czwartek, 14 grudnia 2017 r.

Magazyn

Kto zabił księdza Popiełuszkę?

  Edytuj ten wpis

24 lata temu, 30 października, wyłowiono z Wisły zwłoki księdza Jerzego Popiełuszki.

Rozmowa z prokuratorem Andrzejem Witkowskim

Śledztwo w tej sprawie powierzono jednemu z najbardziej skutecznych lubelskich prokuratorów Andrzejowi Witkowskiemu. I dwukrotnie go od tego śledztwa odsuwano. Ustalenia jego zespołu wskazujące prawdziwych mocodawców zabójstwa, były nie tylko szokujące dla opinii publicznej, ale też niewygodne dla wielu osób. Prokuratorowi zabroniono rozmawiać o tej sprawie z mediami. Potrzeba było lat, by dowody zgromadzone przez niego ujrzały światło dzienne. A sam prokurator - dzięki obecnemu ministrowi sprawiedliwości - mógł zacząć o niej mówić

- To pan pierwszy podważył oficjalną wersję z procesu toruńskiego, która mówiła,
że ks. Popiełuszko zginął 19 października. To pan nie chciał poprzestać na ukaraniu płotek, ale szukał wysoko postawionych mocodawców tego zabójstwa. Co pan dziś czuje, gdy po latach te tezy poznaje opinia publiczna?

- Namiastkę satysfakcji, bo prawda o tej zbrodni powoli przebija się na światło dzienne. Już nie są w stanie przesłonić jej niedorzeczne wypowiedzi gloryfikujące wersję skonstruowaną przez gen. Kiszczaka i sztab jego oficerów. Publiczna debata na temat śmierci ks. Popiełuszki osiąga bardziej merytoryczny poziom, oparty na ustaleniach śledztwa IPN z lat 2002-2004.

• Ale to pana śledztwo z ‘91 diametralnie zmieniło spojrzenie na śmierć księdza. Ustalił pan, że ks. Popiełuszko nie zginął 19 października, ale mógł być więziony i torturowany aż do 25 października.

- Esbecka wersja, według której księdza zamordowano 19.10 nie wytrzymuje krytyki. Zgodnie z ustalonymi faktami, zwłoki księdza wrzucono do Wisły w dniu 25 października. Wraz z grupą policyjną nie zdążyliśmy ustalić, co działo się z księdzem od dnia uprowadzenia, do dnia, w którym pozbyto się jego zwłok, to jest między 19 a 25 października. Są podawane na ten temat różne hipotezy przez dziennikarzy. Prokurator nie ma jeszcze podstaw do ich analizowania i oceny wiarygodności.

• Kolejna sprawa: wyłowienie zwłok. Dotarł pan do świadków, którzy 30 października widzieli na tamie na Wiśle pod Włocławkiem gen. Czesława Kiszczaka. Miał on wydać polecenie: "On tu dzisiaj musi się znaleźć”.

- Życzenie gen. Kiszczaka musiało zostać spełnione, co nie było wcale takie trudne. Istotnym problemem była kwestia: co dalej?

• Postać gen. Kiszczaka była kluczowa w pana śledztwie?

- Gen. Kiszczak był szefem resortu, który realizował wobec księdza Jerzego dyrektywy kierownictwa PZPR. To on otrzymał zadanie rozwiązania "problemu ks. Popiełuszki”. Istotny sygnał w tym kierunku stanowiła publikacja z września ‘84 w centralnej prasie sowieckiej, której zasadnicze tezy powtórzono kilka dni później w "Pro Memoria”, skierowanym przez Urząd do Spraw Wyznań do Episkopatu Polski. Kierowany przez gen. Kiszczaka resort miał definitywnie spowodować, że ksiądz "zamilknie”. Nawiasem mówiąc, na kolejną urzędową rozmowę z gen. Kiszczakiem oczekuję od listopada 1991 roku.

• Dlaczego?

- Przesłuchanie generała w Departamencie Prokuratury w połowie ‘91, które przeprowadziłem osobiście, miało wstępny charakter, podobnie jak dwukrotne przesłuchania gen. Jaruzelskiego. Czynności te trwały po ok. 10 godzin. Świadkowie ci przekazali prokuratorowi istotne informacje, które pomogły ukierunkować dalsze śledztwo. Zdało się to wszystko na nic, gdyż 3 grudnia ‘91 odsunięto mnie od prowadzenia sprawy. Prokuratorzy, którzy przejęli po mnie śledztwo, nie rozwijali już tego wątku.

• Powód?

