czwartek, 17 sierpnia 2017 r.

Magazyn

Nie damy się!


Andrei ma 20 lat, Stasia 18,
a Michal 19. Wszyscy godzinami koczowali na mrozie w imię wolności, byli bici przez milicjantów Specnazu, aż w końcu siedzieli w więzieniu. Teraz trafili do Lublina. Tu będą studiować

- Po pacyfikacji miasteczka namiotowego, w którym opozycjoniści koczowali na placu Październikowym w Mińsku, posadzili mnie w celi wieloosobowej. Bez łazienki, wody i jedzenia - opowiada Michal. - Zacząłem się buntować. Zgodnie z białoruskim prawem więźniowi przysługuje możliwość spotkania z lekarzem, adwokatem i księdzem. Po kilku dniach przenieśli mnie do innej celi. Byłem w niej sam, chociaż były tam cztery prycze. Od klawisza usłyszałem, że na jednej mogę sobie wyobrazić lekarza, na drugiej adwokata, a na trzeciej księdza. Przecież sam tego chciałem...
Michal Naskov, 19 lat, Świetlagorsk
Działał w organizacjach demokratycznych jeszcze przed marcowymi wyborami prezydenckimi. Po czterech dniach koczowania na placu chłopak dostał wezwanie do dziekanatu Instytutu Parlamentarnego z Mińska, gdzie studiował prawo z politologią. - Zostałem poinformowany, że zhańbiłem uczelnię - opowiada. - Po wyjściu z dziekanatu poszedłem na zajęcia. Co ciekawe, zajęcia z ideologii politycznych. Cała moja grupa przywitała mnie oklaskami. Poczułem, że nie jestem sam.
Następnego dnia rektor zaprowadził go do KGB. - Chcieli ze mnie wyciągnąć jak najwięcej informacji o opozycji. Oczywiście milczałem - mówi z dumą. - Za to wyjaśniłem, że znalazłem się na placu z powodów naukowych. W końcu jestem studentem nauk politycznych - dodaje, mrugając okiem. - Oficerowie zabronili mi chodzenia na podobne manifestacje i puścili.
Miesiąc później opozycja protestowała przed rosyjską ambasadą. Michal poszedł, znowu go aresztowali i zabrali do departamentu zajmującego się walką z terroryzmem. - Tu usłyszałem: Albo będę współpracował i zostanę na studiach, albo trafię na 1,5 roku do wojska. Odmówiłem współpracy.
Niedługo później zaczęła się sesja egzaminacyjna. Michal nie mógł jej zdać. - Oblali mnie m.in. na egzaminie z ideologii państwowej - tłumaczy. - Tak skończyło się moje studiowanie.
Stanislawa Gusakova, 18 lat, Vitebsk
Studiowała na Białoruskim Uniwersytecie Technicznym w Mińsku. W opozycji działała razem ze swoim chłopakiem. - Wczesną wiosną miałam się z nim spotkać. Planowaliśmy dołączyć do protestujących w Mińsku - opowiada Stasia. - Niestety, nasze rozmowy telefoniczne były podsłuchiwane. KGB znało nasze plany. Chcieli aresztować mojego chłopaka, więc musiał się gdzieś "zaszyć”.
Stasia na protest pojechała sama; wbrew woli rodziców, którzy bardzo się o nią bali.
Słusznie, bo wkrótce dostali telefon od pani dziekan. - Wykrzykiwała i groziła - mówi dziewczyna. - Mama odpowiedziała spokojnie, że jestem dorosła i widocznie wiem, co robię.
Kilka dni później mama sama przyjechała do Mińska. - Razem z innymi rodzicami przychodziła pod więzienie po tym, jak nas aresztowali. Wtedy ja się o nią bałam - opowiada dziewczyna.
Niedługo później dziewczyna zachorowała na zapalenie płuc. Na 2 tygodnie pojechała do domu. - Zadzwonili do mnie koledzy i powiedzieli, że zostałam wyrzucona ze studiów - opowiada Stasia. Pretekst? - Złe wyniki w nauce. Mimo że miałam najlepsze oceny z całej grupy.
Kilka tygodni później dziewczyna dowiedziała się, że była dokładnie inwigilowana przez milicję. Skargi za jej opozycyjną działalność trafiały do rektoratu uczelni regularnie.
Andrei Muzyczenko, 20 lat, Świetlagorsk
Z Adreiem było inaczej. On z Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego w Mińsku wyleciał jeszcze przed wyborami.
- Oficjalnie byłem członkiem Towarzystwa Języka Białoruskiego. Ale to była tylko przykrywka, bo w rzeczywistości robiliśmy mnóstwo innych rzeczy - wyjaśnia Andrei. - Kilka dni przed wiosennymi wydarzeniami aresztowali naszego lokalnego lidera. Razem z całą paczką spakowaliśmy więc manatki i pojechaliśmy do Mińska.
Mieli wszystko przygotowane; nawet mieszkanie. - Po kilku dniach zaczęli nas śledzić i obserwować. Przestało nas to interesować dopiero, gdy razem z innymi opozycjonistami poszliśmy na plac. Przecież po to tam pojechaliśmy - dodaje i na chwilę milknie... - Szkoda tylko że liderzy się do tego nie przygotowali. Spodziewaliśmy się szturmu, prawdziwej rewolucji. A tu nic. Nie bardzo wiedzieli, co tak naprawdę opozycja powinna robić.
Jak mówi, wszystko zaczęło iść w dobrą stronę dopiero w dniu, kiedy na placu zaczęło się rozstawiać miasteczko namiotowe.
- W tym czasie do zakładu, w którym pracowałem razem z ojcem, przyszli z KGB. Zagrozili wyrzuceniem nas obu. - podkreśla Andrei. - Ojciec przyjechał do mnie do Mińska. Razem zadzwoniliśmy do firmy. Powiedziałem, że rezygnuję z pracy. To, co robiłem, było wtedy dla mnie najważniejsze. I nie żałuję. Mimo że siedziałem w więzieniu ponad 2 tygodnie.
Powiew wolności
Wszyscy mówią tak samo. - Gdybyśmy musieli decydować jeszcze raz, ponownie poszlibyśmy na plac Październikowy razem z opozycjonistami.
- Mam przekonanie, że zrobiłam coś dla Białorusi, dla swojej ojczyzny - mówi z dumą Michal.
- To były najpiękniejsze dni w moim życiu. Wtedy, po raz pierwszy, czuć było na Białorusi powiew wolności - dodaje Stasia.
- Taki, jak kilkanaście lat wcześniej w Polsce - podkreśla Andrei.
Tyle że Białorusini na razie przegrali.
- Reżim to ogromny mechanizm, który trzeba rozbierać powoli. Wiosenne wydarzenia były jednym z takich etapów. Jednym, ale nie ostatnim - tłumaczy Siergiej Pieliesa, Białorusin, który studiuje w Lublinie już od kilku lat. Teraz pomaga swoim młodszym rodakom zadomowić się w Polsce.
Oni mówią tak samo. - Będą następne zrywy. W końcu uda nam się wywalczyć wolność. My po prostu w to wierzymy.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!