niedziela, 24 września 2017 r.

Magazyn

Imię: Tuhaj Bej. Ksywa: Tusiek

Dodano: 22 maja 2009, 15:09

Rocznik 1996. Ojciec Puszczyk. Imię: Tuhaj Bej. Wrodzona zdolność: wysoka inteligencja. Miejsce zamieszkania: Bukowa, 5 km od granicy. Ksywa: Tusiek.

Tusiek do Bukowej przyjechał zimą; na przyczepie. Traf chciał, że zepsuł się jeep. Co było w jeepie, poszło na grzbiet Tuśka. Szedł parę kilometrów i… nie mógł się nadziwić. Jak tak się zaczyna, to co będzie potem?

Konne zawody

Siedzę w mongolskiej jurcie w Ośrodku Jeździecko-Hodowlanym "Żurawiejka”. 50 hektarów dzikich stepów Polesia Wołyńskiego. - Ostry, kontynentalny klimat, dzika i nieokiełznana przyroda, słabe zaludnienie i brak dróg powodują, że podróżujący konno mają wrażenie, że są w Dzikich Polach, Siczy, Zaporożu - mówi Zbigniew Żurawicz. Wyciąga nahajkę. - Dostaliśmy od Mongołów. W podzięce za konne zawody, w których brali udział. Za rok my pojedziemy. Do Mongolii - dodaje właściciel Żurawiejki.

Katarzyna Żurawicz i jej mąż Zbigniew. Gospodarze stepów. Ona wysoka, w spodniach do konnej jazdy i skórzanych butach. On jak rodowity Tatar. W okularach, jakie nosił Sienkiewicz. Ona jest urzędnikiem w Lublinie. On szesnaście lat był w Czerwonych Beretach. Teraz na emeryturze. I Tuhaj Bej, konik huculski, który zrobi dla Kasi i Zbyszka wszystko.

Śmieszna historia

Oboje są z Lublina. Niby mieszczuchy, a wpadli na pomysł, żeby hodować konie w stepie. - Pierwszego konia kupiłam, jak miałam osiemnaście lat. To śmieszna historia, babcia założyła mi książeczkę oszczędnościową i powiedziała: Pamiętaj wnuczko, to jest na czarną godzinę. Jak tylko książeczkę dostałam do ręki, natychmiast kupiłam sobie konia. Potem miałam drugiego, potem musiałam się z nimi rozstać. Wynajęte stajnie, pensjonaty, hotele. I kiedyś tak siedzimy sobie przed telewizorem. I mówię, wiesz co Zbyszek, chodź na konie. A nie, to się nie da, ja już za stary jestem - opowiada Kasia.

- Powiedziała mi: Nie ma wieku na jazdę konną. Trzeba zacząć - dodaje Zbyszek.
- No i go podpuściłam. Co, mówię, boisz się?

Pora na własne

Tak się zaczęło dziesięć lat temu w Lubelskim Klubie Jeździeckim. Jak się Zbyszek nauczył jeździć, to postanowili, że chcą mieć własne konie.

- Mieszkaliśmy w domku pod Lublinem. Pomyśleliśmy, że kupimy dwa wałachy i będziemy je trzymać w stajni u znajomych - opowiada Kasia. Ale wałachów nie było, kupili klacz. Pech chciał, że drugi koń to też była klacz, tylko wysokoźrebna. Natychmiast z dwóch zrobiły się trzy. Z trzech koni zaczęło się robić więcej. - Wyszło na to, że dojeżdżanie do konia, to jakby cudzego psa na spacer wyprowadzał. Postanowiliśmy sobie coś kupić. Jakąś działkę - dodaje Katarzyna Żurawicz.

Na psach jeździł nie będę

Najpierw miały być dwa hektary, potem trzy. Potem się okazało, że może ze sześć warto kupić. - W końcu kupiliśmy prawie dwadzieścia. To było zrujnowane gospodarstwo. Stało opuszczone siedem lat. Nas interesował tylko przygraniczny teren - mówi Kasia i zaraz opowiada, że jej babcia, Alicja Mastalarczuk, urodziła się w Gardzienicach, gdzie pradziadek miał gorzelnię. I że zawsze lubiła otwarte przestrzenie.

