sobota, 19 sierpnia 2017 r.

Magazyn

Nigdy nie pytałam Boga, dlaczego mnie to spotkało

Dodano: 21 kwietnia 2011, 13:11

 (Jacek Świerczyński)
(Jacek Świerczyński)

Kiedy poczułam, że dzieje się coś złego? To było na 3 roku studiów. W ksero. Czekałam na odbitki i nagle zaczął mi drżeć obraz, wszystko jakby się rozpłynęło. Upadłam. Nie pamiętam drogi do szpitala. Pamiętam tylko, że pytałam: Gdzie są moje buty?

Po badaniach lekarze wypuścili mnie do domu. Nic konkretnego nie powiedzieli, poza tym, że tomografia głowy wykazała bliznę glejakową. Kazali się zgłosić do poradni dla epileptyków. Czas oczekiwania – pół roku.

Tabletki i do poradni

Wróciłam do domu i rzuciłam się w wir nauki. Dużo się uczyłam, bo wybrałam takie studia – architekturę krajobrazu na KUL – że nie można się było nie uczyć. Więc żadnego imprezowania, tylko cały czas w książkach. No i przez tę naukę zapomniałam nawet, co się stało w ksero. Ale nie na długo. Miesiąc po wyjściu ze szpitala znów wszystko zaczęło mi drżeć przed oczami. Upadłam. Tak niefortunnie, że rozcięłam głowę. Przyjechało pogotowie, lekarz dał mi tabletki. Wypisał skierowanie do poradni.

W bezruchu

Ataki były coraz częstsze. Inne, bardziej dotkliwe. Nagle stawałam w bezruchu, drżały mi powieki, ręce stawały się bezwładne. To trwało kilka sekund, ale na te kilka sekund świat zamierał. Mnie w tym świecie w ogóle nie było. Gdy czułam, żeby zbliża się atak, a byłam poza domem, to szukałam trawnika, że upadając nie rozbić sobie głowy. Ludzie patrzyli na mnie dziwnie. Pijana? Naćpana? Od takiej lepiej trzymać się z daleka. Mogłam liczyć tylko na siebie.

Musimy ją ratować!

Ale było coraz trudniej. Zapominałam podstawowych słów, nie potrafiłam ułożyć składnego zdania. Jakbym cofała się w rozwoju, jakby mój mózg stroił sobie ze mnie żarty. Zaprzyjaźniona z rodziną pani doktor nie chciała wierzyć, że to tylko padaczka. – Musisz zrobić ponownie rezonans – powiedziała. – Trzeba cię, dziewczyno, ratować.

Wybrałam szpital

Stanęłam, jak mi się wtedy wydawało, przed trudnym wyborem. Właśnie miałam jechać na praktyki studenckie – moje wymarzone praktyki z przyjaciółmi z roku – które miały być nagrodą za miesiące nauki. A tu szpital, badania... Wiem, że to zabrzmi dziś dziwnie, ale ja naprawdę się wtedy wahałam, co zrobić. Zwyciężył rozsądek. Wybrałam szpital.

Na korytarzu

Mój stan był już wtedy tak ciężki, że na każdy najmniejszy odgłos reagowałam atakiem. A tych odgłosów było sporo, bo leżałam na szpitalnym korytarzu, więc – jak to na korytarzu – ciągle coś się działo. Ale miało to swoje dobre strony, bo na tym korytarzu nawiązałam mnóstwo znajomości. Była pani ze stwardnieniem rozsianym, pan czekający na operację kręgosłupa, dziewczyna z boreliozą... Na neurologii nie ma raczej lekkich przypadków. Ale staraliśmy się w tym wszystkim jakoś trzymać, zachować pogodę ducha. Dobrze wspominam ten czas.

Diagnoza

Rezonans magnetyczny był jednym z najtrudniejszych przeżyć z tego okresu. Mój mózg nie mógł znieść odgłosów, które wydawało urządzenie. Przez cały czas badania miałam drgawki; jeden długi atak.

Diagnoza po badaniu brzmiała: guz mózgu. Ordynator zdecydował, że trzeba operować.

Dobra energia

Na operację czekałam miesiąc w rodzinnym domu, w Królach Starych. Nie było we mnie lęku, niepewności. Żadnej złej myśli. Była pewność, że wszystko się uda, że będzie dobrze. Tak mówiłam rodzicom, którzy byli załamani. Pocieszałam ich, jak umiałam. Starałam się znaleźć dla siebie jakieś przyjemne zajęcie. Pracowałam w ogrodzie, który jest moją wielka pasją, przyglądałam się kwiatom. Wtedy zrobiłam pierwsze zdjęcia moich roślinek. Żeby zachować ich piękno, dobrą energię. To mnie uspokajało, wyciszało. Tak szykowałam się na operację.

