sobota, 10 grudnia 2016 r.

Magazyn

Indeks podany za kraty

Dodano: 12 grudnia 2002, 14:02

Zakład Karny w Zamościu. Drzwi w murze nie mają klamki, z wieżyczek wartownicy uważnie lustrują wnętrze czworoboku. - Gdy zakład karny ma takie właśnie wieżyczki, to coś znaczy - stwierdza dyrektor Marian Puszka. Co znaczy?

Drzwi wejściowe zamykają się za mną z hukiem. Brzęczy pęk kluczy w rękach wartownika. Zatrzaśnięta krata wydaje taki sam przykry dźwięk jak w filmie. A nawet bardziej przykry, bo to jest życie.
Niewielki, estetycznie urządzony barek. Młoda para pije herbatę, mała dziewczynka bawi się między nimi. Pozornie wszystko w porządku. Tylko on co raz patrzy na zegarek. Odmierza czas. Za 20 minut wróci do celi. Kobieta z dzieckiem odejdzie. Na wolny świat. On może wyjdzie stąd za 10, może za 15 lat. Co zapamięta dziewczynka?
Dwa kolory - zielony i orzechowy
Wychowawca kapitan Janusz Kopaczewski prowadzi mnie obok spacerniaka - dużej klatki z metalowych oczek - do drugiego budynku. Do młodego chłopaka, który, mimo wszystko, ma nadzieję zacząć nowe życie po odsiadce.
Zakratowane wejście. Szczęk kluczy, zgrzyt otwieranej od wewnątrz kraty. Wąski korytarz w jednej części pomalowany na zielono, na prawo i lewo drzwi z zakrytymi judaszami, potężnymi zamkami.
- Tu siedzą aresztanci z domniemaniem niewinności - wyjaśnia.
• Nie winy?
- Nie. Musimy zakładać, że ktoś, kto trafi do aresztu, jest niewinny.
• I ma nadzieję na wyjście. I dlatego tu ściany są zielone? W kolorze nadziei?
- Tak - potwierdza kapitan i po przejściu paru metrów znów stajemy przed ciężką kratą. Za nią korytarz ma kolor jasnego orzecha. Kolor beznadziejny, przygnębiający. Jak życie w tej części budynku.
Wrócą tu albo gdzie indziej
Po otwarciu kolejnej kraty "przejmuje” nas starszy sierżant Jacek Chęciński. Wyposażony jedynie w pęk kluczy i telefon. Kabury z bronią nie ma. Jest instruktorem i mistrzem sztuki walk Wschodu. Pilnuje 28 cel - 150 więźniów. Cały czas chodzi. Korytarz, krata. Kolejny odcinek - krata. Załamanie korytarza, krata. Klucze, zamki, otwieranie, zamykanie, spojrzenie w oko judasza.
- Jeśli więzień coś chce, dobija klapę, czyli po prostu wali w drzwi. Co może chcieć? Na przykład: widzieć się z psychologiem, porozmawiać z wychowawcą, wezwać lekarza. W ciągu minionych 4 lat nie musiałem interweniować czy wzywać pomocy. To też zależy od pozycji, jaką oddziałowy sobie wypracuje.
Właśnie więźniowie wynoszą śmiecie z cel. Oddziałowy otwiera drzwi, jeden ze skazanych wychodzi z workiem i wrzuca go do pojemnika na korytarzu, wraca. Szczęk zamykanej zasuwy. Sierżant otwiera kolejne drzwi...
- Zaraz wyjdą grypsujący - wyjaśnia na boku Janusz Kopaczewski. - Nie rokują - według mnie - żadnej nadziei na resocjalizację. Wrócą tu albo gdzie indziej. Najgorsza, nieprzewidywalna kategoria skazanych - młodociani.
W świetle korytarza widać muskularnych, wytatuowanych młodych ludzi, ogolone głowy. Chowają się przed obiektywem - mają do tego prawo. Wyglądają na bardzo pewnych siebie.
Najwyższy śpi najniżej
W celi, która ma tylko sześć prycz, jest luźno. Z reguły jest ich 8-12 - piętrowe, narzucone kocami, obwieszone obrazkami świętych lub gołych panienek w seksownych pozach.
Właśnie niedawno roznoszony był obiad - grochówka i pulpety w metalowych miskach.
- Najwyższy w hierarchii zajmuje dolną pryczę. Nie, sprężyny nie skrzypią, bo ich nie ma. Zostały usunięte, gdyż zdarzały się połyki. Wstawiono deski. Piętnowani są i najniżej stoją pedofile, gwałciciele dzieci, homoseksualiści. Ustalanie hierarchii, zasad, reguł, drugie życie zaczyna się w celach po dwudziestej drugiej. Czy ingerujemy? Oczywiście - zapewnia oddziałowy.
