sobota, 19 sierpnia 2017 r.

Magazyn

Grzegorz Reske: Opryński złamał mi teatrem kregosłup


Dziś w Lublinie zaczyna się największa jesienna teatralna impreza. Przyjedzie Nikołaj Kolada z "Hamletem” i "Wiśniowym sadem”, Tadeusz Słobodzianek z "Nasza klasą” i Krzysztof Warlikowski z "(A)pollonią”. – Na nic się nie wybieram. Na żaden spektakl, koncert czy seans – przyznaje Grzegorz Reske, producent Festiwalu Konfrontacji Teatralnych.

• Rozmawiamy na cztery dni przed rozpoczęciem Konfrontacji. Z dnia na dzień będzie coraz gorzej?
– Napięcie rośnie, owszem. Ale dla naszych gości, którzy występują przedostatniego czy ostatniego dnia festiwalu jest jeszcze mnóstwo czasu, wymieniamy się spokojnie mejlami.

• Wszystko jest zapięte na ostatni guzik?
– Oczywiście, wszystko się może zdarzyć. Walczymy jeszcze o wizy dla białoruskich artystów, ale Wolha Hapiejewa i Zmicier Plan występują dopiero w przyszły czwartek. Nie takie rzeczy załatwialiśmy. Na razie Teatr Nikołaja Kolady święci triumfy w Paryżu i ma owacje na stojąco. Ciężarówki z scenografiami do spektakli Kolady pokonały już tyle granic – jechały z Jekaterynburga – że odcinek Paryż–Lublin też pokonają. W hali targów w parku Ludowym są już trzy tiry ze scenografią do "(A)Pollonii” Krzysztofa Warlikowskiego…

• Kto wymyślił, że hala targowa będzie teatrem? Pan? Warlikowski?
– Już w styczniu wiedzieliśmy, że nie da się pogodzić planów Teatru Nowego z terminami Konfrontacji i Warlikowskiego w Lublinie nie zobaczymy. I tak było do czerwca. W czerwcu się okazało, że mogą przyjechać i teraz to jest nasza decyzja. A my nie mieliśmy ani pieniędzy, ani miejsca do grania. Do połowy lipca trwało szukanie pieniędzy, bo mieliśmy już budżet festiwalu zamknięty i miejsca. Im chodziło o kubaturę. Sala musi pomieścić 30-metrowej szerokości scenę, ale mieć jeszcze przestrzeń dla multimedialnych pokazów. Taka jest hala w parku, w sumie w centrum miasta. No i przy okazji okazało się, że w targach zyskaliśmy świetnego partnera. Z pewnością to nie jest ostatnie przedstawienie teatralne w tej hali.

• "Już w styczniu wiedzieliśmy”? To kiedy jest pierwsze spotkanie na temat jesiennych Konfrontacji?
– Nie ma czegoś takiego, my już mamy połowę programu Konfrontacji na przyszły rok.

• Tak? A co będzie?
– Nie, nie, żadnych tytułów czy nazwisk. Po prostu najlepsze teatry mają kalendarze na 3–5 lat, podobnie jak organizatorzy festiwali na świecie. My pracujemy, niestety, w trybie rocznym. A nie chcemy teatrów, które mają dużo wolnych terminów, bo to znaczy że są złe. Czasami jest tak, że kogoś chcemy jednego roku, ale on jest w Lublinie dopiero w następnym.

• Które to są pana Konfrontacje?
– Zaczynałem jako wolontariusz przy trzeciej edycji. I to od razu od wysokiego C, bo nosiłem scenografię "Ósemkom” (poznański Teatr Ósmego Dnia – przyp. red.), które grały na placu Zamkowym. Później, już na studiach, pracowałem w biurze. Nie było komórek, był faks i komputer bez Internetu.

• Amerykańska kariera: od wolontariusza do dyrektora. Ale jeśli debiut był przed studiami, to znaczy,
że Konfrontacje znają pana od liceum?

– Chodziłem do Sobieskiego i Janusz Opryński miał tam zajęcia teatralne, później nawet był spektakl. No i z grupą kilku przyjaciół, którzy wówczas brali udział w zajęciach, do dziś jesteśmy jakoś związani z teatrem. Janusz Opryński złamał nam teatrem kręgosłup.

• To jak wygląda dzień powszedni dyrektora-producenta na pięć dni przed godziną 0?
– Pobudka o 6, kawa. W Centrum Kultury jestem koło 8. Wychodzę tak między 19 a 20. W międzyczasie siedzę przy komputerze i usiłuje to wszystko ogarnąć. Kiedy z domu o 1 czy 2 rano jeszcze wysyłam mejle i po kwadransie dostaję odpowiedź, to mam poczucie, że nie jestem
samotny.

• Na jakie spektakle czy projekcje wybiera się pan w czasie konfrontacji?
– Na żadne. Może jak jeszcze byłem wolontariuszem to coś jeszcze oglądałem, później już nic.

• Od dziesięciu lat nie był pan na niczym? To znaczy, że nie rozmawiam z osobą kulturalną?
– Nie… ja te spektakle wszystkie widziałem. Po prostu nie zobaczę ich w Lublinie.

• A co pan poleca?
– Żeby nadrobić zaległości i przed dwa dni zobaczyć ważne lubelskie produkcje. Program tak ułożyliśmy, by w poniedziałek i wtorek je pokazać. Na pewno spektakle Nikołaja Kolady, bo to nie jest spotkanie z "Hamletem”, którego pewnie każdy widział, tylko z osobowością reżysera. No i większa szansa, że się pojedzie do Warszawy na Warlikowskiego niż do Rosji na Ural.

• Konfrontacje to nie tylko spektakle, ale też projekcje, koncerty i spotkania. Widz musi być zasypany tyloma propozycjami?
– Konfrontacje to trwająca tydzień skomponowana całość, dzieło sztuki. To nie tylko spektakle. I zawsze tak było.

• Jak pan się będzie czuł o północy z 23 na 24 października po zamknięciu festiwalu?
– To będzie zamknięcie dla widzów. W niedzielę pracujemy, bo goście wyjeżdżają. Dla mnie Konfrontacje skończą się 20 lutego kiedy sponsorzy potwierdzą, że akceptują nasze rozliczenia.

• To ja się umawiam 21 lutego na rozmowę jak było.
– 21 lutego będę w Jokohamie, w ramach IETM (międzynarodowa sieć organizacji teatralnych, Informal European Theatre Meetings – przyp. red.) Będziemy poznawać kulturę Azji.

• Ma pan fajną pracę.
– Mam cudowną pracę, dzięki której poznaję cudownych ludzi. Baza adresów mejlowych: 2600 sztuk.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!