Dwóch lekarzy

Przed zabiegiem jeden lekarz powiedział: To trudna operacja, mogą być różne konsekwencje, paraliż na przykład. A drugi się uśmiechnął: Nic się nie martw, będzie dobrze. No i ja cały czas miałam przez oczami tego drugiego lekarza. I mówiłam sobie: będzie dobrze.

Jak jechałam na salę operacyjną, to machałam do wszystkich pacjentów radośnie. Że ja tylko na chwilę, zaraz wracam.

To nowotwór

Operacja trwała 3 godziny. Obudziłam się i potem dwie doby nie spałam. Śmiałam się, żartowałam. A potem czekałam na wynik tego, co mi wycięli. Przyszedł po dwóch tygodniach. Złośliwy nowotwór, glejak III stopnia. Co czułam? Była ulga, że to już za mną. I świadomość, że jeszcze dużo przede mną. Lekarze od razu powiedzieli, że teraz czeka mnie onkologia.

Wykonać zadanie

W Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej spędziłam dwa miesiące. Najpierw przeszłam radioterapię, a potem chemioterapię. Cały czas, od pierwszego dnia na oddziale byłam dobrej myśli, nie traciłam nadziei, że to wszystko niedługo się skończy i wrócę na studia, do rodziców, przyjaciół. Do swojego życia sprzed choroby. Leczenie traktowałam jak zadanie do wykonania. Trzeba je zrobić jak najlepiej. Zamknąć ten rozdział i dalej iść swoją drogą.

Modlitwa o wiarę

Nawet przez chwilę nie miałam poczucia niesprawiedliwości losu, skrzywdzenia. Nie pytałam Boga: Dlaczego mnie to spotkało? Modliłam się, ale to była modlitwa o siłę, by znieść kolejną chemię. Modlitwa o to, by nie tracić wiary. Modlitwa o zdrowie. Nie tylko dla siebie; dla tych wszystkich, których spotkałam na onkologii.

Żeby nie myśleć

Moja "onkologiczna rodzina” była bardzo duża. Nie będę wymieniać wszystkich, powiem tylko, że nowotwór nie wybiera i byli w tej grupie ludzie młodzi i starzy. Walczący z chorobą i kompletnie nią załamani. Pogodzeni z losem i skrzywdzeni przez los. Ja w tym wszystkim starałam się być dla każdego wsparciem i wnosić jakąś namiastkę radości do tego naszego szpitalnego, monotonnego życia. Żeby łatwiej było je znieść. Żeby czas szybciej mijał. Żeby nie myśleć o chorobie.

My też żyjemy

Czasem budziła mnie w nocy taka myśl: Jestem w miejscu, którego ludzie tak bardzo się boją, które wydaje im się końcem świata. A przecież tu jest normalnie. Tu toczy się życie. Wstajemy rano, jemy śniadanie, przyjmujemy kroplówki. Rozwiązujemy krzyżówki, wyczesujemy z głowy wypadające włosy. Modlimy się, płaczemy, żartujemy. Malujemy szminką blade usta, na głowie wiążemy fantazyjne chustki, bo chcemy być ładne. Przykładamy twarz do szyby, żeby złapać trochę słońca. My po prostu żyjemy. I wtedy postanowiłam to nasze życie pokazać na zdjęciach.

Rodzinny album

O swoim pomyśle porozmawiałam z panią psycholog. I ona, i pani dyrektor COZL zgodziły się na moją propozycję. Pacjenci – moi znajomi z oddziału – też wyrazili zgodę na to, żebym ich fotografowała. W końcu po dwóch miesiącach byliśmy jak rodzina, więc to miały być takie rodzinne zdjęcia.

Zwykłe życie

Właściwie nic się nie zmieniło. Mój dzień w szpitalu wyglądał tak samo, tyle że teraz towarzyszył mi aparat. Na sali, na korytarzu, w gabinecie zabiegowym, w łazience. Chciałam uchwycić życie, zwykłe życie, w jego codziennych przejawach. Jak spacerujemy, drzemiemy, jemy obiad, dostajemy zastrzyki. Ale pokazywałam też miejsca po naświetleniach, stomię, pierś po operacji. Wypadające włosy. To wszystko, czego ludzie z zewnątrz nie widzą, a co było nieodłącznym elementem naszej choroby. I naszego życia.

Odświętne

To nie były pozowane zdjęcia. Ani jakoś zaplanowane. Choć panie chciały pozować. Bo mogły się przyszykować, umalować, zadbać o siebie i poczuć się kobieco. Wiec takie zdjęcia też są. Poprawiały nam humor, bo były odświętne i ładne. Ale przede wszystkim chodziło mi o emocje. O to, by pokazać ludzi i to, co w danym momencie przeżywają. Ich strach, niepewność, nadzieję, radość. Siłę i determinację. Wielką, ogromną wolę życia.

