czwartek, 21 września 2017 r.

Magazyn

Jerzy Rogalski: Od "Jak rozpętałem drugą wojnę światową" do "Róży"

Dodano: 17 lutego 2012, 12:59

Jerzy Rogalski (Wojciech Nieśpiałowski)
Jerzy Rogalski (Wojciech Nieśpiałowski)

"Róża” jest bardzo trudnym filmem o miłości, który rozrywa serce. – Ten film oczyszcza, pozwala zrozumieć miłość – mówi Jerzy Rogalski, który w najnowszym filmie Smarzowskiego gra Fryzjera.

• Przez ostatni weekend można było w telewizji zobaczyć Jerzego Rogalskiego aż 28 razy. Od roli w "Chłopach”, przez "Kogel-Mogel”, "07 zgłoś się” po "Plebanię”.

– Aż tyle? Nie wierzę. Dziwię się, bo ja nie jestem aktorem filmowym. Zgadza się, zagrałem kilkadziesiąt epizodów, były nawet większe role, ale ja jestem tylko aktorem epizodu. I w filmie, i w teatrze. Kiedy byłem w szkole to mój wykładowca, Witold Zatorski, który robił z nami dyplomowe przedstawienie "Wiele hałasu o nic” Szekspira zamiast obsadzić mnie w jednej z głównych ról (co sobie wymarzyłem) – wyczytał na pierwszej próbie: "Strażnik II – Jerzy Rogalski”.

• Co ty na to?

– Byłem wściekły. Tak się zdenerwowałem, że wybiegłem z próby w ataku histerii, schowałem się na strychu, poobgryzałem palce ze złości. Ktoś mnie znalazł, sprowadził na próbę.. Odbyły się próby, premiera. Po premierze miałem więcej wyrazów sympatii publiczności, niż koledzy, którzy zagrali główne role. Reżyser to zauważył, podszedł, trącił mnie łokciem i mówi: "No i co?”. Wyszło na to, że jako pedagog bardzo mądrze postąpił.

• Dlaczego?

– Ponieważ wiedział, że mam warunki takie, jakie mam. Nie nadawałem się na amanta czy herosa, ale do charakterystycznych ról. Dziś wiem, że epizod jest trudnym zadaniem. Dostajesz swoje 10 minut i musisz zaistnieć. Czasem epizod potrzebuje większego wkładu pracy niż duża rola.

• Pierwszy epizod zagrałeś w filmie "Jak rozpętałem drugą wojnę światową”?

– Byłem wtedy na drugim roku studiów. Andrzej Wohl, który był asystentem reżysera Tadeusza Chmielewskiego, wypatrzył mnie i zaangażował do małego epizodu. Zagrałem pastucha. Potem wystąpiłem w jego kolejnym filmie "Wiosna panie sierżancie”. Zauważyli mnie kierownicy produkcji, zacząłem grać, dzięki temu znalazłem się w "Chłopach” Reymonta.

• Poopowiadaj o doświadczeniach podczas pracy na planie "Chłopów”?

– Po pierwsze spotkałem tam plejadę polskich aktorów. Borynę grał Władysław Hańcza, moją matką była Jadwiga Chojnacka, Mieczysław Czechowicz był moim bratem, Emilka Krakowska zagrała Jagnę, Gogolewski grał Antka. Trochę ich podglądałem. Film kręciliśmy w Lipcach Reymontowskich, zaprzyjaźniliśmy się z całą wsią.

• Po roli w "Chłopach” ludzie zaczęli cię rozpoznawać?

– Nie, skądże. Ale nigdy nie zapomnę wspólnej pracy z największymi polskimi aktorami. Na przykład zdarzyło mi się pracować z Gustawem Holoubkiem.

• W jakim filmie?

– W "Pejzażu z bohaterem”. Byłem na czwartym roku, grałem ucznia Holoubka. Byłem krnąbrny, w jednej ze scen łapał mnie za frak i siłą wyrzucał na bok. Ponieważ nie miał tyle siły, żeby usunąć mnie z furtki (nie chciałem wpuścić go do swojego domu), pokazywał mi jak to trzeba zagrać. I poleciałem na cztery metry, a on się nie naszarpał. Pamiętam, że zaczęliśmy się wtrącać do scenariusza, chcieliśmy zmieniać tekst, podszedł do nas, pokiwał głową i powiedział "Oj wy młodzi, wy wszystko wiecie”. I zamknął dyskusję. Był mistrzem. Dawał nam taki kontakt, że rola sama się grała. Nie czułem grania. To było coś fantastycznego, zdarzało mi się to bardzo rzadko.

• Na panie filmu "Wiosna panie sierżancie” miałeś narzeczoną?

