sobota, 25 marca 2017 r.

Magazyn

"Jak rodzice pili, to nikt mnie nie przypilnował"

Dodano: 23 grudnia 2010, 16:47

Jak rodzice pili, to nikt mnie nie przypilnował. No i było tak, że śniadania nie zjadłem, lekcje nieodrobione, brudne ubranie... Wolałem nie iść do szkoły niż się rzucać w oczy. Godzinami błąkałem się po osiedlu i zawsze jakieś zwierzę się do mnie przyplątało. A to pies, a to kociak. Zazwyczaj głodne, chore, z cierpieniem w oczach. Brałem je ze sobą, leczyłem, karmiłem i szukałem domu. Dobrego domu. Chciałem, żeby było im w życiu lepiej.

Z dzieciństwa najbardziej pamiętam alkohol. Rodzice mieli takie cugi: tydzień pili i tydzień nie pili, potem znowu tydzień picia i przerwa. Pili obydwoje, ale mama się z tym trochę kryła, a ojciec nie. Nie mogę powiedzieć, że byłem dzieckiem zaniedbanym, bo jak były pieniądze, to najpierw kupowali jedzenie, a dopiero potem wódkę. Ale jak pili, to już pili. Dokąd były pieniądze. Dokąd było co wynieść z domu.

Strach

Jak byłem mały, to najgorszy był strach, że ojciec zbije mamę. Spałem z nogą od stołu pod poduszką, żeby w razie czego ją obronić. Mnie ojciec nie bił, ale na kolana też nigdy nie wziął. Najwięcej to chyba brat się mną zajmował. Karmił, przewijał, robił to wszystko, co normalnie robią rodzice. Mama mnie rozpieszczała, bo byłem jej najmłodszym synkiem.

Prosiłem ją: Nie pij, mamo. Mówiła: Nie będę, nie będę... Ale wystarczyło, że wyszedłem z domu, a ona już sztywna leżała. Mówiła, że wódka jest silniejsza od niej.

Wstyd

Wstyd pojawił się szkole. Byłem gorzej ubrany, nie miałem takich zabawek jak koledzy. Ale tym się tak bardzo nie przejmowałem. Największy wstyd był, kiedy mama na kacu przychodziła po mnie do szkoły. Rodzice wiedzieli, że się wstydzę, to wysyłali po mnie sąsiadkę. Po innych przychodzili rodzice, a po mnie sąsiadka. To już wolałem sam wracać do domu.

Zazdrość

Poza tym, nie czułem się gorszy od kolegów. Nie było wycieczki, ani wyjścia do kina, które by mnie ominęło. Rodzice kolegów zawsze składali się na mój bilet albo wyjazd. I to było takie normalne, nikt mi nie dał odczuć, że jestem biedny. Miałem przyjaciela Andrzeja. Jego rodzice zabierali mnie do siebie na działkę. Jechaliśmy samochodem, a jego mama odpytywała nas z tabliczki mnożenia. Cały drogę się nami zajmowała. Jak ja mu tego zazdrościłem! Że ma taki normalny, poukładany dom. Że nie musi się martwić, co w tym domu zastanie po powrocie ze szkoły. Bo u mnie to nigdy nic nie było wiadomo.

Złość

Uczyłem się w miarę dobrze i byłem grzecznym chłopcem. Wychowawca kiedyś nawet powiedział: Żeby wszystkie dziewczyny były takie grzeczne jak Norbert.

Ale w trzeciej klasie zacząłem opuszczać lekcje. Jak rodzice pili, to nikt mnie nie przypilnował. No i było tak, że śniadania nie zjadłem, lekcje nieodrobione, brudne ubranie... Wolałem wcale nie iść do szkoły, niż się rzucać w oczy. Wtedy pojawiała się złość: Dlaczego ja? Dlaczego ja tak muszę żyć?! Bawimy się z chłopakami na podwórku, mamy wołają ich na obiad. A mnie nikt nie woła. Udawałem, że też idę na obiad, szedłem do domu i robiłem sobie kanapkę.

Niemoc

Zacząłem się sam wychowywać, bo nie miał kto. Co jest dobre, a co złe? Nikt mi tego nie mówił, nie uczył życia. Mama był taka bezradna, sama o siebie nie potrafiła zadbać. Kiedyś patrzę, a z niej lecą skrzepy krwi. Błagałem, żeby poszła do lekarza. W końcu zaprowadziłem ją do przychodni. Wyszła zapłakana. "Mamo, to rak?” – spytałem.

