czwartek, 24 sierpnia 2017 r.

Magazyn

Libanka z Lublina

Dodano: 31 sierpnia 2006, 15:03

Marzena miała być w swojej szkole 22 sierpnia. Trzeba było się przygotować do nowego roku szkolnego: ułożyć plan zajęć, sprawdzić nowe podręczniki i porozmawiać z dyrektorem o szkolnych planach. Każdy zna ten ból, kiedy trzeba skończyć wakacje.
Ale nasza bohaterka jeszcze do szkoły nie dotarła. Teraz czeka w Lublinie, aż zostaną przywrócone normalne połączenia lotnicze z Libanem. A od wielu
lat czeka, aż wreszcie skończy się ta zapomniana wojna libańsko-izraelska, a Liban będzie wolny.

Marzena Assad z domu Wasilewska uczy plastyki w mieście Saida. Miasto jest niewiele mniejsze od Lublina i znajduje się ponad 30 kilometrów na południe od Bejrutu. W tutejszym uniwersytecie chemię wykłada jej mąż, dr Talal Assad. Oboje nie widzieli się od blisko dwóch miesięcy.

Wojna

Trzeciego lipca Marzena Assad razem córką przyjechały do Lublina; do rodziny. - Miałyśmy zostać do końca miesiąca i wracać.
Zaczęła się wojna.
Przez ostatnie dwa miesiące od tej wojny zaczynały się niemal każde telewizyjne wiadomości.
Tu spadły bomby. Tam doszło do strzelaniny. Tu wjechały czołgi, a tam w powietrze wyleciał blok mieszkalny. Takie informacje przekazywali dziennikarze.
- A ja znałam te wszystkie miejsca. Dla mnie to nie były puste nazwy z dalekiego kraju - mówi Marzena. - Tam wciąż mieszkali moi bliscy i przyjaciele. Przez cały czas siedziałam przed telewizorem, albo dzwoniłam do ludzi, którzy tam zostali.

Przesyłka od znajomych

Marzena i Talal poznali się na początku lat 80. w... Moskwie, gdzie młody Libańczyk robił doktorat z chemii.
- Ja studiowałam wtedy w Lublinie i wyjeżdżałam na stypendium do Moskwy. Jacyś znajomi znajomych dali mi przesyłkę dla Talala z prośbą o przekazanie. I tak się poznaliśmy.
To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Żaden tam piorun sycylijski, choć w sumie niewiele do tego brakowało.
- Czasami tak jest, że się po prostu wie. Że przy tej drugiej osobie odnajduje się spokój, pewność siebie i miłość - opowiada Marzena Assad.
Rodzice nie protestowali. - Wychowali mnie i czekali na oferty od narzeczonych - śmieje się nauczycielka. - A ta była najlepsza. Nigdy jej nie żałowałam.
Kiedy mąż kończył swój doktorat, Marzena zaczęła studia na arabistyce. Zainteresowanie językiem i obcą kulturą szybko przerodziło się w fascynację. - Kiedy wyjeżdżałam do Libanu, nie bałam się żadnych haremów czy zamknięcia na resztę życia w kuchni. Wiedziałam, gdzie jadę i co mnie czeka, a i tak byłam zaskoczona. Pozytywnie.

Szwajcaria Wschodu

Po studiach młode małżeństwo zajęło się swoją przyszłością. Ocenili szanse i perspektywy zawodowe. Zdecydowali się wyjechać i... trafili na 10 lat do Libii. - Mąż na uczelnię, ja do szkoły. A od 1996.... mieszkamy już w Libanie.
To niezwykły kraj. Wszędzie blisko, a cały Liban można objechać w jeden dzień.
Rano można się kąpać w morzu, a wieczorem zjeżdżać na nartach. Niezwykłe zabytki i niezwykli ludzie. - Liban często nazywano Szwajcarią Wschodu. Ten kraj mógłby żyć z turystyki jak mało który na świecie.

425

- Libańczycy są niezwykle otwarci i ciekawi świata. A cały kraj to wielka mozaika etniczna i religijna. Obcokrajowiec czuje się tam jak w raju, bo każdy chce mu pomóc - wylicza Marzena Assad. - Ale gdzieś nad tym wszystkim ciągle unosiła się groźba wojny.
W 1982 roku ONZ uchwala rezolucję nr 425. Na jej podstawie wojska izraelskie mają opuścić okupowane ziemie na południu Libanu. Opuszczają w 2000 roku.

Pół Libanu w lornetce

Rodzina Assadów miała swój dom nieopodal Wzgórz Golan. To punkt strategiczny. Przy dobrej pogodzie i dobrej lornetce widać stąd prawie pół Libanu. Kilka kilometrów dalej jest granica z Izraelem, a i do granicy z Syrią stąd bardzo blisko.
- Kiedy w 2000 roku Izrael prawie się wycofał - bo wciąż okupują niewielką część tych ziem, tzw. Wzgórza Szebaa - natychmiast zaczęli wracać Libańczycy. Na gruzy i zgliszcza, bo tu nic nie było. Wiele rodzin straciło nie tylko cały dobytek, ale i bliskich. Dlatego ja się nie dziwię, że Hezbollah ma skąd rekrutować ludzi. I nie dziwię się, że ponad 80 proc. Libańczyków popiera Partię Boga. Bo oni walczą z okupantem.
W połowie lipca Hezbollah porwał dwóch izraelskich żołnierzy. Izrael zażądał ich bezwarunkowego zwolnienia. To był powód wojny
Wojny, która na razie przycichła.
Jest rozejm, a do Libanu wyjeżdżają kolejne oddziały wojsk pod egidą ONZ. Także polscy żołnierze.
Tyle, że już nic będzie takie samo.

Zakorzeniona

- Wiele rodzin przeżyło długą rozłąkę. Chociażby polsko-libańskich rodzin, a takich tu nie brakuje - tłumaczy Małgorzata Assad.
Wiele żon przez czas wojny było w Polsce, ale niektóre zostały na miejscu. Nie chciały wyjeżdżać.
- A ja przez cały czas martwiłam się o męża. Wiedziałam, że jest w miarę bezpieczny, bo akurat nie bombardowano Saida.
A nie lepiej byłoby przenieść się do Polski?
- To był nasz wybór i do dziś nie widzę powodów, by go zmieniać - mówi spokojnie Marzena Assad. - Jestem tam "zakorzeniona”. Pracuję w szkole, robię scenografie na zamówienie, prowadzę kursy arabskiego dla obcokrajowców, a jeszcze niedawno miałam pierwszą wystawę swoich obrazów w Bejrucie. A córka też ciągle nie może doczekać się powrotu. Do szkoły, do znajomych...

Nadzieja

Rok szkolny miał się zacząć w poniedziałek. W szkołach wciąż jest wielu uchodźców. Na razie wiadomo tylko tyle, że dyrektor szkoły też miał przymusowe wakacje: całą wojnę przesiedział w Egipcie. Ale wszyscy Libańczycy liczą, że to już koniec. - W godzinę po ogłoszeniu rozejmu wszyscy, którzy mogli, wrócili do swoich domów, albo ruin - mówi Marzena Assad. - Bo to taki naród. Żyje nadzieją.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!