- Otwarcie zaprotestowałem przeciwko kierowaniu aktu oskarżenia jedynie wobec generałów Ciastonia i Płatka. Alarmowałem, że decyzja ta zakończy się kompromitacją prokuratury. Argumentowałem, że ława oskarżonych ma być tym razem pełna. Muszą na niej zasiąść wszystkie osoby mające związek z zabójstwem księdza. Przemawiały za tym istotne względy natury dowodowej. W przeciwnym razie fiasko oskarżenia Ciastonia i Płatka zamknie drogę do postawienia w stan oskarżenia innych. Czas, niestety, potwierdził te negatywne prognozy.

• Kogo jeszcze chciał pan objąć aktem oskarżenia?

- Odpowiedź na to pytanie mogło dać tylko dalsze śledztwo. Powiem tylko, że już w ‘91 udowodniono, że w resorcie spraw wewnętrznych PRL funkcjonowała zorganizowana grupa przestępcza, której działalność była wymierzona przeciwko działaczom opozycji politycznej i wobec księży. Dodam, że uprowadzenie i zabójstwo ks. Jerzego było skoordynowaną, szeroko zakrojoną, akcją służb podległych ministrowi spraw wewnętrznych.

• Odsunięcie od śledztwa stało się początkiem publicznego szkalowania pana osoby i deprecjonowania kwalifikacji zawodowych. Wszystko po to, by pana słowa nie były traktowane poważnie.

- Owym nieszczęsnym oponentom w sposób zupełnie naturalny brakowało argumentów merytorycznych. Jedni sięgali po retorykę prasy bulwarowej, inni czynili to w sposób pozornie subtelny, jak wilki w owczych skórach. Tak jest zresztą do dzisiaj. Z drugiej strony, znajduję pełne wsparcie wśród prokuratorów znających specyfikę złożonych śledztw w sprawach o zabójstwa.

• Co pan wtedy robił zawodowo?

- Jako prokurator w Ministerstwie Sprawiedliwości, 3 grudnia 1991 r. zostałem oddelegowany do pełnienia obowiązków w Prokuraturze Wojewódzkiej w Lublinie. Zostałem później powołany przez prokuratora generalnego do pełnienia funkcji konsultanta do spraw zabójstw. W latach 90. prowadziłem najcięższe śledztwa kryminalne. Wspomnę o znanej sprawie zorganizowanej, międzynarodowej grupy przestępczej Roberta K., ps. "Ciolo”. W stosunku do sprawców zabójstw i napadów rabunkowych zapadły wieloletnie kary pozbawienia wolności. Wobec Roberta K. orzeczono pięciokrotnie karę dożywotniego pozbawienia wolności.

• Czyli znowu okazał się pan skutecznym prokuratorem. A co w tym czasie działo się ze śledztwem, które panu odebrano?

- Po wyłączeniu wspomnianego wątku generałów Ciastonia i Płatka, pozostałe materiały - tzw. sprawę matkę - przekazano z departamentu do ówczesnej Prokuratury Wojewódzkiej w Warszawie, jak zapowiadano, celem kontynuowania śledztwa wobec pozostałych osób. Tam materiały śledztwa rozbito na kilkanaście odrębnych wątków, tworząc w ten sposób "nowe” sprawy, po czym każdą z nich umorzono. Dorobek półtorarocznej pracy całego zespołu śledczego - prokuratorów, policjantów i funkcjonariuszy UOP - zmarnotrawiono.

• A jednak śledztwo do pana wróciło.- W końcu lat 90., kiedy powstawała ustawa o IPN, prof. Witold Kulesza zaproponował mi przejście z Prokuratury Apelacyjnej do pionu śledczego instytutu i ponowne zajęcie się sprawą ks. Popiełuszki. Tak też się stało. W międzyczasie powołano mnie na stanowisko naczelnika Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Lublinie. 5 lutego 2002 r., po zgromadzeniu dostępnych materiałów z 1991 roku, wszczęto w lubelskiej Komisji IPN, nowe śledztwo dotyczące "funkcjonowania związku przestępczego w resorcie spraw wewnętrznych PRL, w tym kierowania wykonaniem zabójstwa ks. Popiełuszki przez osoby, które w hierarchii partyjno-państwowej zajmowały stanowiska wyższe od gen. Ciastonia i Płatka”.

• Konsekwentnie szukał pan mocodawców zabójstwa?

- Nie tyle ich szukano, co zaczęto od początku, w sposób usystematyzowany, gromadzić dowody w stosunku do nich. Wspaniałą pracę wykonali w tej sprawie dwaj lubelscy policjanci, tworzący grupę powołaną do tego śledztwa przez komendanta głównego policji. Na jej efekty nie trzeba było długo czekać. Odnalezieni zostali świadkowie, którzy widzieli, jak zwłoki księdza wrzucano do Wisły nie 19 października, lecz sześć dni później. Prowadzono niezwykle intensywne czynności procesowe, które wprowadziły do postępowania nowe, nieznane dotąd wątki.