Obok pryczy stoi mężczyzna o przyjaznym, niewinnym spojrzeniu i twarzy okrytej zmarszczkami. Wzbudza zaufanie. Trzeba sobie dopiero przypomnieć, gdzie się jest.
- Szczerze mówiąc, nie chcę nawet myśleć o tym, kto za co jest skazany - rzuca Jacek Chęciński. - Nie chcę się uprzedzać.
Co robią przez dzień?
- Do niczego ich zmusić nie można. Jeśli nie zechcą, nie wychodzą z celi. Mogą też korzystać z różnych zajęć sportowych albo kulturalnych - mówi Janusz Kopaczewski, wychowawca.
Labiryntem korytarzy poprzegradzanych kratami schodzimy na najniższą kondygnację. Tu, obok sali ze stołem ping-pongowym, kaplicami (katolicką i prawosławną), małe pomieszczenie. Jeden z więźniów stoi przed sztalugami. Maluje papieża. Utalentowany przestępca zza wschodniej granicy - i obraz Ojca Świętego...
W głębi korytarza biblioteka. 15 tysięcy voluminów. Za nienowym biurkiem drobny chłopak w okularach, krótko ostrzyżone włosy, bluza w kratę. Nerwowo skubie palce. Wyrok: 8 lat.
Start na złym torze
• Powiedz coś o sobie.
- Nie chcę. Nie będę nic mówić. Nie chcę tego wspominać - odwraca głowę.
• Podobno chcesz studiować. Dlaczego?
- Bo mam nadzieję. Jak skończę tu studia, to po wyjściu będę miał jakąś przyszłość.
• Co robiłeś przed "tym”?
- Zaliczyłem dwa semestry WAT.
• I co się stało?
Pochyla głowę. Pochodzi z tak zwanej dobrej rodziny. Ojciec był lekarzem, matka związana ze służbą zdrowia. To, że znalazł się tu, nie znaczy, że nie oczekuje pomocy. A może potrzebuje jej tym bardziej.
- Chodziłem z dziewczyną. Przyjechałem do niej i okazało się, że mnie zdradza - mówi niechętnie, cicho i jakby wstydził się tego, że zależało mu kiedyś na niej. - Pokłóciłem się z nią ostro i miałem wyjechać. Pomyślałem jednak, że możemy rozstać się w zgodzie i wróciłem. Był tam on i kilku jego kolegów. Wywiązała się bójka. Najpierw z nim, później oni chcieli mnie zaatakować...
Zapada cisza. I to już, koniec. "Tylko” bójka? To za co te osiem lat?
- Wtedy ugodziłem nożem... - wyrzuca z siebie. I zaraz dodaje: - Ale on przeżył.
Miał 20 lat. Młodziak, który na życiowym starcie wbiegł na zły tor. Wkrótce zmarła matka. Odwrócili się dawni przyjaciele. Został sam. Choć - paradoksalnie - w więzieniu najtrudniej być samemu. Intymność to towar luksusowy i tu nie należy się go spodziewać. Samotność to co innego.
- Od początku chciałem kontynuować studia. Zwróciłem się do WAT, ale to za daleko, ja nie mam prawa do przepustki. Napisałem podanie do Wyższej Szkoły Zarządzania i Administracji w Zamościu. I wyrazili zgodę. Już mam indeks, legitymację. Jeden z moich kolegów przyniósł mi sylabusy.
• To kosztuje...
- Mam rentę po rodzicach.
• Czy gdybyś wyszedł na przepustkę, powiedzmy - na wykłady, to byś nawiał?
Dziwi się, że można zadać tak naiwne pytanie.
- Za dużo mam do stracenia - mówi poważnie. - Za dwa lata mogę się ubiegać o kasację. A wtedy już prawie będę miał licencjat w kieszeni.
• To znaczy, że jednak planujesz przyszłość?
- Jak każdy człowiek. Ale nie są to plany odległe, takie jak założenie rodziny, bo tutaj czas się dłuży, kiedy się na coś czeka. Więc na razie chcę skończyć studia. Po wyjściu może bym wrócił na WAT, na cybernetykę.
Jaki piękny świat!
Wracam labiryntem korytarzy poprzedzielanych kratami, które ze szczękiem zatrzaskują się za mną. Szara, byle jaka ulica przed więzieniem jest piękna...






Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO