piątek, 20 października 2017 r.

Magazyn

Gerald Howson: Lublin bez słów

  Edytuj ten wpis
Dodano: 13 stycznia 2012, 14:55

W 1959 roku do Lublina przyjechał Gerald Howson. Na zlecenie jednego z brytyjskich czasopism sfotografował Lublin. Howsona przez przypadek poznał Bogdan Frymorgen. Obaj się zaprzyjaźnili. Gerald zrobił go kustoszem swoich zdjęć. W marcu Bogdan Frymorgen pokaże brytyjskie zdjęcia Lublina w Bramie Grodzkiej. Są niezwykłe. Rozmowa z Bogdanem Frymorgenem

Obejrzyj galerię zdjęć: Lublin z 1959 roku okiem brytyjskiego fotoreportera

• W księgarniach właśnie ukazał się twój album "Kazimierz bez słów”. Na zdjęciach z krakowskiego Kazimierza widać pustkę i dojmujący smutek. Skąd pomysł na takie sfotografowanie żydowskiej dzielnicy Krakowa? Co najbardziej zaważyło na fotografiach, które znalazły się w twoim albumie?

– Żeby na to pytanie odpowiedzieć, musimy przenieść się do lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, do Bielska, gdzie urodziłem się w 1962 roku. Przed wojną w połowie zamieszkiwali go Niemcy, w połowie Polacy, a w środku żyli Żydzi.

• Co po nich zostało?

– Zacząłem wychowywać się w totalnej niewiedzy. Urodziłem się dwadzieścia kilometrów od Oświęcimia. Chodziłem do szkoły podstawowej im. Janusza Korczaka i przez osiem lat nikt nie powiedział mi, że Janusz Korczak był Żydem. Przez cztery lata chodziłem do szkoły średniej i nikt nie powiedział mi, że stoi obok miejsca, gdzie była synagoga, zburzona przez Niemców. Na początku lat osiemdziesiątych zacząłem studiować w Krakowie. Pamiętam wieczór, kiedy z moją narzeczoną, a dziś żoną, wybrałem się na film "Shoah” Claude'a Lanzmanna i to był przełom. Poczułem się oszukany.

• Przez kogo i dlaczego?

– Przez system, szkołę, starszych w rodzinie... Nikt nie powiedział mi, co stało się podczas wojny. Zacząłem ten temat zgłębiać, studiować, w międzyczasie pojawił się aparat fotograficzny, zacząłem dokumentować pozostałości miasta żydowskiego na Kazimierzu, obok którego przechodziłem codziennie.

• Jaka była twoja reakcja po filmie "Shoah”?

– Po filmie byłem zdruzgotany. Otwarły się przede mną wrota, w które musiałem wejść i jakoś tę przestrzeń sam zbadać. Kiedy wyjechałem do Wielkiej Brytanii w 1985 roku, poznałem brytyjskiego fotografika Chrisa Schwarza, zaczęliśmy się głęboko przyjaźnić. Pamiętam naszą wycieczkę do Polski, żeby robić wspólne programy o Polsce dla Radia BBC. Ja pracowałem nad montażem, on znikał. Nie bardzo wiedziałem gdzie. Dziś wiem, że znikał na Kazimierzu. Całymi godzinami się włóczył po żydowskiej dzielnicy. Nie zrobił zbyt wielu zdjęć. Utrwalał Kazimierz na kliszach. Bez niego nie byłoby mojego albumu.

• Przyjaźń i wspólna pasja były inspiracją?

– Chris traktował swoją fotografię niesłychanie osobiście. To była tajemnica. Prywatna pasja i mistyczna rzecz. On kupił mi pierwszy aparat, który nazywał się Nikomat i zacząłem fotografować. Dał mi narzędzie do ręki, ale we wskazówkach był bardzo oszczędny. W dniu, kiedy dowiedział się, że jest chory na raka, postanowił zrobić coś, co pozostanie, będzie trwałe. Przez pięć lat walczył z chorobą, przeniósł się do Krakowa i tworzył w na Kazimierzu Żydowskie Muzeum Galicja. Kiedy zmarł, zostałem wykonawcą jego testamentu, do mnie należało skatalogowanie archiwum.