– Moją narzeczoną grała Małgosia Pritulak, żona Zdziśka Wardejna. Oni byli wtedy młodym małżeństwem, ja w wolnych chwilach woziłem ją na łódce po Wiśle. Wardejn był chyba zazdrosny... Jak się spotykaliśmy po latach w Nadrzeczu koło Biłgoraja, Małgosia mówi "O mój narzeczony!”. Na planie tego filmu poznałem Tadeusza Fijewskiego, który bardzo się nami młodymi opiekował, dbał o zakwaterowanie, dobre gaże, dopytywał, czy jest nam dobrze.

• W "Lalce” Prusa zagrałeś studenta medycyny.

– Bronisław Pawlik uczył mnie, jak mam mdleć. – Niech pan się kiwa na lewo, na prawo, nie do kamery. Wtedy będzie bardziej wyraziste – mówił. Praca w "Lalce” była moim pierwszym spotkaniem z Rysiem Berem.

• W "Lalce” zasłynąłeś ze sceny, w której ruszałeś uchem?

– Kiedy przeczytałem o tym w scenariuszu, zacząłem kombinować, co tu zrobić. Trenowałem, trenowałem, nic z tego nie wychodziło. Ucho trochę się ruszało, do dziś potrafię nim ruszać, ale to było wszystko za mało. Któregoś dnia siadłem przed lustrem, przykleiłem sobie do ucha plaster, pod nim był sznurek, poprowadziłem go pod kołnierzem, rękawem, ucho się ruszało. Pojechałem na plan, a tu charakteryzator wyciąga koński włos, chce przekłuwać mi ucho. Pokazałem im ucho na sznurku, dodali mi szalik, poszło. Ale ucho to jeszcze nie wszystko.

• Co po uchu?

– Miałem scenę, w której przewracałem oczy udając trupa. Na plan przyjechała lekarz okulista, zakropiła mi oczy, wsadziła sztuczne bielmo. Grałem normalnie, na przebitce miałem bielmo. Było to kłopotliwe, ponieważ przez trzy godziny musiałem mieć oczy zamknięte.

• W "Lalce” doszło do niebezpiecznych scen?

– Z krzesłami. Spuszczali mnie na krzesełku z trzeciego piętra. A ja mam lęk wysokości. Jak ja się bałem… Udało się przez przypadek. Poprzedniego dnia miałem w Lublinie wesele. Wypiłem ze cztery kieliszki wódki. Rano nie czułem się pewnie. Pojechałem na zdjęcia. Czekamy na te zdjęcia, czekamy, minęła druga, przyszedł kierownik i mówi, że dziś już zdjęć z krzesełkiem nie będziemy robić. A, że siedzieliśmy w kawiarence, która była obok kamienicy, w której mieli mnie spuszczać, to zamówiliśmy ze Zdziśkiem Wardejnem, Piotrkiem Skargą i Jurkiem Bończakiem po kieliszeczku koniaczku. Potem po następnym, a tu przychodzi kierownik i mówi: Panowie, zdążymy jeszcze zrobić. Założyli mi alpinistyczne szelki, siadłem na krześle, spokojnie zjechałem w dół, po drodze jeszcze zacząłem się czesać. Na pełnym luzie. Aż Ber krzyczał: "Uspokój się, nic nie graj, tylko siedź”. Ale następnego dnia trzeba było zrobić te same zdjęcia z drugiej strony. Tylko że ja już zupełnie wytrzeźwiałem. I zaczęły się schody. Nie dali rady skręcić, miałem obłęd w oczach. Nie do opanowania. Poprosiłem o pauzę, skoczyłem do kawiarni, wypiłem kieliszeczek koniaczku, opanowałem strach i zagrałem. Zaraz potem krzesełko się rozpadło. Pytam: "Panowie, no jak?”. "Byłeś zamocowany, byś nie spadł” – odpowiedzieli mi kaskaderzy.

• Kolejne epizody?

– Następnie zagrałem w serialu "Popielec” wyreżyserowanym przez Ryszarda Bera.

• Prawdziwą popularność przyniosła ci rola porucznika Jaszczuka w serialu "07 zgłoś się”?

– Wtedy występowałem w kabarecie "Loża 44”. Z pracy w serialu zrezygnował Zdzisław Kozień, ponieważ nie chciano zwolnić go do telewizyjnego spektaklu "Emigranci” Mrożka. Reżyser Krzysztof Szmagier znał mnie, zauważył mnie w Loży, wymyślił, że zagram nierozgarniętego politruka. Pojechałem na plan, chcieli mi zrobić bliznę, skrzywić nos, powiedziałem, że jestem wystarczająco charakterystyczny. Zapytałem, jak mam grać? – Tak masz grać, żeby ci sąsiad na wycieraczkę narobił – usłyszałem. To były czasy, w których Zomo i Milicja Obywatelska była wrogiem numer 1. Zagrałem ostro, grubą kreską, w kontraście do świetnego Borewicza, u którego na posterunku wisiał plakat Kojaka. W jednym z odcinków mieli nas spuszczać z helikoptera. Na początku miał być kaskader, ale Sławek zdecydował, że zagramy bez kaskadera. Wsiadł i zjechał, ja się bałem, wywiązała się scenka, która weszła do filmu.

