poniedziałek, 21 sierpnia 2017 r.

Magazyn

Dzień z życia lekarza rodzinnego

Dodano: 10 lipca 2008, 11:22

Pracują od rana do nocy. Nie tylko leczą pacjentów, ale wysłuchują ich zwierzeń: o problemach, radościach, a teraz jeszcze o wakacyjnych planach.

A czasem doradzają, jakie meble wybrać do kuchni.

Anita Nogalska z Praktyki Lekarza Rodzinnego "Familia” w Lublinie, nie ukrywa, że zawód lekarza jest ciężki. Szczególnie, gdy do praktyki zapisanych jest ponad 10 tysięcy pacjentów. Sama - pediatra i specjalista medycyny rodzinnej - ma ich sporo.

- Leczę małych i dużych. Staramy się, żeby nie czekali długo na wizytę, ale teraz sezon urlopowy, to nie zawsze się udaje - mówi dr Anita Nogalska. Przyznaje, że pacjenci przychodzą nie tylko po poradę. Nieraz chcą się pozwierzać, pożalić i pochwalić.

Specyficzny pacjent

Dzieci uwielbiają swoją panią doktor. Zawsze dostają nagrody, a to naklejkę, a to niezwykły gadżet. - Dziecko jest specyficznym pacjentem. Trzeba najpierw zdobyć jego zaufanie - podkreśla pani Anita. - Z kolei, starsi pacjenci wymagają więcej czasu. Mają więcej chorób, sporo leków zażywają, więc dobranie dla nich odpowiedniego medykamentu jest czasem jak trudna łamigłówka.

Lekarz rodzinny nie tylko przyjmuje pacjentów w przychodni, ale odwiedza ich w domach. Musi też uczestniczyć w szkoleniach i ciągle się uczyć.

- Chcemy być na bieżąco. Często odbywa się to kosztem czasu dla rodziny - mówi dr Nogalska. Mimo to stara się znaleźć czas na odpoczynek, na hobby. - W okresie jesieni i zimy czytam książki, zawsze pod poduszką mam jedną. Na wiosnę i w lecie oddaje się ogrodnictwu, hoduję róże, pielęgnuję rośliny i w ten sposób odpoczywam - uśmiecha się. - W liceum chciałabym być dziennikarką, lubiłam pisać wypracowania, wiersze. Ale potem moje predyspozycje do medycyny wygrały. I nie żałuję.

Lekarz biznesmen

Dr Dorota Tokarska z Praktyki Lekarza Rodzinnego "Życie” w Lublinie nigdy nie odsyła pacjentów z kwitkiem. - Przyjmujemy ilu się uda. Niby mamy przeznaczać 15 minut na jedną osobę, ale wiadomo że niektórzy wymagają dłużej wizyty - wyjaśnia dr Tokarska. - Jesteśmy lekarzami na pierwszej linii i wiele od nas zależy, od zdefiniowania problemu, od dalszego pokierowania pacjentem. Mamy pacjentów od poczęcia do 96 lat. Jest nad czym pracować.

Niektórym pacjentom nie potrzebna jest recepta, ale rozmowa. Chcą się wygadać, więc lekarz stara się go wysłuchać. - Jesteśmy trochę jak spowiednicy, bo temat rozmowy zostaje między nami - zastrzega pani doktor. I podkreśla, że praca lekarza obciąża, że trudno jest wstać, zamknąć drzwi i zostawić wszystko za sobą.

Wzór

Dla dr Tokarskiej praca nie kończy się w gabinecie. Prowadzenie własnej przychodni nie kończy się na przyjmowaniu pacjentów, ale też trzeba pełnić funkcje administracyjne. Jak w przedsiębiorstwie. Trzeba myśleć o płaceniu rachunków, o kontraktach, o sprawozdaniach.

Ale nie żyje tylko pracą. Lubi kontakt z naturą. Jeździ do lasu, nad jezioro, robi wycieczki rowerowe. Czyta dużo książek. Chodzi na zajęcia fitness. To najlepszy sposób na stres. - I mogę z czystym sumieniem zalecać pacjentom ruch. Lekarz musi być wzorem.

