poniedziałek, 11 grudnia 2017 r.

Magazyn

Nawet Bułgarzy narzekają

  Edytuj ten wpis
Dodano: 1 marca 2006, 19:37

Kiedyś były lepsze targi - mówią. - Stoimy codziennie, a i tak nie utargujemy tego, co kiedyś w dwa dni - mówią. - Bo ludzie pieniędzy nie mają. Bo lepszy klient do hipermarketu woli pójść i na targ już nie zagląda. Bo tu tylko placowe się płaci, a nikt o nic nie dba i latem "szczury chodzą procesjami”.

Targowisko przy Ruskiej w Lublinie. Na polowych łóżkach spodnie w kancik, sztruksowe żakieciki, grube spódnice i różowe sweterki. Ceny od 20 do 50 złotych. A zawsze można coś utargować. Tylko klientów jak na lekarstwo, a placowe płacić trzeba. Codziennie 8 zł 80 gr za metr.
- Od stycznia do marca to martwy sezon. Czasem to nawet i jednej bluzki nie sprzedam - mówi młoda, ładna dziewczyna. Innej pracy nie znalazła i teraz handluje razem z Bułgarami. - I całe szczęście, bo obcokrajowcy napędzają klientów - śmieje się dziewczyna. - Ludzie idą do nich, bo myślą, że będzie taniej.

Bułgarzy też narzekają

Ciuchów przez granicę nikt już nie wozi. Towar kupują w Warszawie lub Łodzi. Hurtowo, po 100-200 sztuk. - Za taką ilość w hurtowni chcą mniej kasy. My bierzemy tylko po kilkanaście sztuk i ceny są już sporo wyższe - nie bez żalu mówi kobieta z sąsiedniego stoiska.
Codziennie od 10.00 do 17.00. W lecie kilka godzin dłużej. Ale czas szybko leci. Ktoś opowie dowcip, ktoś pójdzie po herbatę. Szkoda tylko, że klientów tak mało.
- Jeszcze kilka lat temu to można było sobie odłożyć. A teraz? Ledwie koniec z końcem można związać - mówi sprzedawczyni z 6-letnim stażem. Z czasów świetności został jej dobry samochód. Kupiła go pięć lat temu w salonie. Dziś musi uważać, żeby na stacji benzynowej nie zabrakło jej pieniędzy.
Jest tak źle, że nawet Bułgarzy narzekają. Głównie na swoją ojczyznę. - U nas w ogóle pracy nie ma. Nigdzie. Więc przyjeżdżamy do was. Wizę mamy na trzy miesiące. Pohandlujemy i wracamy.

Kto rano wstaje...

Pierwsza na Ruskiej jest zwykle pani Grażynka. W zimie o siódmej, latem już o piątej. - Potem trudno z wjazdem. Godzinami trzeba stać w kolejce, żeby się rozładować - tłumaczy.
Największy ruch jest około południa. A już po godz. 15 nie ma tam czego szukać.
- Nudno nie jest. Zawsze ktoś przyjdzie, pogada i zanim się człowiek obejrzy, do domu trzeba jechać. Na tygodniu ruch mniejszy, ale w piątki i soboty to we dwoje z żoną nie możemy sobie dać rady - mówi pan Ryszard Poleszak.
Pan Ryszard sprzedaje warzywa. "Od zawsze”. Albo on, albo żona. Towar z własnego gospodarstwa w Jakubowicach Konińskich: pietruszka, ogórki, buraki. - Wszystko swoje, bo i kiszarnię swoją mamy - podkreśla. - Teraz najlepiej schodzi kapusta i marchewka.
I pszenica po 80 gr za kilogram. Tą handluje pani Julka. - Ludzie biorą dla ptaków - tłumaczy.
- Ale najlepszy handel to papiery i spirytus. I tyle - ucina dyskusję pani Grażynka.

Ciśnienie rośnie

Pani Magda na targu stoi już szósty rok. Pięć lat wcześniej poznała swojego męża, Bułgara. To przez niego trafiła do tego interesu.
- Pracowałam w knajpie nieopodal targowiska. On handlował ciuchami i czasem przychodził na kawę. Poznaliśmy się i tak wybuchła pierwsza miłość - opowiada Magda.
Na początku było dobrze. Towar z polowych łóżek schodził jak ciepłe bułeczki, a oni zarabiali jak nigdzie. Złote czasy już się skończyły. Dlaczego? - Klient zrobił się wybredny i tak często do nas nie zagląda. Woli pójść do hipermarketu, bo tam czasem znajdzie taniej - tłumaczy Magda.
Zresztą hasło "hipermarket” podnosi ciśnienie wszystkim dookoła; a już zwłaszcza rolnikom. - Klientów nam zabierają. Teraz przychodzą tutaj głównie ci, co blisko mieszkają, albo przejazdy mają za darmo. No i ci, co lecą na to, że się przeważy. A przeważnie tak się robi, bo stałemu klientowi dokładnie się nie waży - śmieje się pani Grażynka.

Oczy dookoła głowy

- Taki złodziej, co chce pieniądze ukraść, to tu nie przyjdzie. Ale czasem klientki kradną. Weźmie trzy spódnice, że niby do mierzenia i tyle ją widzieli - mówi sprzedawczyni sztruksowych kompletów.
- Oj kradną, kradną. Ale oni wiedzą kogo. Mnie, jak czternaście lat tu stoję, raz tylko zginęło osiem metrów firanki, które właśnie kupiłam. Ale niedawno facetowi portfel wyciągnęli jak kapustę ode mnie brał - opowiada pani Grażynka.
- Był taki okres, że jeden za drugim chodzili. Ale teraz ich chyba trochę pozamykali, bo nie widać - dodaje pan Ryszard.

Targowy PR

– Zakupy robimy? – dyskretnie, niby od niechcenia.
– Co dzisiaj potrzeba? – koniecznie z szerokim uśmiechem.
– Staniczki po dziesięć! Dziecinne po dziesięć! – ile sił w płucach.
Albo żadnego zaczepiania: klient jak chce, to sam podejdzie i zapyta.
– Ja tam stać nie lubię – śmieje się starszy człowiek z torbą wypchaną ręcznie robionymi skarpetkami. – Żona robi jak ogląda telewizor, a ja potem chodzę i sprzedaję. Po dwa złote. Weźmie pani?
Krótkie, pofarbowane na blond włosy, sportowa kurtka.
– Z Mongolii jestem. Nie widać? – śmieje się.
Asortyment ten sam co u Bułgarów. Nawet metki podobne. Ta sama łódzka hurtownia?
– 13 lat w kraju nie byłam. Pojechałam i prawie rodziców nie poznałam. Spotkałam tam Polaka. Handlował na targu, jak ja tutaj. Poznał w Polsce żonę i za nią wyjechał. A ja chciałabym już tam wrócić. Bo ja już nie chcę kłopotów. Nie chcę codziennie słyszeć: „spie.... do swojego kraju!” •
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!