• Pierwsze reakcje ludzi na rolę Jaszczuka?

– Wrogie. Kiedy spowszedniałem, było lżej. Przestałem być "Pikusiem” z kabaretu Loża. Po latach jechałem w Lublinie autobusem i jedna dziewczyna mówi do drugiej: Popatrz, to ten porucznik Jaszczuk. Który? No ten, w brązowej, skórzanej kurtce. Nie, to nie Jaszczuk. Tamten był młodszy.

• Jak porucznik Jaszczuk trafił na "Plebanię”?

– To miał być epizod, z którego zrobiła się duża rola Pana Tośka, którą grałem przez 10 lat. Ludzie mi bardzo kibicowali. Idę któregoś dnia ulicą Braci Wieniawskich, przechodzę przez przejście z rowerkiem, napada mnie jakiś facet i krzyczy: Panie, co pan wyprawiasz? Pytam, o co mu chodzi? Panie, ja oglądam "Plebanię”, co pan wyprawiasz? Ale o co chodzi? Panie, pan mi się nie podobasz. Pan nie jesteś mężczyzną. Ta Potocka to bardzo ładna kobita, czego się pan z nią nie żenisz? Panie, rozkładaj pan warsztat, rób pan dziecko i już. Po kolejnych odcinkach ktoś rzucił mi na ulicy: Panie, graj pan tę rolę jak najdłużej, bo tu u nas na Czechowie to same Tośki mieszkają. Takie same jak pan.

• Ważna rola?

– Tak. Jestem z niej zadowolony. Któregoś dnia wracałem z Warszawy pociągiem, całą podróż przegadałem z młodą kobietą. Nawet dała mi wizytówkę, nie spojrzałem, dopiero w domu wziąłem okulary i czytam: Grażyna Tosiek – jasnowidz.

• Co dalej?

– Z "Plebanii” Wojtek Smarzowski wyciągnął mnie do swojego "Wesela”, gdzie zagrałem duży epizod. Zagrałem weterynarza Mundka. Potem Wojtek przysłał mi pierwszą wersję scenariusza do swojego kolejnego filmu "Dom zły”. Spodobał mi się. Miałem grać jednego z policjantów, po zmianie scenariusza zagrałem weterynarza.

• Mówiłeś już o mistrzach. Czego nauczyłeś się od Smarzowskiego?

– Fantastyczny człowiek. Kontaktowy. Wrażliwy. Świetnie pracujący z aktorem. Delikatny, naprowadzający. Przed zdjęciami były rozmowy, próba tworzenia postaci, wymyślanie scen. Jego scenariusze są dobrze pomyślane, bardzo precyzyjne, w dodatku Wojtek bardzo trafnie obsadza aktorów. Ma dobrego nosa i talent do animowania aktorów. I dar współpracowania z całą ekipą. Świetny reżyser. Przerasta innych o głowę.

• Zagrałeś w "Róży”, bo?

– Grałem w jego wcześniejszych filmach, zaprzyjaźniliśmy się. Zagrałem fryzjera, który wyszedł z obozu koncentracyjnego, tam się nauczył strzyc ludzi. Wraca na Mazury po wojnie, umie tylko strzyc, zostaje fryzjerem. Musiałem nauczyć się golić ludzi brzytwą. Kiedyś w filmie Bera "Droga” według Myśliwskiego brzytwą golił mnie Jurek Radziwiłowicz. Teraz ja musiałem golić brzytwą brody. To była początkowa scena filmu.

• Obejrzałeś film?

– Wojtek to jest majster, najlepszy polski reżyser. Zrobił bardzo ważny film.

• To jest film o miłości?

– Są w filmie sceny brutalne, przerażające. Między bohaterem a Różą rodzi się miłość. To jest piękny film o miłości. Porażający. Skromny, prosty, prawie bez muzyki. Film, po którym człowiek odnajduje swoje miejsce. Zresztą, ja ten film przeżyłem bardzo osobiście.

• Dlaczego?
– Jak przeczytałem scenariusz, pomyślałem o moich rodzicach. Jak się zaczęła wojna mieli po 18 lat. Zostali wywiezieni na roboty do Niemiec. Uciekali sześć razy z więzień. Nie byli wówczas małżeństwem, udawali je, żeby przetrwać. Łączono ich zawsze razem, bo wydawało się Niemcom, że będą łatwiejsi do upilnowania.. W końcu po " szkoleniowym obozie” wywieziono ich na roboty do Niemiec. Po wojnie zostali na ziemiach odzyskanych. W takich warunkach rodziła się ich miłość. Pamiętałem opowieści rodziców o wzajemnym ratowaniu się przed głodem czy śmiercią. To piękny film o prawdziwej miłości.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!