• Inne inspiracje?

– Fascynowałem się fotografią Romana Wiśniaka, który w niezwykły sposób sfotografował żydowskie miasteczka i wsie tuż przed zagładą. No i zbudowałem sobie wewnętrzny obraz czego nie ma. Poczułem, że gdzieś na samym końcu tej drogi powinienem ją zwieńczyć czymś trwałym, stąd pomysł wydania albumu "Kazimierz bez słów”.

• Jaki to jest album?

– Nieprzegadany, próbuje oddać atmosferę i pewną pustkę, która wciąż jest wśród nas i w nas. Jest obecna, należy ją dostrzegać. W albumie nie ma opisów, adnotacji, jest pustka, której nic nie zastąpi.

• Nie ma koloru?

– To świadomy wybór i próba ustosunkowania się do tego, co zrobiono mnie jako Polakowi, pozbawiając mnie wiedzy o zagładzie Żydów. Mógłbym zrobić piękny kolorowy album o Kazimierzu, na którego każdej stronie byłaby synagoga i uśmiechnięty Żyd. Tylko że to nie było szczere. Pustka w czerni i bieli pokazuje Kazimierz, gdzie nie tylko można napić się piwa i zjeść zapiekanki, ale także gdzie są synagogi i domy modlitwy osadzone w historii dawnej i współczesnej. Powinno być miejsce na celebrację i pamięć w różnych odcieniach.

• Jak realizowałeś album?

– Większość czasu spędziłem przed bramami, czekając, żeby ktoś do nich wchodził lub wychodził. Za bramą są przestrzenie zamknięte, trzeba było tam się wemknąć. Nie wszystkie są piękne, ale tam czułem pustkę i pewne zatrzaśnięcie.

• Pierwsze reakcje na zdjęcia w albumie?

– Dlaczego takie smutne. Taki jest album. Nie może być bardziej smutny ani bardziej wesoły.

• Album jest apelem?

– Żeby pamiętać i czcić pamięć. Pomimo ogromnej liczby turystów, samochodów, pubów często zdarza się, że na Kazimierzu jest pusto. I trzeba być na to przygotowanym. Zdjęcia robiłem o każdej porze, uwielbiałem się włóczyć po Kazimierzu nocą. Zdjęcia robiłem z ręki, bez statywu i lampy. Ja jestem cierpliwym człowiekiem, projekt "Kazimierz bez słów” trwał kilka lat”, miałem czas na czekanie. Wystawa wisi z Centrum Kultury Żydowskiej na Kazimierzu, ale już są nią zainteresowane inne miasta.

• Przejdźmy do niezwykłej historii niezwykłych zdjęć Lublina, którymi się opiekujesz.

– Kiedyś pojawiłem się w Londynie na imprezie urodzinowej mojej przyjaciółki, przyszedł jej ojciec, zaczęliśmy rozmawiać, okazało się, że był w Polsce w latach pięćdziesiątych i że robił zdjęcia. Umówiłem się z nim na krótkie spotkanie, pokazał mi kilka pożółkłych odbitek.

• Co było dalej?

– Zanim zdążyłem się rozczarować, że jest ich tak mało, podszedł do biurka, otworzył szufladę i powiedział, że jest w niej pięćset negatywów. Były pięknie zapakowane, zarchiwizowane, nigdy niepokazywane i nigdy niepublikowane. Popatrzył na mnie i powiedział: Jeśli możesz coś z tym zrobić, proszę bardzo.

• Zrobiłeś?