Oswoić raka

Chodziło mi o coś jeszcze. I to było chyba najważniejsze. Pokazać świat, który przeraża. Złamać tabu raka. Tego przeklętego raka, który kojarzy nam się z cierpieniem i śmiercią. Z ostatecznym wyrokiem. A to przecież choroba jak każda inna. Cywilizacyjna. Więc ja raka na swoich zdjęciach chciałam ucywilizować. Oswoić. Pokazać pozytywnie. Jako trudne, ale jednak normalne przeżycie. Które da się przeżyć.
Mogłabyś być psychologiem

O tym rozmawiałam z innymi pacjentami. Że trzeba przez to przejść, żeby z tego wyjść. Swoim optymizmem zarażałam ludzi. Jeden pan powiedział: Mogłabyś być psychologiem. Ta pozytywna energia wracała do mnie od innych. Jak byłam na diecie jabłkowej, pacjenci zbierali mi pestki z jabłek, żebym ich miała jak najwięcej. Byliśmy dla siebie ważni i bardzo sobie potrzebni.

Dobry czas

Były ciężkie chwile. Po chemii brakowało sił, nie mogłam przestać wymiotować. Po radioterapii miałam poparzoną buzię. Martwiłam się, że nie odrosną mi włosy, bo tak powiedzieli lekarze. Ale ja wierzyłam, że włosy odrosną, a siły wrócą. Że będzie lepiej. Więc choć bywało ciężko, to ja szpital onkologiczny wspominam wspaniale. To był dobry czas. Bardzo dobrze przez mnie spożytkowany. Nie żałuję z niego ani jednej minuty.

Pożyczonym aparatem

Pierwsze zdjęcia ze szpitala, a było ich z pół tysiąca, wywołali moi koledzy. Większość, biorąc pod uwagę techniczną jakość, do niczego się nie nadawała. Gdy je robiłam, była jesień, brakowało dobrego światła. A poza tym, ja nie miałam pojęcia o robieniu zdjęć! W dodatku robiłam je pożyczonym od koleżanki aparatem, którego kompletnie nie znałam. Po odrzuceniu tych najbardziej nieudanych, coś tam jednak wybrałam. Zgrałam je na płytę i zaniosłam pani Magdalenie Bronisz-Rafałko, psycholog z Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej.

Pierwsza wystawa

Rok po tym, jak opuściłam szpital, w Dniu Pacjenta w COZL odbyła się wystawa moich zdjęć. Kilkanaście dużych formatów z pięknym opisem pani psycholog. Pacjenci płakali.

Ja płakałam.

W czasie choroby nie płakałam ani razu, a teraz płakałam. Jakby po wielu miesiącach, w jednej sekundzie, puściły wszystkie emocje. Patrzyłam na swoje fotografie i widziałam opowiedzianą nimi historię. Bardzo trudną historię. Historię życia. Nie czułam się jej autorką. Tę historię opowiedzieli jej bohaterowie, pacjenci. To oni byli jej autorami.

Pierwsza nagroda.

Ta sama wystawa została potem pokazana na wydziale matematyczno-przyrodniczym na KUL. Wielkie wzruszenie, bo to przecież mój wydział. A potem moje zdjęcie – to, na którym wyrywam sobie włosy z głowy – dostało nagrodę publiczności w konkursie "Moja historia z rakiem”. Następnie była wystawa w rodzinnej miejscowości, a ja... zaczęłam fotografować na całego.

Idę do szkoły

Postanowiłam nauczyć się robić zdjęcia. Zapisałam się do Lubelskiej Szkoły Fotografii. Karol Zienkiewicz kazał mi przynieść moje fotografie. Spodobały mu się roślinki. Powiedział, co trzeba poprawić i... kazał robić zdjęcia. Rozmawiać ze sobą, ze swoim aparatem i robić jak najwięcej zdjęć. No to robiłam. Fotografowałam ludzi, kwiaty i stare cmentarze. Szkoła urządziła mi wystawę fotografii roślin. To była jedna z piękniejszych chwil w moim życiu.

Kim bym była

Zaczął się wspaniały czas. Twórczy, odkrywczy, fascynujący. Odnalazłam w fotografii siebie, swoją drogę. Otworzyłam się na świat, zyskałam pewność siebie. Wciąż myślę: Czy gdyby nie rak, nie onkologia, miałabym dziś to wszystko? Byłabym tym, kim jestem? Przeszłam długą drogę, ale dotarłam w miejsce, o którym kiedyś nawet nie śniłam. I myślę, że wszystko w życiu czemuś służy. A tylko od nas zależy, jaki z tego zrobimy pożytek.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!