piątek, 20 października 2017 r.

Magazyn

W Polsce nie ma delfinów. Tym samym nie ma i w Lublinie. A tymczasem zanosi się na to, że w najbliższych dniach Lublin stanie się „stolicą polskich miłośników delfinów”. Za sprawą rozkochanej w nich Ewy Tęczowskiej. I ja w to wierzę, bo zakochaną kobietę stać na każde szaleństwo.



d
Co należy wiedzieć o Ewie? Jest lublinianką, ma męża i dwu dorosłych synów — studenta i doktoranta. W czasie studiów na Wydziale Pedagogiki i Psychologii UMCS zainteresowała się socjologią zdrowia. Później zajmowała się tym w praktyce. Najpierw w poradni zdrowia doradzała jak można uwolnić się od uzależnienia od leków. A później prowadziła różne formy terapii, zgodnie z przesłaniem: wzmacniać w człowieku to, co pozytywne, korzystając z sił przyrody zawartej w krajobrazie, zwierzętach, drzewach, skałach oraz nas samych. Najlepiej „ładować akumulatory”, albo się też wyciszać, w plenerze. Ale można i w czterech ścianach, czy to z powodu choroby, inwalidztwa, podeszłego wieku, czy choćby burej zimy. Technik relaksacyjnych pomagających pomniejszyć szpitalny stres uczyła z dobrym skutkiem m.in. pacjentów Kliniki Hematologii lubelskiej Akademii Medycznej.
Bądź sobie terapeutą
Co zdaniem pani Ewy można zrobić w warunkach domowych?
— Jeśli sami nie możemy pojechać do pięknego zakątka – mówi – to ten piękny zakątek sprowadźmy do siebie. Metodą najprostszą jest kikunastominutowy odpoczynek połączony z oglądaniem pięknych albumów. Ale też trzeba umieć go używać. Jeśli przeglądając go będziemy myśleć: „Boże, ja nigdy tam nie pojadę, bo jestem chory”, to osiągniemy skutek odwrotny od zamierzonego. Pogłębi się depresja, gorszy będzie stan zdrowia. Musimy sobie jasno powiedzieć, że to co robimy służy wzmocnieniu naszego organizmu, jest naszą szansą ...
Pani Ewa opowiada o innych prostych, domowych seansach. Choć dobrze jeśli nieco będziemy je celebrować, choćby w ten sposób, że przewietrzymy pokój, zapalimy aromatyczne kadzidełko. A później przywoływać będziemy własne, pełne słońca wspomnienia, pofantazjujemy na temat np. igraszek na łonie w przyrody, czy też słuchać będziemy relaksacyjnej muzyki.
Jest także metoda „siedmiu oddechów ratujących życie”. Zaczynamy od odprężenia się, później pocieramy o siebie wewnętrzne części dłoni, a następnie, rozgrzane przykładamy do miejsc na naszym ciele, w których gromadzi się napięcie. Są to: tzw. krzyż, klatka piersiowa (szczyty płuc), kark z tyłu głowy, obydwie strony głowy przy skroniach, bardzo ważne są kolana. Równocześnie do miejsc tych „kierujemy” wyczuwalnie pojawiającą się w naszym organizmie energię, będącą rezultatem głębokiego oddychania.
Gdy przyśnił mi się delfin
Rozmawiamy dalej o dobrodziejstwie – psychologicznym i energetycznym – kontaktu człowieka z kotem, psem, koniem. Aż tu pada słowo: delfin.
– Kiedyś przyśniły mi się one — mówi pani Ewa. — Niemal czułam, że mnie przyzywają. Przepytywałam więc w biurach podróży, gdzie mogę pojechać z Lublina zobaczyć delfiny. Odpowiedź brzmiała, że na Wyspach Kanaryjskich. Gdy wreszcie zebrałam pieniądze, pojechałam. Były! Jak zaczarowana obserwowałam z pokładu statku ich harce. To mi wystarczyło tylko na jakiś czas. Potem znów przyśniły się. Wiedziałam już wtedy, że mogę się z nimi spotkać bliżej, i za mniejsze pieniądze, w Jałcie, na Krymie...
Jałtańskie delfinarium, jak chyba wszystkie na świecie, jest przede wszystkim turystyczną atrakcją. Ewa Tęczowska oglądała więc popisy legendarnej wręcz zręczności i umiejętności tych wielgachnych ssaków: kilkumetrowe wyskoki ze strącaniem piłki, tango odtańczone na ogonie, „malowanie” obrazów pędzlem trzymanym w pysku, które potem sprzedawano na licytacji za niemałe pieniądze.
– Trochę mierził mnie ten cały cyrk – mówi. – Współczułam też delfinom, że żyją w niewoli. Lecz miałam okazję popływać z nimi i jakoś wszystko się we mnie odmieniło. Nie to, że akceptuję ich niewolę. Nie myli mnie też ich nieustanny uśmiech. Ale też nauczyłam się czytać w ich oczach i
wiem, kiedy są szczęśliwe, a kiedy nie.
I rzecz nie do wiary: szczęśliwe są, gdy mają kontakt z człowiekiem, nawet tym, od którego doznawały cierpień. Bądźmy bowiem szczerzy: jałtańskie delfiny, w większości, mają za sobą wojskową tresurę.
Tego fenomenu delfiniej szczęśliwości, udzielającej się następnie człowiekowi, doświadczyłam na własnym przykładzie. Jestem osobą stonowaną i raczej poważną. Już po pierwszym pływaniu z delfinami skakałam i śmiałam się. Zbudziło się we mnie dawno zapomniane dziecko.
I mówi dalej:
– Po jakimś czasie, w porozumieniu z jednym z lubelskich biur podróży, zaczęłam prowadzić na Krymie „wczasy z delfinami”. Od ich uczestników, osób różnych profesji z całej Polski, dowiadywałam się, że doświadczali przeżyć podobnych moim. Najpierw również były sny z delfinami w roli głównej. Potem poszukiwanie literatury na ten temat, gadżetów i zdjęć. Jak się później okazywało wynikało to nie tylko z prostej ciekawości tych legendarnych ssaków, ale często – nawet nie uświadamianej – potrzeby zmiany swojego życia. Delfin bowiem daje poczucie bezpieczeństwa, rozładowuje stresy, przywraca radość typową dla dzieciństwa. Dlatego też pierwszy z nim kontakt — a są to przykłady z mojej praktyki — zarówno poważnego bankowca, specjalistki od ubezpieczeń, graficzki komputerowej często kończył przemiennie śmiechem i łzami. Dowodzącymi przezwyciężania depresji, a jak się okazywało również odnalezienia sensu życia...
Pani Ewa od uczestników krymskich spotkań z delfinami
otrzymuje bogatą korespondencję.
Zacytujmy:
„Nie zapomnę jak dwa bulonosy podpłynęły do mnie i ustawiły się po dwu stronach tak, że mogłam chwycić je za płetwy grzbietowe. Potem ruszyły, zrobiliśmy kółko. Woda sięgała mi do ramion. Pod koniec nagle przyśpieszyły, przed twarzą wyrosła mi błękitna ściana. Nie mogłam złapać oddechu”.
„Na Krym pojechałam jak gęś bez głowy Dwa miesiące temu TIR zabił mi męża Kubę i córkę Maję. (...) Koleżanki namówiły mnie na ten wyjazd. Godzinami siedziałam nad brzegiem basenu i patrzyłam na delfiny. One cały czas się bawią. Mają w sobie radość życia. A ja czułam, jak dzięki nim ją odzyskuję”.
„Jestem szczęśliwa z odmiany jaka nastąpiła w życiu mojego niepełnosprawnego syna. Najpierw ze strachem, a później ze spokojem, patrzyłam, jak płyną ostrożnie, by nie zanurzyć głowy Michała. Wątpię czy równie bezpiecznie czuł się on kiedyś przy swoim ojcu. Wielbię Boga za stworzenie tak wspaniałych istot. Znajduję się teraz na ostrym zakręcie mojego życia, toteż dobro, którego doznałam doda mi sił.”
I ostatni fragment listu z Wrocławia:
„Ewo, a może założymy klub delfinowy?”
Nosiłam się z takim pomysłem — mówi Ewa Tęczowska. — A skoro znaleźli się inni, którzy czują taką potrzebę, powiem krótko: Zakładamy! A „Dziennik Wschodni” poproszę o patronat.
Z przyjemnością!