• W tym samym czasie próbowano pana "zniechęcić”. Były próby zastraszania: krzyż przed drzwiami, atrapa granatu w oknie...

- Strzał z wiatrówki w tylną szybę mojego samochodu na ulicy ks. Popiełuszki i kilka innych tym podobnych drobiazgów. Prokuratura nawet prowadziła śledztwo w sprawie jednego z tych zdarzeń. Nie ma o czym mówić.

• Nie bał się pan?

- W pracy prokuratora tego typu sytuacje są wkalkulowane w decyzję o wykonywaniu tego zawodu. Każda sprawa jest inna. Ta, o której rozmawiamy, nie przestała mobilizować pewnych kręgów środowiskowych. Brak odporności na owe "niuanse” eliminuje z mojego zawodu. Drżenie za biurkiem to strata czasu własnego i tych, którym ma się służyć swoją powinnością.

• Ale cios przyszedł z nieoczekiwanej strony: w październiku 2004 prof. Kulesza odebrał śledztwo.

- Tak, historia lubi się powtarzać. Okazało się, jak powiedział wówczas dyrektor pionu śledczego IPN, prof. Kulesza w jednym z wywiadów, prowadziłem śledztwo "niejako od dołu, a nie od góry”. To znaczy, że zajmowałem się "rybakami na tamie” a nie tymi, którzy pełnili funkcje kierownicze w resorcie spraw wewnętrznych PRL. Tyle że aby "dotrzeć” do tych z kierownictwa resortu i zarzucić im kierowanie zabójstwem, trzeba najpierw wiedzieć, kiedy i w jaki sposób zabójstwa dokonano. A więc czym, tak naprawdę, kierowali. Tu natomiast powstały, jak wiemy, zupełnie nowe ustalenia, które dopiero wytyczyły dalsze czynności procesowe prowadzące do poznania pełnej prawdy. Zaniechanie śledztwa w tym kierunku poprzez kolejne odsunięcie mojej osoby, sprawiło więc, że owi domniemani sprawcy kierowniczy mogą już całkowicie swobodnie odetchnąć.

• Chciał pan postawić zarzuty wysoko postawionym mocodawcom tego zabójstwa?

- W lipcu 2004 roku przedstawiłem moim przełożonym plan podjęcia kluczowych decyzji dla dalszego biegu postępowania w tej sprawie. Miały one zapaść na przełomie września i października 2004. Tylko tyle mogę teraz powiedzieć na ten temat. Akta sprawy zabrano z Lublina do Komisji IPN w Katowicach 19 października 2004. Po upływie około półtora roku, dalszym etapem ich wędrówki okazała się Komisja IPN w Warszawie. Tutaj śledztwo wciąż się toczy.

• Przez te kilka lat od momentu odebrania śledztwa pana zwierzchnicy zabronili panu wypowiadać się w tej sprawie dla mediów.

- Od 2004 roku obowiązywał mnie zakaz publicznego wypowiadania się w tej sprawie, sformułowany później na piśmie. Minister Zbigniew Ćwiąkalski przywrócił w tej mierze, w sposób bardzo elegancki, normalny stan rzeczy. Mam więc przyjemność z panią rozmawiać. To prawda, czułem, że włożony mi w usta knebel redukował obywatelskie prawo do publicznej wypowiedzi, która przecież w żadnych okolicznościach nie może naruszać porządku prawnego. Czy zakładano, że mówiąc o tej sprawie mogę komuś lub czemuś zaszkodzić? Nie wiem. Dzięki decyzji ministra Ćwiąkalskiego, czuję się w pewien sposób zrehabilitowany, zwłaszcza że, jak mówiłem, debata publiczna w tej sprawie została uporządkowana i zyskała wyższy, merytoryczny pułap. Tak jak wszyscy, oczekuję na wyniki dalszej pracy prokuratorów, obecnie zajmujących się śledztwem.

• Gdyby pan dalej prowadził to śledztwo to...

- Sprawa byłaby już w sądzie z aktem oskarżenia. Naprawdę, tyle lat upłynęło, nawet od 2004 roku!

• Ci, którzy stoją za tą zbrodnią, żyją i mają się dobrze?
- Tym, którzy żyją, życzę jak najlepiej. Nie wiem, jak się "mają” ze swoją przeszłością. To sprawa ich sumienia. Myślę, że spotkanie z prokuratorem wiele pomogłoby im w tych rozrachunkach.
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!