poniedziałek, 19 lutego 2018 r.

Magazyn

Marzena miała być w swojej szkole 22 sierpnia. Trzeba było się przygotować do nowego roku szkolnego: ułożyć plan zajęć, sprawdzić nowe podręczniki i porozmawiać z dyrektorem o szkolnych planach. Każdy zna ten ból, kiedy trzeba skończyć wakacje.
Ale nasza bohaterka jeszcze do szkoły nie dotarła. Teraz czeka w Lublinie, aż zostaną przywrócone normalne połączenia lotnicze z Libanem. A od wielu
lat czeka, aż wreszcie skończy się ta zapomniana wojna libańsko-izraelska, a Liban będzie wolny.

Marzena Assad z domu Wasilewska uczy plastyki w mieście Saida. Miasto jest niewiele mniejsze od Lublina i znajduje się ponad 30 kilometrów na południe od Bejrutu. W tutejszym uniwersytecie chemię wykłada jej mąż, dr Talal Assad. Oboje nie widzieli się od blisko dwóch miesięcy.

Wojna

Trzeciego lipca Marzena Assad razem córką przyjechały do Lublina; do rodziny. - Miałyśmy zostać do końca miesiąca i wracać.
Zaczęła się wojna.
Przez ostatnie dwa miesiące od tej wojny zaczynały się niemal każde telewizyjne wiadomości.
Tu spadły bomby. Tam doszło do strzelaniny. Tu wjechały czołgi, a tam w powietrze wyleciał blok mieszkalny. Takie informacje przekazywali dziennikarze.
- A ja znałam te wszystkie miejsca. Dla mnie to nie były puste nazwy z dalekiego kraju - mówi Marzena. - Tam wciąż mieszkali moi bliscy i przyjaciele. Przez cały czas siedziałam przed telewizorem, albo dzwoniłam do ludzi, którzy tam zostali.

Przesyłka od znajomych

Marzena i Talal poznali się na początku lat 80. w... Moskwie, gdzie młody Libańczyk robił doktorat z chemii.
- Ja studiowałam wtedy w Lublinie i wyjeżdżałam na stypendium do Moskwy. Jacyś znajomi znajomych dali mi przesyłkę dla Talala z prośbą o przekazanie. I tak się poznaliśmy.
To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Żaden tam piorun sycylijski, choć w sumie niewiele do tego brakowało.
- Czasami tak jest, że się po prostu wie. Że przy tej drugiej osobie odnajduje się spokój, pewność siebie i miłość - opowiada Marzena Assad.
Rodzice nie protestowali. - Wychowali mnie i czekali na oferty od narzeczonych - śmieje się nauczycielka. - A ta była najlepsza. Nigdy jej nie żałowałam.
Kiedy mąż kończył swój doktorat, Marzena zaczęła studia na arabistyce. Zainteresowanie językiem i obcą kulturą szybko przerodziło się w fascynację. - Kiedy wyjeżdżałam do Libanu, nie bałam się żadnych haremów czy zamknięcia na resztę życia w kuchni. Wiedziałam, gdzie jadę i co mnie czeka, a i tak byłam zaskoczona. Pozytywnie.

Szwajcaria Wschodu

Po studiach młode małżeństwo zajęło się swoją przyszłością. Ocenili szanse i perspektywy zawodowe. Zdecydowali się wyjechać i... trafili na 10 lat do Libii. - Mąż na uczelnię, ja do szkoły. A od 1996.... mieszkamy już w Libanie.
To niezwykły kraj. Wszędzie blisko, a cały Liban można objechać w jeden dzień.
Rano można się kąpać w morzu, a wieczorem zjeżdżać na nartach. Niezwykłe zabytki i niezwykli ludzie. - Liban często nazywano Szwajcarią Wschodu. Ten kraj mógłby żyć z turystyki jak mało który na świecie.

425

- Libańczycy są niezwykle otwarci i ciekawi świata. A cały kraj to wielka mozaika etniczna i religijna. Obcokrajowiec czuje się tam jak w raju, bo każdy chce mu pomóc - wylicza Marzena Assad. - Ale gdzieś nad tym wszystkim ciągle unosiła się groźba wojny.
W 1982 roku ONZ uchwala rezolucję nr 425. Na jej podstawie wojska izraelskie mają opuścić okupowane ziemie na południu Libanu. Opuszczają w 2000 roku.

Pół Libanu w lornetce

Rodzina Assadów miała swój dom nieopodal Wzgórz Golan. To punkt strategiczny. Przy dobrej pogodzie i dobrej lornetce widać stąd prawie pół Libanu. Kilka kilometrów dalej jest granica z Izraelem, a i do granicy z Syrią stąd bardzo blisko.
- Kiedy w 2000 roku Izrael prawie się wycofał - bo wciąż okupują niewielką część tych ziem, tzw. Wzgórza Szebaa - natychmiast zaczęli wracać Libańczycy. Na gruzy i zgliszcza, bo tu nic nie było. Wiele rodzin straciło nie tylko cały dobytek, ale i bliskich. Dlatego ja się nie dziwię, że Hezbollah ma skąd rekrutować ludzi. I nie dziwię się, że ponad 80 proc. Libańczyków popiera Partię Boga. Bo oni walczą z okupantem.
W połowie lipca Hezbollah porwał dwóch izraelskich żołnierzy. Izrael zażądał ich bezwarunkowego zwolnienia. To był powód wojny
Wojny, która na razie przycichła.
Jest rozejm, a do Libanu wyjeżdżają kolejne oddziały wojsk pod egidą ONZ. Także polscy żołnierze.
Tyle, że już nic będzie takie samo.

Zakorzeniona

- Wiele rodzin przeżyło długą rozłąkę. Chociażby polsko-libańskich rodzin, a takich tu nie brakuje - tłumaczy Małgorzata Assad.
Wiele żon przez czas wojny było w Polsce, ale niektóre zostały na miejscu. Nie chciały wyjeżdżać.
- A ja przez cały czas martwiłam się o męża. Wiedziałam, że jest w miarę bezpieczny, bo akurat nie bombardowano Saida.
A nie lepiej byłoby przenieść się do Polski?
- To był nasz wybór i do dziś nie widzę powodów, by go zmieniać - mówi spokojnie Marzena Assad. - Jestem tam "zakorzeniona”. Pracuję w szkole, robię scenografie na zamówienie, prowadzę kursy arabskiego dla obcokrajowców, a jeszcze niedawno miałam pierwszą wystawę swoich obrazów w Bejrucie. A córka też ciągle nie może doczekać się powrotu. Do szkoły, do znajomych...

Nadzieja

Rok szkolny miał się zacząć w poniedziałek. W szkołach wciąż jest wielu uchodźców. Na razie wiadomo tylko tyle, że dyrektor szkoły też miał przymusowe wakacje: całą wojnę przesiedział w Egipcie. Ale wszyscy Libańczycy liczą, że to już koniec. - W godzinę po ogłoszeniu rozejmu wszyscy, którzy mogli, wrócili do swoich domów, albo ruin - mówi Marzena Assad. - Bo to taki naród. Żyje nadzieją.
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

komentarze (0)0
polubienia (0)0
19-02-2018

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!