czwartek, 14 grudnia 2017 r.

Magazyn

Licealiści z Lublina: Wywoływanie ducha Kowalskiej 4

  Edytuj ten wpis
Dodano: 26 sierpnia 2011, 15:03

 (Maciej Kaczanowski)
(Maciej Kaczanowski)

Powiatowy mordochwyt by to zrobił – szydzili współcześni z fotografa, który metodycznie robił zdjęcia lubelskim domom i ulicom. 75 lat później zdjęcia Stefana Kiełszni mają wagę dokumentu. Czyli złota.

– Najwięcej pracy było z szyldami. Kopiowaliśmy je ze zdjęć, potem sorki je poprawiały a myśmy pędzelkami malowali. Tak, szyldy zajęły najwięcej pracy – kiwa głową Agata Kochalska. Agata ma rumieńce, jest zmęczona i bardzo uśmiechnięta. Makijaż dawno spłynął, a zdejmowanie kolejnych warstw przebrania nie ochładza. Jest upalny letni dzień, ulica Kowalska jest jak piec. A Agata chwilę wcześniej była biedną Żydówką, która sprzedawała na ulicy bajgle. Wołała: Bajgle świeże bajgle trzy grosze zwykłe pięć groszy jajeczne…., abubałe acej, abubałe acej. – Miałam dwie role, oprócz sprzedawczyni bajgli byłam żoną właściciela sklepu, panią Ickową Borensztajnową.

Migawki z pewnej jesieni

22 sierpnia 2011 przy Kowalskiej 4 przez około kwadrans była jesień 1936, a może 1938 roku.
Licealiści z "Zamojskiego” ożywili jedno z kilkuset zdjęć, jakie zrobił przed II wojną światową lubelski fotograf Stefan Kiełsznia. Chodził po ówczesnej żydowskiej dzielnicy i metodycznie dom po domu, ulica po ulicy dokumentował fasady, sprzedawców, szyldy, przechodniów. Nie szukał artystycznych kadrów. W wywiadzie, jakiego w 1985 roku udzielił Krystynie Kotowicz z lubelskiego radia opowiadał, że wówczas w Lublinie bardzo dużo osób fotografowało. Szydzili z Kiełszni, że zajmuje się tak przyziemnym zajęciem. – Powiatowy mordochwyt by to zrobił – żartowali. Na szczęście dla nas – Kiełszni nie zniechęcili.

Drobna sprzedaż skór

Śladami fotografa w zeszły poniedziałek poszli licealiści. Na kamienicę przy Kowalskiej 4 wróciły skopiowane szyldy "Drobna sprzedaż skór”, "Jadłodajnia”, "Sprzedaż kopyt i przyborów szewckich”.

Anna Łukaszczyk i Beata Szczerbińska-Budzyńska przygotowały scenariusz "Performance o Kiełszni”. Uczniowie wcielili się w postaci, które przeżyły do naszych czasów – bo na magiczną, jak się okazuje chwilę – spotkali fotografa.

Mateusz Hetmański ze sznurkowym zarostem oferował szkło i szklarskie usługi. Krzyczał: A szub! Wezel a szub! A szub! Szyby! Kto potrzebuje szyby?! Szyba, szyba, szyba, szklarz szyba, a szub! Konstancja Szkudlarek była "kobietą w kocu” i sprzedawczynią malutkich porcji makagigi – żydowskiego deseru z maku, miodu i sezamu. A Ania Król fachowo oferowała cebulę.

Michał Hunek za 1 grosz sprzedawał wodę, którą nosił w wiadrach. Karolina Sadowska w czarnej marynarce, i twarzą skrytą pod rondem kapelusza była "mężczyzną w kapeluszu”. A Dawid Czajkowski grał samego Kiełsznię.

– Wszystkie dialogi pisałyśmy same, ale korzystałyśmy ze wspomnień ludzi z Historii Mówionej Ośrodka Brama Grodzka. Tam są dosłowne cytaty ich opowieści. Najlepszą aktorką okazała się Natalka Papała, kuzynka jednej z uczennic. To dziewczyna z podstawówki, grała żydowskiego chłopca i już na pierwsza próbę przyszła z opanowanym tekstem – Beata Szczerbińska-Budzyńska opowiada o kulisach projektu. – Ze skrzypaczką też była ciekawa historia, bo bardzo długo szukaliśmy muzyka. W sobotę chłopcy zobaczyli Weronikę na deptaku, jak grała. W poniedziałek była z nami na Kowalskiej.

– Mój występ kończy całą akcję, nie przebieram się za Żydówkę, po prostu gram. Link do klezmerskiej piosenki przysłała mi koleżanka, nauczyłam się ze słuchu – mówi Weronika Lankamer, która chodzi do III LO i szkoły muzycznej.

Pan pod "czwórką”

– Nie pytali się o zgodę, ale mówili, że coś się będzie działo – uśmiecha się pan Stanisław i zamiata niedopałki z chodnika. – Nie pomagamy ale i nie przeszkadzamy – dodaje siwy mężczyzna w kraciastej koszuli i dodaje beztrosko: Jestem właścicielem tej posesji. – Icka Borejsztajna nie znałem. Kupiłem kamienice od miasta na spółkę z kolegą na początku lat. 90. Nie, nie kamienicę, ruinę do rozbiórki kupiliśmy.

Po poniedziałkowej akcji "Performance dla Kiełszni” to najbardziej obfotografowany dom przy Kowalskiej. Pan Stanisław jest emerytem. – Pracowałem w górnictwie miedziowym, a potem w Bogdance, gdzie trafił mój dawny szef. Przyjechałem za nim – opowiada mężczyzna, który pytany skąd pochodzi żartuje, że z takiego powiatu, że bliżej mu było do Morza Czarnego niż nad Bałtyk. – Na emeryturze zaczęło mi się nudzić i z kolegą, nieżyjącym już Franciszkiem kupiliśmy Kowalską 4. I proszę napisać, że miasto, choć obiecywało pomoc, to nam w ogóle nie pomagało w remoncie. A nawet utrudniało – podkreśla właściciel. – Byliśmy z Franciszkiem najszczęśliwszą spółką, żadnych dyskusji o pieniądzach, żadnych kłótni. Kiedyś żona wspólnika dzwoni., że chciała uprać koszulę i w kieszeni znalazła 4 miliony złotych (przed denominacją – przyp. red.). Zaczęliśmy się zastanawiać na co one były przeznaczone – śmieje się starszy pan i wraca do zamiatania.

– W firmie by był dyrektor i trzech kierowników od zarządzania sprzątaczami, właściciel sam łapie miotłę – dodaje i znika w sklepie z tekturowym szyldem "Szewckie przybory” Icka Borensztajna.
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!