piątek, 20 października 2017 r.

Magazyn

Nasi się jeszcze biją

  Edytuj ten wpis
Dodano: 28 sierpnia 2009, 22:04

3 października 1939 roku 10-letni wówczas Janusz Cyfrowicz stał na balkonie rodzinnego domu w Kamionce. Widział kłęby dymów nad Kockiem. – Nasi się jeszcze biją – usłyszał od ojca. To był jego pierwszy kontakt z bitwą i kleeberczykami. I początek życiowej pasji

O zmaganiach naszych żołnierzy pod Kockiem więcej od Janusza Cyfrowicza mogą wiedzieć tylko sami kleeberczycy. Choć i to nie jest takie pewne. Bo jak powiedział mu jeden z oficerów pytany o przebieg walk. – Dupa tak bolała od siodła, trzeba było cały czas ostrzeliwać się Niemcom i człowiek był tak zmęczony, że nie pamięta gdzie był i co robił dzień po dniu – opowiadał oficer.

Janusz Cyfrowicz zebrał setki relacji kleeberczyków, rozmawiał z miejscowymi, którzy walki widzieli na własne oczy. No i dobrze poznał rodzinę generała Kleeberga.

Krajobraz po bitwie

Kamionka pod Lubartowem. Takie domy z charakterystyczną werandą, jak ten Janusza Cyfrowicza, widzi się w Sopocie. Wokół alejki, altanki, sadzawka i mostek. Janusz Cyfrowicz prowadzi do domku z jedną izbą. Na ścianie, w centralnym miejscu, portret generała, obok zdjęcia z uroczystości upamiętniających bitwę.

Cyfrowicz zniszczony Kock zobaczył dopiero niemal rok po zmaganiach żołnierzy w kampanii wrześniowej, kiedy wraz z matką przyjechał tam szukać wieści o ojcu zabranym przez Niemców. To był prawdziwy krajobraz po bitwie. – Pełno cegieł na rynku. W kościele zawalony dach, gruzu na pół metra – wspomina.

Żeby o nich nie zapomnieli

Drugie spotkanie z echami bitwy było już w wojsku. Janusz Cyfrowicz stacjonował w Podlodowie, był medykiem eskadry lotnictwa. Pilot zabrał go do samolotu i z lotu ptaka pokazał las Hordzieżka pod Kockiem naszpikowany lejami po niemieckim bombardowaniu. To tam stacjonowała część zgrupowania Polesie.

Potem była przerwa aż do przeczytania broszury, która opowiadała o zabłąkanej grupie żołnierzy pod Kockiem. Nieporównywalnie więcej informacji przyniosła książka Marka Sadzewicza "Ostatnia bitwa kampanii 1939”. Wtedy Cyfrowicz postawił sobie cel: zrobić wszystko, żeby pamięć o naszych żołnierzach spod Kocka była ciągle żywa.

Bitwa

Samodzielna Grupa Operacyjna "Polesie” pod koniec września znalazła się na terenach pomiędzy wojskami niemieckimi a sowieckimi. To dawało nieco swobody na przegrupowanie sił. Wojska Kleeberga składały się z oddziałów różnych formacji, które po dołączeniu do sił generała stworzyły 17-tysięczne ugrupowanie.

Drogi do "Polesia” były różne i niejedna nadaje się na scenariusz filmu sensacyjnego.

Tak jak podporucznika, który bój rozpoczynał w Łodzi. Potem wojenna zawierucha pchnęła go do Kowla. Gdy wymaszerowywał stamtąd z oddziałem, ktoś zawołał, żeby skręcić w lewo. Żołnierze maszerowali, maszerowali i… znaleźli się pod Włodawą. Ci, co poszli prosto trafili do niewoli sowieckiej, która dla wielu skończyła się w Katyniu.

Z jeńca na wartownika

Nękany przez Ukraińców oddział szedł na Lublin i zbierał innych niedobitków. – Wkrótce urósł w siłę do tysiąca żołnierzy – ciągnie opowieść pan janusz. – Znalazł się pod Kijanami i połączył z siłami generała.

Żołnierze walczyli w okolicach Adamowa, podporucznik z Łodzi wraz z kolegami trafił do niewoli. Po wyzwoleniu został dowódcą wartowników, którzy w tym samym oflagu pilnowali Niemców.

Cyfrowicz o bitwie rozmawiał z kim się dało i gdzie się dało. Często na kleeberczyków trafiał przypadkiem.

Tak jak u rodziny w Augustowie, gdzie zobaczył ułanów, którzy szli w procesji. Był tam kapral z bitwy pod Kockiem. Ułani początkowo obruszyli się, że Cyfrowicz chciał ich fotografować. W tamtych czasach żołnierze wrześniowi nie darzyli zaufaniem nieznajomych z aparatami fotograficznymi. Ale po pierwszych wyjaśnieniach rozpoczęła się kolejna znajomość i bogate źródło wiadomości o październikowej bitwie.

Armia bez amunicji

Tymczasem we wrześniu '39 generał Franciszek Kleeberg szedł z odsieczą okrążanej Warszawie. Pod Włodawą przeprawił się przez Bug. Po kapitulacji stolicy planował dostać się pod Dęblin, gdzie w Stawach była składnica uzbrojenia.

2 października Niemcy wysłali do walki 13. dywizję piechoty zmotoryzowanej. Nadeszła z kierunku Łukowa na Serokomlę i Kock. 2 października doszło do walk. Niemcy zostali zatrzymani.

Następnego dnia polskie oddziały ruszyły na Stoczek i na wioskę Poznań. Jednak 4 października Niemcy wyparli Polaków z Woli Gułowskiej.

5 października SGO "Polesie” przeszła do ataku, by przed nadejściem niemieckich posiłków rozbić 13 dywizję. Udało się przełamać niemiecką obronę w rejonie cmentarza i klasztoru w Woli Gułowskiej i Helenów. Ale generał Kleeberg zmuszony był do wydania rozkazu zaprzestania walk.

Jego armia nie miała już amunicji.

Sztandar ukryty na 40 lat

Tyle o bitwie mówią podręczniki. Pan Janusz historię zna z ust tych, którzy ją tworzyli i widzieli. W Poizdowie znalazł człowieka, który pamiętał jak Niemcy szli na Białobrzegi. Kazali miejscowym leżeć twarzą do ziemi. Znosili rannych, a ścieżka była pełna krwi. I zapamiętał jeszcze, ze Niemcy ukradli mu nowe buty.

Rozkaz kapitulacji nie dotarł do wszystkich oddziałów "Polesia”. Pułk strzelców konnych im. Stefana Czarnieckiego chciał się jeszcze 6 października wydostać z okrążenia. Zdziesiątkowały go niemieckie karabiny maszynowe. Ale wydostało się 30 żołnierzy.

Jeden z nich wyniósł pułkowy sztandar i ukrył go pod Puławami. Sztandar ujrzał światło dziennie po 40 latach.

– I jeszcze taka historia – zaczyna Janusz Cyfrowicz i opowiada o losach kolejnego żołnierza …

Ułani na zawsze

Kleeberczycy po wyzwoleniu z obozów jenieckich zasilili wojska polskie na zachodzie. Potem jedni wrócili do kraju, inni zostali na emigracji. Ale została wśród nich więź, która przetrwała lata. Tworzyli i nadal tworzą koła byłych żołnierzy swego generała, spotykają się na zjazdach, a za trumną niejednego szedł koń z ułańskimi atrybutami.

  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!