wtorek, 12 grudnia 2017 r.

Magazyn

Karetką do Jezusa

  Edytuj ten wpis
Dodano: 31 maja 2007, 15:27

Zanim figura Jezusa zawisła nad ołtarzem, została prześwietlona przez... lekarzy.

Zanim kasza gryczana trafiła na stół Ojca Świętego, próbowali jej panowie w czarnych płaszczach. Zanim papież odpoczął na lubelskich Czubach, siostry zakonne głowiły się, skąd załatwić materiał na zasłony do pokoju. Tak 20 lat temu szykowano się do wizyty Ojca Świętego w Lublinie.

- O tu jestem, tu - siostra Łucja Tańska pokazuje na fotografii malutką postać, na tle tysiąca innych, które przybyły na mszę świętą odprawianą przy parafii św. Rodziny w Lublinie.
Na innych zdjęciach siostra jest już znacznie bliżej Karola Wojtyły. Miała to szczęście, że znalazła się wśród stu osób, które przyjęły komunię z rąk papieża. Szczęściem dla niej było także to, że mogła uczestniczyć w przygotowaniach do wizyty. - Zostałam wydelegowana przez arcybiskupa Bolesława Pylaka. Pani sobie wyobraża, jaka byłam wtedy szczęśliwa? Ja, właśnie ja, zostałam wybrana - wspomina. - A muszę przyznać, że wcześniej zazdrościłam matce Róży, jednej z naszych betanek, że miała przyjemność spotkać się z Ojcem Świętym.

Dałam radę

Siostra miała na głowie wszystkie obowiązki dotyczące przygotowania parafii. O tym, że papież odwiedzi Lublin i parafię św. Rodziny w Lublinie, dowiedziała się w styczniu. Mieszkała wtedy przy parafii; była zresztą jedyną osobą tu zameldowaną. - I to na ulicy, której jeszcze nie było. Wtedy nazwali ją ul. Przełom - śmieje się siostra. - Później ulicę nazwano Jana Pawła II.
Już w zimie zaczęła się intensywna praca. - Trzeba było pomyśleć o wyposażeniu pokoju, przyjęciu papieża - wylicza. - Było mnóstwo spraw organizacyjnych. Musiałam się nakombinować, jak zdobyć materiały na zasłony. A wtedy niczego w sklepach nie było. Trzeba było chodzić i spod lady załatwiać. Ale dałam radę. Bo ja mam takie zdolności.

Kablem z Lublina do Moskwy

9 maja, na miesiąc przed pielgrzymką, na korytarzu parafialnym pojawiła się kobieta z bukietem kwiatów w ręku. Chodziła, chodziła... i chodziła. Przez kilka godzin. - Byłam przekonana, że to gość na któryś ze ślubów, jakie odbywały się w naszym kościele - mówi siostra Łucja.
Kobieta czekała jednak na nią. - Podeszła do mnie i powiedziała, że przyniosła mi kwiaty na urodziny. Ale nie o to jej chodziło. Od razu zaczęła zadawać pytania. Chciała wiedzieć, kto przyjedzie na mszę, jak idą przygotowania, co jeszcze musimy zrobić. Odesłałam ją do proboszcza. Służby bezpieczeństwa nas ciągle nachodziły. W dniu, kiedy przyjechał Jan Paweł II, podobno czołgi stały koło lasu.
Siostra pamięta, jak mężczyźni okablowywali mieszkanie, parafie. - Były wszędzie. Podejrzewaliśmy, że transmitują to, co tu się dzieje do Moskwy - mówi. - Cały czas patrzyli nam na ręce.
I nie tylko patrzyli. Kiedy siostry szykowały jedzenie dla Ojca Świętego, służby zażądały wcześniej tych potraw. - Wzięli i jedli. Kaszę gryczaną i zsiadłe mleko.

38 dni

Po mszy rozpętała się burza. Później było już tylko sprzątanie. Ludzie przyjeżdżali na Czuby, by zobaczyć miejsce, w którym był Ojciec Święty. - Zabierali kwiaty, które leżały na ołtarzu. Na pamiątkę - śmieje się Łucja. - Może to i dobrze. Bo przynajmniej się nie zmarnowały.
Wszyscy robili też zdjęcia. Wchodzili na ołtarz i pstrykali fotki. - Tylko ja nie mam żadnego - denerwuje się Dobrosław Bagiński, dziś profesor Politechniki Lubelskiej, dwadzieścia lat temu autor projektu na ołtarz papieski.
Starało się o to kilkunastu plastyków i architektów. Propozycje oceniała specjalna komisja (w ich obradach uczestniczyli też pracownicy służb bezpieczeństwa).
Pomysł Bagińskiego wygrał. - Cała pielgrzymka Jana Pawła II związana była z sakramentami. W Lublinie udzielane były święcenia kapłańskie. Chciałem pokazać, że w eucharystii jest kapłaństwo.
Budowa ołtarza trwała 38 dni, po 16 godzin na dobę. Na środku stanął ogromny niebieski krzyż, otoczony połówkami hostii. W centralnym miejscu znalazła się figura Jezusa Chrystusa. - Kiedy już chciałem ją zespawać, poinformowałem o tym komisję. Wtedy dowiedziałem się, że odwiedzą mnie funkcjonariusze, którzy sprawdzą moje wykonanie - wspomina. - Umówionego dnia nie przyszli. Kolejnego też nie. Wtedy biskup powiedział, żebym już nie czekał i zespawał. Tak też zrobiłem.
Kiedy funkcjonariusze się o tym dowiedzieli, zbledli. Przylecieli do Bagińskiego z latarkami i prośbą o wywiercenie ośmiomilimetrowego otworu. Nic to nie dało, bo kontrolerzy nadal nie wiedzieli, czy czegoś w środku nie ukryto. - Wpadli na genialny pomysł: wezwali lekarza z Akademii Medycznej i nakazali mu prześwietlić figurę. Pamiętam, jak karetką podjechali na plac. Wyglądało to tak, jakby chcieli Pana Jezusa przebadać - śmieje się profesor.

Niebieski krzyż energetyczny

Bagiński nadzorował też upiększanie miasta i innych kościołów. Uruchomił punkty konsultacyjne dla duchownych, którzy chcieliby udekorować swój kościół. - Przychodzili, radzili się, przynosili zdjęcia.
Tuż po mszy figura Jezusa miała stać się częścią nowo budowanego kościoła. Koncepcja jednak upadła. Podest i hostie zostały usunięte z ołtarza. Został tylko ogromy, niebieski krzyż z przyczepioną małą figurą Jezusa. - Została tylko metalowa konstrukcja, która przytrzymywała hostię. Przylgnęło do niej bardzo nieszczęśliwe określenie krzyża energetycznego. I, niestety, jest ono trafne.
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!