Potem zobaczyli konie huculskie. - Dzieciaki chodziły im pod brzuchami. Rany boskie, co to się dzieje. Siedzę, siedzę, konie małe. Mówię sobie: na psach to ja jeździł nie będę! I mówię do żony: Wyjeżdżamy - wspomina Zbyszek.
- Mówię mu zaczekaj, zobaczymy co te koniki potrafią - mówi Kasia.
- Miała rację. Jak pierwszy raz wsiadłem na konia huculskiego, jak zobaczyłem jakie to dzielne, mądre i odważne stworzenie, to powiedziałem: innej rasy to ja w życiu już nie chcę.

Zakochaliśmy się w tych konikach - mówią jednym głosem. I tak z dwóch pierwszych koników zrobiło się prawie dziewięćdziesiąt.

30 000

Ile kosztuje hucuł?
- Wszystko zależy od hodowli, jak jest ułożony, co potrafi. Średnio wałacha można kupić z 3 tysiące. A można kupić za 30 tysięcy.
Trzeba mieć stajnię?
- Pomieszczenie, gdzie schowa się przed wiatrem. Hucułom nie szkodzi mróz. Byle nie było wiatru z deszczem. Pamiętajcie, że koniki huculskie zawsze żyły z ludźmi. Biedny Hucuł z dwunastką dzieci trzymał konika u siebie w kuchni.

Tusiek

Koń huculski to jest taki większy pies? - To jest "piesokot” - śmieją się nasi bohaterowie. - Jak pies wiernie będzie za człowiek szedł. Jak kot będzie się zawsze przymilał. Nigdzie nie widziałem takiego przywiązania do człowieka. Ogier Tuhaj Bej, dwukrotny champion Polski, najbardziej lubi oprowadzanki z dziećmi.

Jaki jest Tusiek? - Jak wsiądzie obcy jeździec, robi program minimum. Na zasadzie: kazali, to przejdę. Jak dosiadam go ja, zrobi dla mnie wszystko - tłumaczy Zbyszek. Tusiek trafił do nich przez przypadek. Zbyszek zajrzał na stronę ośrodka Odrzechowa, specjalizującego się w konikach huculskich i wypatrzył ofertę sprzedaży ogiera. Tuhaj Bej. - Bliski ideału. Myślę, coś z tym koniem jest nie tak, że go sprzedają. Zadzwoniłam. Pojechaliśmy - mówi Kasia.

Pojechali, załadowali Tuśka na przyczepę. I się zaczęło.

- Była zamieć śnieżna, łańcuchy na kołach, wjeżdżamy pod górę, nagle trzask, sprzęgło. Stoimy w połowie góry, z ogierem, którego nie znamy w przyczepie - ciągnie Kasia.

Biedne konisko

- Sobota wieczór, zamieć nas zasypuje. Myślę, to koniec. Dzwoni telefon w torebce. W słuchawce głos zootechnika z ośrodka, gdzie konie kupiliśmy. Pyta, czy wyjechaliśmy pod górę. Wysłała po nas ciągnik. Przyjechało monstrum na kołach. Koło było większe od naszego cherokee. Załadowali Tuśka na lublinka i pojechaliśmy do nas - opowiada Kasia. - Piąta rano, ciemna noc, zaspy i zawieja. Wysadzili nas przy szosie. Wszystko co było w tym chryslerze naszym, musieliśmy przepakować na Tuśka.

Co Tusiek na to? - Patrzył na te siodła, bandę reklamówek, którymi go obwiesiliśmy. Termos, troczki. Biedne konisko cały nam ten majdan przetransportowało. Tylko wzdychał po drodze, co tu za poniewierka go czeka - mówi Kasia.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!