Lekarz wiejski

Dr Hanna Czerska-Gąsiewska pracuje w Stężycy kilkanaście lat, gdzie jest dyrektorem niepublicznej przychodni. Ma cztery specjalizacje, m.in. medycyny rodzinnej i anestezjologii. - Zawsze chciałam być lekarzem wiejskim. Osiadłam w Stężycy, tu mam dom, życzliwych sobie pacjentów i mieszkańców - mówi dr Hanna Czerska-Gąsiewska. Chociaż skończyła Akademię Medyczną w Krakowie, odrzuciła wszystkie propozycje pracy w Krakowie.

- Wybrałam małe miejscowości. I nie pomyliłam się. Mam satysfakcję, że ludzie mnie lubią, lgną do mnie. W trudnych sytuacjach przekonałam się, że moi pacjenci są ze mną, że mogę na nich liczyć - mówi doktor. Wspomina sytuację, kiedy na początku roku dostała wypowiedzenie najmu lokalu od dyrektora SPZOZ w Rykach. Wtedy mieszkańcy Stężycy stanęli murem za swoją lekarką. Protestowali na sesji Rady Powiatu i odnieśli sukces.

Jakie meble, pani doktor

- Nie oddamy naszej pani doktor. Ona jest duszą tej przychodni, jest na każde nasze zawołanie, pracuje 24 godziny na dobę. Wspiera nas psychicznie. Takiej osoby tu potrzebujemy, bo w Stężycy mieszka wielu emerytów - mówią pacjenci.
Doktor Czerska nie tylko leczy pacjentów, pomaga też pisać podania starszym osobom, czasem doradza, jakie meble kupić. - Na wsi trzeba być z pacjentem, trzeba żyć ich życiem. I to mi się tu podoba.

Na szczęście, dr Czerskiej udaje się znaleźć trochę czasu dla siebie, na książki historyczne i zwiedzanie zamków. Ostatnio była w Białowieży i Ojcowie, wcześniej w Gołuchowie. Z tych wypraw przywiozła wiele zdjęć. Jej pasją jest gra w brydża.
- Nie lubię telewizji, banalnych filmów, za to kocham teatr, poezję i mądrych ludzi - śmieje się.

Modlitwy za pacjentów

- Ciężka, oj ciężka jest praca lekarza, szczególnie w czasie wakacji, kiedy trzeba przejmować obowiązki kolegów - mówi Wojciech Borkowski, kierownik NZOZ "Medyk” w Świdniku. Pediatra i specjalista medycyny rodzinnej.
Wstaje o 6 rano, przegląda informacje w Internecie. Później zjawia się w przychodni. W lecie przyjmuje 50-70 osób dziennie. Później jeździ do ciężko chorych pacjentów na wizyty domowe.

- Trzeba się modlić, żeby ich mieszkania nie były na 4 piętrze w bloku bez windy. Ale, niestety, los jest złośliwy i często tak się zdarza - puszcza oko dr Borkowski. Nieraz po pracy musi jechać do banku, żeby dopilnować opłat, wypłat dla pracowników.

- Potem muszę podjechać do księgowej do Lublina. A na koniec odwiedzam Komisję Zdrowia w Urzędzie Miasta w Świdniku, żeby zobaczyć, na jakim etapie są jej prace. I jak wracam wieczorem do domu, siadam, to nie mam czasem siły odezwać się do żony - mówi doktor.

A po co kitel?

Pacjentów nie przyjmuje w kitlu. - Żeby zmniejszyć bariery i syndrom białego fartucha, na który cierpi wiele osób. Ludzie przychodzą do lekarza i jak widzą biały fartuch, to od razu ciśnienie im skacze, puls przyspiesza. Na Zachodzie żaden lekarz rodzinny nie przyjmuje w kitlu. A po co? Żeby się nie pobrudzić? Ja po to jestem, żeby się pobrudzić, bo jestem dla pacjenta - podkreśla Borkowski.
Czas wolny? - Nie bardzo wiem, co to jest - śmieje się. - Ale w sobotę po szkoleniu, zwykle po godz. 15, jedzie na działkę nad jezioro. I tam wpatruje się w krzewy, kwiaty, słucha dźwięków natury. Zapomina o wszystkim. Do poniedziałku.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!