– Zacząłem od Krakowa. Na Kazimierzu pokazałem jego zdjęcia z Krakowa z 1959 roku, przywiozłem go ze sobą, wówczas był to 84-letni staruszek. Uczestniczył w wernisażu, wystawa była cudowna pod wieloma względami, ludzie, którzy przychodzili w podeszłym wieku, odkrywali siebie na zdjęciach jako małe dzieci. Konkretne osoby rozpoznawały konkretne twarze na jego zdjęciach. Dla kuratora wystawy to jest marzenie. Dodajmy, że Gerald Howson nie był tylko dokumentalistą, był malarzem, dlatego jego fotografie są szalenie malarskie. Po wystawie leciał ze mną do Anglii o dziesięć lat młodszy.

• A Lublin?

– Zaopiekowałem się jego zdjęciami jak swoimi. Mam je pod swoją kuratelą. Po Krakowie jest duży zbiór fotografii Lublina. Jest ich mniej niż z Krakowa, ale ich poziom artystyczny jest tak dobry, że zasługują na wystawę.

• Widać na nich Stare Miasto, pusty plac po farnym kościele, dzieci przed Wieżą Trynitarską. Może znów zdarzy się, że mieszkańcy Lublina rozpoznają w dziecięcych twarzyczkach swoje twarze?

– Liczę na to. Podobna przygoda powinna wydarzyć się w Lublinie. Mój cukiernik, u którego codziennie kupuję pączki w Krakowie, rozpoznał się na zdjęciu. To było wzruszające. Czuję, że w Lublinie mogą zdarzyć się niezwykłe sytuacje.

• Gdzie i kiedy zobaczymy wystawę?

– Jestem po rozmowach z Teatrem NN, jest wstępny termin marcowy, pokażemy ją w Bramie Grodzkiej.

• Kiedy się na nie patrzy, przypominają twoje zdjęcia z albumu "Kazimierz bez słów”?

– Coś w tym jest, w końcu to też Lublin bez słów. Po Krakowie i Lublinie pokażę jeszcze Warszawę, następnie chciałbym z nich zrobić album Howsona.

• Co jest najważniejsze w fotografii?

– Wywołanie pewnej emocji, obojętnie jaka ta emocja jest. Nie chodzi mi tu o granie groteską czy wywoływanie skandalu, ale o wywołanie przez zdjęcie emocji. Im bardziej jest to tajemnicza emocja, im trudniej jest nam rozszyfrować, co tę emocję powoduje, tym jest lepsze zdjęcie. Ważne jest, żeby zdjęcie odkrywać stopniowo. Powracać do obrazu, odkrywać nowe fragmenty, na nowo je interpretować. Wiem, że tak będzie ze zdjęciami z Lublina, które nigdy nie były pokazywane ani publikowane.

Gerald Howson

Howson przyjechał do Polski w kwietniu 1959 roku. Zabrał ze sobą wysłużony aparat i filmy. Jego zadaniem było udokumentowanie swej podróży dla elitarnego czasopisma "Queen”. Swoją wyprawę rozpoczął w Lublinie, potem pojechał do Krakowa, następnie do Warszawy. Zdjęcia, które zrobił, nigdy nie pojawiły się w "Queen”. Zostały uznane za zbyt szorstkie i prawdziwe. Spośród kilkuset fotografii, zaledwie kilka opublikował brytyjski dziennik "The Daily Telegraph”.

Howson (ur. 1935) mieszka w Londynie. Na Wyspach uchodzi za autorytet w dziedzinie flamenco. Jest także uznanym ekspertem w temacie hiszpańskiej wojny domowej. Przez wiele lat uczył fotografii, stworzył katedrę fotografii na Wimbledon College of Art

Wystawa

Wystawę fotografii Bogdana Frymorgena "Kazimierz bez słów” można do marca oglądać w Centrum Kultury Żydowskiej przy ul. Meiselsa 17 na krakowskim Kazimierzu

Album

Album fotograficzny Bogdana Frymorgena zawiera prawie sto czarno-białych fotografii poświęconych żydowskiej dzielnicy Krakowa. Zdjęcia powstały na przestrzeni ostatnich kilku lat. Są osobistym spojrzeniem autora na współczesne oblicze historii Kazimierza

  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!