Spotkanie Klubu Wiedzy o Delfinach „Delfinus”


7 stycznia 2004 r., w środę, o godz. 17.15 w siedzibie Biura Turystycznego ANAS w Lublinie przy ul. Narutowicza 61 (I piętro) odbędzie się inauguracyjne zebranie klubu. W programie m.in. pierwszy wykład o delfinach ilustrowany pięknymi zdjęciami, informacja o programie działania klubu, ogłoszenie konkursu na znak graficzny, którego zwycięzcy wezmą udział w I Polskim Spotkaniu Sympatyków Delfinów w dn. 21-22 marca na Helu.
Bliższe informacje i kontakt pod nr tel. (0-81) 532-48-49

Delfiny




Przeciętna długość życia delfinów wynosi około 20 lat. Wydają na świat tylko jednego potomka. A propos. Miłosna gra wstępna delfinów jest wydłużona i charakteryzuje się niezwykłą czułością. Uwielbiają ocierać się o siebie całymi ciałami i pieścić płetwami. Organy rozrodcze ukryte są w fałdach podbrzusza. Erekcja penisa jest wywoływana w sposób świadomy, przez panowanie nad elastycznością tkanek. Ich mózg ma mniej więcej takie same możliwości jak nasz. Porozumiewają się dźwiękami, które są czymś w rodzaju mowy. Są bardzo lojalne wobec członków stada. Młode oraz stare i niedołężne osobniki są podciągane ku powierzchni wody, by mogły zaczerpnąć powietrza. Jeśli któryś z delfinów zostanie zraniony, inne gromadzą się wokół i starają się mu pomóc, np. chroniąc przed rekinami.
Ten altruizm dotyczy także ludzi. Nieraz odganiały czające się rekiny, wspomagały też pływaków w chwili kryzysu. Pozostające z nimi osoby chore, albo w jakimś stopniu upośledzone fizycznie czy psychicznie, delfiny „badają” za pomocą swych echosond i trafiają w jakiś sposób do tych części ciała, które wymagają leczenia.

(Za: Lisa Tenzin-Dolma „Uśmiech delfina”, Wydawnictwo Pusty Obłok, Warszawa, 1992)
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!