Powiedziała, że żyje tylko dla mnie i będzie walczyć. Umarła dwa i pół roku później. Miałem wtedy dwanaście lat. Nic mogłem jej pomóc, nic już nie mogłem zrobić. Patrzyłem jak umierała.

Rozpacz

To, że mamy już nie ma, do końca do mnie nie dotarło. Nic nie czułem, jakby mi zablokowało emocje. Może tak wygląda rozpacz?
Po śmierci mamy wszystko jakby się skończyło i zaczęło zarazem. Ojciec pił już codziennie. Obaj bracia też pili. Pili, bili mnie, a ja nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. W domu była regularna melina. Ktoś wchodził, ktoś wychodził, a ja im się tylko plątałem pod nogami.

Samotność

To było dziesięć miesięcy po śmierci mamy. Jedną noc spędziłem na drzewie obok bloku, cztery następne koczowałem u sąsiadki. Piątego dnia spytałem sąsiadkę, gdzie przyjmują kuratorzy. Spakowałem swoje rzeczy w reklamówkę i poszedłem na Okopową szukać kuratorów. Powiedziałem, że w domu jest przemoc i picie i żeby mnie zabrali do domu dziecka. Kuratorka zrobiła wielkie oczy. Chyba nie zdarzyło jej się, żeby jakiś trzynastolatek z własnej woli chciał iść do domu dziecka. "Za fajny jesteś, żeby cię oddać do pogotowia opiekuńczego” – powiedziała.

Była bardzo miła, poczęstowała mnie czekoladą, a potem zawiozła mnie do pogotowia dziecięcego na Pogodną w Lublinie. Stamtąd zadzwoniłem do sąsiadki i powiedziałem, gdzie jestem. Okazało się, że nikt mnie nie szukał, ojciec i bracia nawet nie zauważyli, że mnie nie ma. Pamiętam ten dzień, to był 14 kwietnia 2006 roku. Poczułem, że jestem sam.

Spokój

W pogotowiu dziecięcym spędziłem najlepsze dni w swoim życiu. Wreszcie mogłem spokojnie przespać noc. Nikt mnie nie budził, nie wyganiał z domu. Co to była za ulga...

Byłem tam z małymi dziećmi, takimi 3- i 4-letnimi. Opiekowałem się nimi jak starszy brat, jak ojciec. Czułem się potrzebny. Strasznie je polubiłem, a one nie mogły się ode mnie oderwać. Mówiły do mnie "tato”. Gdy zabrali je do adopcji, nawet się z nimi nie pożegnałem. Strasznie wtedy płakałem. Znowu coś się skończyło.

Tęsknota

Potem zabrali mnie z pogotowia na "trzecią rodzinkę”; to taka grupa, gdzie dzieci uczą się samodzielności. Tam też mi się podobało, bo byłem jeszcze w miarę niezależny. Problemy zaczęły się, gdy przenieśli mnie do kolejnej grupy. Pierwsza ucieczka, druga, trzecia…

Sporo tych ucieczek było, może z dziesięć, a może więcej. Uciekałem, bo nie mogłem dostosować się do zasad, bo uważałem, że lepiej wiem, co jest dla mnie dobre. Dotąd sam się wychowywałem i sam sobą rządziłem. A teraz musiałem słuchać innych.

W nowej szkole izolowałem się od rówieśników, czułem się wyobcowany. W trzeciej klasie gimnazjum robiłem tak, że wychodziłem do szkoły, a jechałem do domu.

No, ciągnęło mnie do domu... Tęskniłem. Tęskniłem coraz bardziej.

Lęk

8 września 2008 roku ojciec, pijany na umór, spadł ze schodów. Miał pękniętą czaszkę, krwiaki na mózgu. Był w śpiączce. Lekarz powiedział, że w każdej chwili może umrzeć. Całymi dniami siedziałem przy nim w szpitalu. Strasznie, tak strasznie bałem się, że umrze… Nie wróciłem już do domu dziecka. Czekałem, aż ojciec się obudzi.

