poniedziałek, 23 października 2017 r.

Magazyn

Nasze dzieci z Matczyna

  Edytuj ten wpis
Dodano: 1 lutego 2007, 17:55
Autor: EWA DZIEDZIC

Wojtuś miał koło trzech lat, kiedy tu trafił. Trzy lata, a ważył tyle, ile torebka cukru - opowiada Mateusza, siostra zakonna.

- Mamy go już pięć lat i proszę, jakie to cudowne dziecko. Wojtusia trzeba karmić, przekładać, przewijać, ale jest. Odchuchany, rozwija się na tyle, ile pozwala jego mózg i odwdzięcza się szczęśliwym gulganiem.
W Matczynie mówi się: dzieci, a nie podopieczni. Bo nie liczy się wieku, kiedy czterdziestolatki nie radzą sobie z wkładaniem butów. Nie liczy się wieku przy pięcio- i pięćdziesięcioletnich niemowlętach. Liczy się każdy przebłysk porozumienia, najdrobniejsze zwycięstwo nad niesprawnym ciałem i umysłem. A familia to wielka: 158 dzieci. Są i takie, które w tej rodzinie żyją od 1965 roku.

Ratowanie

- Nie powiem, sytuacja zmienia się na lepsze - opowiada Maria Tarczyńska dyrektorka Domu Pomocy Społecznej w Matczynie. - Już nie ukrywa się dzieci niepełnosprawnych intelektualnie. Jest pomoc ze strony państwa: zasiłki, rehabilitacja, ośrodki kształcenia, domy pomocy społecznej. Przychodzą do nas, układamy plan wszechstronnej pracy z takim dzieckiem. Lata terapii skutkują choćby milimetrem postępu, ale trzeba stanąć na głowie i wydobyć wszystko, na co stać to dziecko. Całe jego człowieczeństwo.
Pielęgnacja, karmienie godzinami z używaniem ssaka, żeby się dziecko nie zakrztusiło, nauka siedzenia na nocniczku, rehabilitacja wiotkich kręgosłupów i nieczynnych kończyn, uczenie samodzielnego jedzenia przy stole, rysowania kwiatka dla pani, umiejętność kupowania, wypowiedzenia pierwszego słowa i zaśpiewania kolędy.
- Praca jest trudna - mówi dyrektorka. - Ale jak ktoś ją polubi, zostaje na zawsze. Warunek? Umiejętności zawodowe, ale przede wszystkim chęć niesienia pomocy drugiemu.

Kto tu mieszka

Sprawne wstają same. Tylko przypilnować wyjścia do toalety. Mycie, czesanie i... Uwaga! Ten but to na prawą nogę!
Dopilnować śniadania. Pod inne pokoje podjeżdżają wózki inwalidzkie. Wypucowane buzie, zaplecione warkoczyki. Pluszaki grzecznie siedzą na tapczanach. W szafach równiutkie stosiki bluzeczek i sweterków. Dzieci w szkole, albo na rehabilitacji. Pokoje już na pokaz. Ranna zmiana wychowawców i opiekunek zrobiła swoje.
Od niedawna dom ma podnośniki do obsługi osób leżących. Żeby ramiona opiekunek nie wyciągały się do ziemi. Trzeba podnieść do przebrania, toalety, mycia, kremowania, karmienia, ubierania, prześcielenia łóżka, przesadzenie w wózek. A wiotkie, nieruchome ciało waży tonę.
O jedenastej po wszystkim. Posprzątane. Na dzieciach leżących różowe kocyki.
Po pustawych korytarzach, salonikach i pokojach sączy się zapach jarzynowej. Silny, musi pobudzić apetyt. Tę aromaterapię odkryła pani Marysia Wójtowicz, wprowadzając gotowanie na miejscu. Posiłki na diety wysoko- i niskobiałkowe, na cukrzycowe, dla tych, którzy jedzą sami, dla tych, którzy sami gryzą i przełykają i dla tych, których się karmi łyżką, albo rurką.
Obiady - zwykłe z deserami - za 5 złotych na dzień. Ale z własnego ogrodu warzyw wystarcza do wiosny. Uchowa się świnkę, sprzeda, jest z czego dołożyć. Dokładają też przyjaciele domu. Paczki na Mikołaja, słodycze na podwieczorki, zabawki pod choinkę, groszem też sypną. Głodny i obdarty nikt nie chodzi.

