komisja sprawdzi zapisy rozmów pilotów, parametry lotu. Czasami trzeba zasięgnąć opinii ekspertów z zagranicy.

Czekanie

Wreszcie sporządzany jest raport. To kilkadziesiąt stron zapisów zawierających historię zdarzenia, informacje dotyczące obrażeń osób, uszkodzeń maszyn, warunków meteorologicznych, łączności i wielu innych czynników mających wpływ na przebieg wypadku.

Czasem potrzeba pół roku, by raport ujrzał światło dzienne. Wszystko musi być wielokrotnie sprawdzone, potwierdzone przez niezależnych badaczy. Bo czasami, jak w przypadku styczniowej katastrofy wojskowego samolotu CASA, w którym zginęli piloci z naszego regionu, na raport czeka cała opinia publiczna.

Wreszcie jest. W przypadku CASY: 35-stronicowy raport. Według komisji, do wypadku doprowadził splot wielu okoliczności: CASA nie powinna wystartować, a pilot chciał lądować sam. Warunki atmosferyczne były na tyle złe, że dowództwo w ogóle nie powinno wydać zgody na lot. Dowodami są zapisy ostatnich minut lotu z tzw. czarnej skrzynki.

Diagnoza

- Tragedia pod Mirosławcem pokazała dużą skalę nonszalancji w siłach powietrznych - podkreślił przy ujawnianiu raportu minister obrony narodowej Bogdan Klich. I zarządził dymisję pięciu oficerów "bezpośrednio odpowiedzialnych” za katastrofę. Wszyscy zostali przeniesieni do rezerwy kadrowej MON. Wszyscy będą też sądzeni przed sądem w trybie karnym. Dodatkowo, kary poniosło kilkudziesięciu innych oficerów, którzy także mieli "pośredni” wpływ na katastrofę.
W większości wypadków sprawa jest o wiele prostsza. Jak choćby w przypadku zeszłorocznych katastrof w Dęblinie i Zamościu. W tym pierwszym Wilga z Aeroklubu Orląt w Dęblinie spadła na podwórko domu w centrum miasta. W drugim na pole spadła Cessna 152. W obu przypadkach zawiniła maszyna. Diagnoza była więc krótka: awaria.

Sprawa jest oczywista…

Dosyć łatwe było też ustalenie przyczyn katastrofy, w której trzy lata temu zginął pod Łęczną generał Jacek Bartoszcze, ówczesny szef polskich wojsk lotniczych. Według raportu komisji, samolot był sprawny technicznie i dobrze utrzymany. Zastrzeżenia budził natomiast sposób jego pilotowania. Zarówno Belg Karel Peeraer (który organizował zlot pilotów), jak i gen Bartoszcze mieli na nogach letnie klapki, co według komisji może świadczyć o bardzo niefrasobliwym podejściu do lotu.

Generał nie miał też uprawnień do latania tego typu samolotem, a to on prawdopodobnie trzymał w ręku stery. Samolot wykonywał manewry poniżej minimalnej bezpiecznej wysokości. - Wszedł w zakręt na niebezpiecznie małej wysokości i prędkości, bez zwiększonej mocy silnika. Doprowadziło to do przeciążenia maszyny i zderzenia z ziemią - czytamy w raporcie. Sprawa jest więc oczywista.

…choć nie zawsze

Choć czasem diagnozna z pozoru oczywista może okazać się błędna. W lutym tego roku lubelski sąd uniewinnił Krzysztofa C., pilota śmigłowca, który rozbił się dwa lata temu w Radawcu. Mężczyzna wystartował z lotniska maszyną należącą do lotniczego pogotowia ratunkowego. Miał odbyć lot szkoleniowo-treningowy. Po starcie wleciał w silne opady śniegu. Maszyna spadła i rozbiła się doszczętnie. Pilot wyszedł z wypadku cało.

Prokuratura, po zapoznaniu się z raportem komisji, winą za spowodowanie katastrofy lotniczej obarczała Krzysztofa C. Jej zdaniem, wzniósł się w powietrze, nie patrząc na złe warunki pogodowe. Sąd nie doszukał się jednak w jego postępowaniu przestępstwa.

- Tak to jest z wypadkami lotniczymi - mówi płk. Michałowski. - Tu nigdy nic nie jest oczywiste.

Słynne katastrofy lotnicze z naszego regionu

październik 2008

Szkoleniowy Mi-2 należący do 1. Ośrodka Szkolenia Lotniczego z Dęblina rozbił się w miejscowości Luszawa k. Lubartowa. Maszyna spadła z wysokości 100 metrów na pole.

styczeń 2008

W katastrofie samolotu wojskowego CASA zginęło 20 osób. Dowódcą załogi był 35-letni porucznik Robert Kuźma pochodzący z Lipska
k. Zamościa.

czerwiec 2007

Wilga z Aeroklubu Orląt w Dęblinie spadła na podwórko domu przy ul. 1 Maja w Dęblinie. Wilga holowała szybowiec. Kilka minut po starcie nagle wyłączył się silnik.

maj 2007

Pod Zamościem rozbiła się Cessna 152 z dwoma pilotami na pokładzie. Po wykryciu awarii silnika maszyny usiłowali awaryjnie wylądować
na polach.

marzec 2006

Śmigłowiec rozbił się w podlubelskim Radawcu. Padał drobny, bardzo gęsty śnieg.
Na wysokości ok. 70 metrów powietrzna karetka wpadła w śnieżną chmurę.

sierpień 2005

Do katastrofy doszło na zlocie pilotów w Nadrybiu Ukazowym koło Łęcznej. Zginął Karel Peeraer i generał Jacek Bartoszcze, ówczesny szef polskich wojsk lotniczych
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!