W domu zastałem straszny widok. Wszystko porośnięte brudem, odór taki, że nie dało się wejść. Meble gniły z brudu, w garnkach rosła pleśń. Trzy dni szpachelką skrobałem podłogę. W maseczce chirurgicznej wynosiłem zarobaczone i spleśniałe graty. Szykowałem dom na powrót ojca.

Odpowiedzialność

Przywiozłem go do domu po dwóch miesiącach. Nie chodził, był częściowo sparaliżowany. W opiece społecznej zaproponowali, że załatwią mu ośrodek. Nie pozwolę, powiedziałem, żeby mój ojciec tułał się po opiece. Kupiłem mu wózek i załatwiłem pomoc z MOPR. Nauczyłem się gotować. Myłem ojca, karmiłem, woziłem do lekarza. Zajmowałem się nim jak dzieckiem. Pilnowałem, żeby nie pił i brał lekarstwa. Przyjechali po mnie kilka razy, zabrali do domu dziecka. Ojciec jest chory, potrzebuje opieki, moje miejsce jest przy nim – tłumaczyłem. I przy pierwszej okazji uciekałem do domu.

To było takie życie w zawieszeniu, w ciągłej niepewności, że po mnie przyjadą i zabiorą. Wydawało mi się dziwne i bezsensowne, żebym wracał do domu dziecka. Przecież byłem głową rodziny, o wszystko sam musiałem zadbać. Co stanie się z ojcem, gdy mnie nie będzie? Kto zadba o dom? O nasze zwierzęta?

Współczucie

No właśnie, zwierzęta. Niechętnie o nich mówię, żeby ktoś nie pomyślał, że robię z siebie świętego Franciszka. Ale faktycznie mam szczęście do różnych bożych sierot, zawsze się jakaś do mnie przyplącze. Przez mój dom przewinęło się 46 psów i 12 kotów. Wszystkim znalazłem właścicieli. To jest coś takiego, że jak widzę bezdomne, cierpiące zwierzę, to muszę, po prostu muszę się nim zająć.
Było czasem tak, że sobie nie kupiłem jedzenia, a psa do weterynarza zawiozłem i zapłaciłem za leki. Świat jest tak urządzony, że w tym całym łańcuchu na samym końcu są takie istoty jak ja, a jeszcze za mną skrzywdzone przez los zwierzęta. Kto im pomoże, jak nie ja?

Nadzieja

22 grudnia skończyłem 18 lat. Choć moje dzieciństwo skończyło się dawno temu, to jednak długo czekałem na ten moment. Jestem dorosły. Już się nie muszę ukrywać, nie muszę uciekać. Marzeń nie mam. Mam plany: wrócić do szkoły, znaleźć pracę. Wyrwać się z tego miejsca, w którym jestem.

I jest jeszcze nadzieja: że wreszcie zacznę normalnie żyć.


Czytaj więcej o:
Piotr
Mika
iyih
(34) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Piotr
Piotr (31 marca 2011 o 18:05) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Bardzo Ci spółczuję dzieciństwa !!!!!!!!!!!!!
Rozwiń
Mika
Mika (21 stycznia 2011 o 14:31) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Pisząc takie słowa, nie zasługujesz, aby nazywać Cię "człowiekem". Dotyczy to również osoby o pseudo Gosc z przedostatniego komentarza. Zróbcie sobie rachunek sumienia i zastanówcie się, ile razy Wam pomagano! Ale zapewne Wasze EGO nie pozwala przyznać się do tego! Norbertowi warto pomóc, bo to ludzie tzw. dorośli zgotowali Mu ten los. A tak na marginesie: dorosłość zobowiązuje. Więc się na przyszłość zastanówcie, zanim napiszecie głupotę.


[quote name='iyih' timestamp='1295614233' post='427121']
wes mu niepomagajcie bo to dziad
[/quote]
Rozwiń
iyih
iyih (21 stycznia 2011 o 13:50) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
wes mu niepomagajcie bo to dziad
Rozwiń
gosc
gosc (21 stycznia 2011 o 13:48) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
niech sie wali niepomagajcie mu
Rozwiń
Mika
Mika (31 grudnia 2010 o 22:36) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Ludzie, całego świata nie zbawimy, ale możemy pomóc temu chłopcu. Warto! Mniej gadania a więcej czynów.
Rozwiń
Zobacz wszystkie komentarze (34)

Pozostałe informacje

Alarm 24