Na zawsze i na naukę

Dla chodzących, czy choćby jeżdżących na wózkach w tym domu są odrębne mieszkania. Ewa i jej dwie koleżanki przy stole. Chichot. Kibicują wyszywankom opiekunki.
Ewa jak i 20 innych mieszkańców Domu ma w pokoju własne meble. Od rodziny, kupione z własnych rent. Mieszka się tu długo, niektórzy mieszkańcy zostają tu na zawsze.
- Rodziny odwiedzają nas z różną częstotliwością. Są takie, które zaglądają co tydzień, są wizyty co miesiąc, niektórzy krewni bywają raz na rok, albo wcale. Nie ma reguł w kontaktach i w powrotach. Dzieci rehabilitujemy, uczymy przez parę lat. Rodziny mogą je zabrać, najczęściej po 5 latach pobytu. Na zawsze zostają przypadki najcięższe - po domu oprowadza Janina Olszewska zastępczyni dyrektorki.
Na korytarzu dopada nas Kinga, wracająca z lekcji w gimnazjum. Wesoła, ślicznie ubrana, z plecaczkiem. Tylko sportowe buty nałożone na opak zwracają uwagę.
- Siostra do mnie dzwoniła wczoraj. A na święta idę do tej pani z kuchni. I pod choinkę chciałabym laptopa... - Wszystkie informacje strzelają na raz.
Kasia.. Na oko 3-4 lata, naprawdę dużo więcej. Ciemne włoski w ogon, ogrodniczki, trzewiczki mocno zapięte. Główka opada na oparcie wózka. Kasia zapamiętale mamle zwisające z ust sznurowadło. Tak ma.
- Kasiu, Kasieńko! -Trzeba pogłaskać, zagadać... rozumie. Wiotkimi rączkami ciągnie za ubranie do ust. Kasia nie mówi, nie chodzi, nie siedzi.

Z drabinkami i bez

Oddział siostry Mateuszy. Wysokie łóżeczka. W tych z drabinkami leżą dzieci, które choć trochę się podnoszą. W tych bez drabinek leżą dzieci bez ruchu. To oddział Wojtusia. Ma 8 lat, przez 5 lat urósł z kilograma do kilkunastu. Uwielbia być na kolanach siostry.
- Nie dziwię się rodzinom, które zostawiają u nas dzieci - mówi Maria Tarczyńska. - My im zapewniamy wszystko: opiekę medyczną, najlepszą, najbardziej fachową terapię, rehabilitację, 24 godziny pielęgnacji.
Jak się udaje jako tako usamodzielnić, ustawić dziecko, osiągnąć szczyt jego możliwości, rodzina może je zabrać.
Może tak być, o ile rodzina zechce.

Nasza pani

Jaś i Fasola. Dwa koniki polskie otacza tyle miłości, że wystarczyłoby na tabun.
Dalisława Aleksandrowicz jest hipoterapeutką. - Jacuś to moje cudowne dziecko - tłumaczy instruktorka. - Autyzm, kompletny brak kontaktu, nie chodzi, nie mówił. A jak tylko konik, to się rozjaśnia, uśmiecha. Wiem, że mu pomożemy.
- Czasem jest beznadziejnie, ale jaki to cud zobaczyć, że dziecko chce pupę unieść - Basia Olech 15 lat rehabilituje dzieci. Jej wielkim zwycięstwem było przygotowanie dziecka do adopcji. Przy takich stanach jak w Matczynie, to się nie zdarza.
Królestwo Urszuli Zielińskiej i Marty Balczak: hektar dywanu, basen z piłeczkami, balony do skakania, szafy z różnościami. Co dzień bus zwozi uczestników zajęć z terenu. Ostatni cud biega w białej koszulce i ciemnych spodniach - elegancki, buzia mu się nie zamyka. Mówi! Okazało się, że jego mózg w porządku, tylko nie słyszał. Przemówił po zakupie aparatu słuchowego. Idzie do szkoły dla niedosłyszących.

Mąż kucharki pomógł

Siostra Mateusza chwali się, że kupiła rower. Jak które z jej "dzieci” znajdzie się w szpitalu w Poniatowej, to ona na skróty rowerem jest tam w 15 minut. A trzeba, bo kto w szpitalu będzie miał czas godzinę karmić dzieciaka, kto będzie przewijał, głaskał, niańczył?
Wychowawczynie są dumne ze swoich dziewczyn i chłopaków. Że lubią się ładnie ubierać, że umieją jeść sztućcami, nabierając jedzenie po kolei, nie wszystko na raz.
- Nasze dzieci są takie same jak inne. Nie ubieramy ich w byle co. Ładnie mieszkają, dobrze jedzą i zawsze na serwecie. Jak w domu.
W gabinecie dyrektorki fotos z wesela: na pierwszym planie Kinga w roli druhny swojej zagranicznej siostry. To osiągnięcie wszystkich z domu. Wyszykowali, męskim ramieniem służył mąż kucharki.
A Kinga będzie wspominać całe życie.

  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!