piątek, 20 października 2017 r.

Magazyn

Praca w sklepie z modnymi ubraniami to dla niektórych kobiet spełnienie marzeń. Jednak rzeczywistość często różni się od ich wyobrażeń.

Klienci bywają niemili lub namolni, stronią od mydła albo uprawiają końskie zaloty. Za to inni klienci mówią o księżniczkach za ladą, które ani nie pomogą, ani nie doradzą, a nawet nie uśmiechną się do człowieka, który wydaje kilkaset złotych na koszulę

- Pracuję już dłuższy czas w tej branży i zdążyłam poznać różne charaktery klientów - śmieje się Ewa, ekspedientka w ekskluzywnym butiku dla panów. - Bywa że przychodzą bardzo eleganccy i przystojni faceci. Niektórzy proszą, żeby doradzać im np. przy wyborze koszuli. Ale coraz częściej zdarzają się też tacy mężczyźni, którzy na zakupy przyprowadzają ni to kolegów, ni to narzeczonych. Wtedy nie mam już nic do gadania, bo partner doradzi najlepiej.

Ewa przyznaje, że w pracy zdarzają się również zaskakujące sytuacje. Gdy ostatnio była sama, jeden z klientów podszedł i mocno ją przytulił. - Nie wiem, o co mu chodziło, ale bardzo się przestraszyłam. Miałam go strzelić po gębie, ale nie wiadomo, co to za jeden. Może jakiś znajomy szefowej i mógłby poskarżyć, że jestem niemiła dla klientów?

Za dużo pudru, za mało mydła


Magda pracuje w salonie z modnymi ciuchami dla młodzieży, narzeka na klientki, które stronią od higieny.
- Od jednej kobiety kiedyś tak potwornie śmierdziało, że trudno było wytrzymać - mówi Magda. - Ale starałam się być miła. Gdy nareszcie kupiła jakąś bluzkę i odeszła od kasy, posłałam za nią chmurę odświeżacza powietrza.
Magdę wkurza w klientkach jeszcze jedno: ślady pudru na nowych bluzkach, których przez to nikt nie chce kupić. Najgorzej rzucają się w oczy na białych rzeczach.
O ciuchach, które nie cieszą się powodzeniem klientów, dziewczyny mogłyby długo opowiadać. Właściciele sklepów stosują różne fortele, żeby opchnąć niechciany towar.
- Moja koleżanka kiedyś sprzedawała drogie garnitury. Klienci do określonego wzoru dostawali koszulę gratis - przypomina sobie Ewka. - Ale co to za promocja, skoro koszula leżała kilka sezonów w magazynie, jest już niemodna i do niczego nie pasuje? To był po prostu sposób na wypchnięcie towaru.
Ekspedientka wie najlepiej
Inny temat to fałszywi doradcy, którzy towarzyszą klientom. Tacy zdarzają się w każdym sklepie. - Nie każdemu jest we wszystkim ładnie - mówi Sylwia ze sklepu popularnej sieci odzieżowej. - Dlatego klienci często radzą się w sprawie zakupu osoby, która im towarzyszy. Taki przykład: dziewczyna przyprowadza koleżankę, żeby jej doradziła. Chce kupić sweter. Mierzy, wygląda w nim fatalnie, nie jest do końca pewna zakupu. Taka pseudoprzyjaciółka mówi jej, że jest spoko i pięknie leży. Dziewczyna kupuje, wydaje kasę, ale w końcu jej ktoś boleśnie uświadomi, że zakup był nietrafiony. Teoretycznie powinnam się z tego cieszyć. Dla mnie to zarobek. Ale jakoś głupio...
Dziewczyny mówią, że jeżeli ktoś poprosi o pomoc, to zawsze starają się dobrze doradzić. Ale nie każdy klient chce. - Jakiś pan w średnim wieku chciał kupić marynarkę - wspomina Ewka. - Fajny fason i nawet było mu ładnie, gdyby nie jeden szczegół. Była o numer za mała. Z rękawów wystawały mu nadgarstki i była za ciasna w plecach. Mimo to stwierdził, że dobrze się w niej czuje i kupuje.

Szef płaci i wymaga


Sylwia interesuje się modą i zawsze stara się mieć ciekawe, niebanalne, ubrania. Gdy zaczynała pracę, już na początku naraziła się kierownictwu. - Bardzo często podchodziły do mnie klientki i żądały takiej samej bluzki, którą mam na sobie - śmieje się Sylwia. - A ja ubierałam się w ciuchy od konkurencji albo jakieś oryginały wygrzebane w szmateksie. Teraz staram się już zakładać tylko firmowe rzeczy.
Koleżanki Sylwii pracują w popularnych sklepach z markowymi młodzieżowymi ubraniami. - Ja bym tak nie chciała - zaznacza dziewczyna. - Ledwo lato się skończyło, a te muszą chodzić w pracy ubrane w jakieś kozaki, korale i wymalowane jak na dyskotekę. Dostają takie polecenie i nie mają nic do gadania. Chyba naprawdę muszą lubić tę robotę.
Bywa jeszcze gorzej. Na otwarcie markowego butiku w jednym z lubelskich centrów handlowych przygotowano duże promocje. Klientów nie brakowało. Tyle że nie wszyscy chcieli płacić. - Brakowało sporo rzeczy - przyznaje Monika, 23-letnia studentka, która w butiku chciała sobie dorobić. - A jeszcze nie mieliśmy piszczących bramek przy wejściu. Szef potrącał nam wszystko z pensji. A tu głupia torebka kosztowała 400 zł!
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!