sobota, 10 grudnia 2016 r.

Magazyn

Nikt nie jest supermanem

Dodano: 8 lutego 2002, 13:15

Ratownicy z Bogdanki uczestniczyli w kilku akcjach na Śląsku. Od prawej: Jacek Duda, Piotr Kwiatoń,
Ratownicy z Bogdanki uczestniczyli w kilku akcjach na Śląsku. Od prawej: Jacek Duda, Piotr Kwiatoń,

Metan, pył węglowy, woda, pożar. Tąpniecie, zawał, przypadek i błąd człowieka. To wszystko może spowodować tragedię w kopalni. Czy można temu przeciwdziałać?

- Jesteśmy oddaleni od Śląska i na bezpieczeństwo trzeba zwracać szczególną uwagę. U nas, pod ziemią, pracuje przecież 2600 ludzi - podkreśla Mirosław Taras, rzecznik prasowy kopalni Lubelski Węgiel "Bogdanka”. - Na bezpieczeństwo tych ludzi nie żałujemy pieniędzy. Tak trzeba i koniec.
Nad bezpieczeństwem czuwa cały sztab ludzi i specjalistyczny sprzęt. Oni czuwają nad tym, by ryzyko ograniczyć do minimum. Podstawa to uświadamianie pracowników. - Ciągłe i na każdym kroku - dodaje Taras. - Ludzie muszą wiedzieć, na co zwracać uwagę i co robić w danej sytuacji.

Rozwaga i odwaga

W każdej kopalni na górników czeka co najmniej kilka niebezpieczeństw: metan wydobywający się podczas obróbki skał, wszechobecny pył węglowy, woda i ogień.
- Wcześniej pracowałem na Śląsku, w latach `70. Wtedy była większa gonitwa za węglem. Tu jest inaczej - mówi Stanisław Bogdanowicz, instruktor strzałowy, czyli człowiek mający do czynienia z materiałami wybuchowymi. - Co jest przyczyną wypadków? Rutyna albo brak doświadczenia. W tej pracy na wszystko trzeba zwracać baczną uwagę, niczego nie można pominąć. Potrzeba odwagi i rozwagi.
- Ale nie boi się pan zjeżdżać na dół? Zwłaszcza po takich strasznych wypadkach jak w kopalni w Jastrzębiu Zdroju?
- Nie.
Kopalnia w Bogdance ma jeden z najnowocześniejszych systemów zabezpieczeń i ratownictwa w Polsce. Jednak zagrożenie jest zawsze. - U nas jest akurat niewielkie ryzyko wdarcia się wody do kopalni - wyjaśnia Taras. - Ale metan i pył węglowy...

Obserwują nawet z toalety

Pod ziemią skład powietrza badany jest nieustannie. - Zajmuje się tym każdy brygadzista, górnik ścianowy, członkowie dozoru. Wszyscy mają metanomierze - mówi Józef Wielgosz, kierownik działu wentylacji. - Pomiarów dokonują co dwie godziny.
Górnicy znają też metanowe pułapki. - To gaz lżejszy od powietrza, więc gromadzi się zazwyczaj pod stropem. I tam się sprawdza jego stężenie. Ale może być też nisko, przy ziemi. Wtedy wystarczy jedna iskra i... - Krzysztof ze Śląska woli nie kończyć. Od 15 lat pracuje pod ziemią i przez te lata, o ile można tak powiedzieć, zdążył się oswoić z niebezpieczeństwem.
W całej kopalni są też automatyczne metanomierze, które stale badają skład powietrza. Kopalnia jest monitorowana na bieżąco, a wszelkie dane: od ludzi i urządzeń, trafiają do dyspozytorni, w której zawsze ktoś dyżuruje. - Obecność obowiązkowa. Nawet na papierosa nie można wyjść - potwierdza inż. Paweł Słomiany, dyspozytor pierwszej zmiany. - Nawet jak się idzie tu obok, do toalety, to się kogoś woła.

Tłoczenie powietrza

Dyspozytornia pełna jest sprzętu. Tu trafiają meldunki, dane, informacje, odczyty. Sporządza się szczegółowe raporty. - W razie czego wiemy, gdzie kto jest, jaka jest sytuacja, kogo wycofywać i skąd - wyjaśnia Słomiany. - W swojej karierze nigdy nie miałem żadnej tragedii, ale momenty niebezpieczne się zdarzają. Czy boję się jeździć w dół? Nie. I nie śni mi się tablica kontrolna migająca czerwonymi lampkami.
Górnicy, sprzęt i monitoring. To nie wszystko. W kopalni jest specjalny oddział czuwający nad powietrzem, tzw. metaniarze. Ich praca to odpowiednie kierowanie ruchem powietrza. - Muszę dostarczyć powietrze w odpowiedniej ilości, jakości i w stosowne miejsce - wyjaśnia Józef Wielgosz. - Określam też miejsca, w których będzie mierzony poziom metanu.
Dopuszczalne stężenie tego wybuchowego gazu to 2 proc. Przy większym należy natychmiast wyprowadzić ludzi z kopalni. 4,5 proc to już wybuch. Najgorsze jest stężenie rzędu 9 proc. Wtedy gaz jest najbardziej niebezpieczny. Z kolei po przekroczeniu 12 proc. już nie wybucha, tylko się pali.
- Przy 2 proc. muszę od razu działać: określić przyczynę, skontrolować urządzenia wentylacyjne. I przede wszystkim wycofać załogę. Natychmiast - zaznacza Wielgosz. Przy wybuchu o wszystkim decyduje pierwsze 15 minut. Ja uczestniczyłem już w wielu akcjach. Kiedyś na Śląsku przez trzy miesiące gasiliśmy pożar. Pod ziemię wtłoczyliśmy ponad 85 tys. metrów sześc. piasku z wodą, żeby stłumić ogień. Widziałem też śmierć w kopalni: zerwał się łańcuch do przesuwania kombajnu ścianowego. Jego końcówka trafiła kombajnistę...

35 kilo sprzętu na plecach

Metan to nie wszystko. Jest jeszcze pył węglowy. - Tego nie da się uniknąć. Jest najtrudniejszy do opanowania - zwraca uwagę Mirosław Taras. - Mamy wentylację wymuszoną. To działa jak odkurzacz. Możemy wtłaczać lub wyciągać powietrze. Mamy też urządzenia odpylające. Jedno kosztuje ok. 90 tys. marek.
W miarę możliwości pył jest zmywany i usuwany. Żeby ograniczyć reakcję łańcuchową. Na wszelki wypadek są również zapory wodne. To półki ze zbiornikami pełnymi wody. Wybuch je rozbija i woda gasi czoło fali uderzeniowej.
Pomiary, monitoring, nadzór, badania, przepisy... jeżeli jednak coś zawiedzie, nie zadziała. Wtedy do akcji wkraczają ratownicy.
- Jaka to praca, pan się pyta? 35 kilo sprzętu na plecach, dym, pył, ogień, koszmarne warunki pracy. Trudno o gorsze - mówi Andrzej Kowalski, ratownik.
Ratownicy tworzą 5-osobowe zastępy i pracują codziennie. Ich zadanie to ratowanie życia.
- Wchodzi pięciu i tylu wychodzi. Nigdy nie zostawia się kolegi albo - gdy dojdzie do najgorszego - jego ciała. W tej grupie panują żelazne zasady - podkreśla Taras.
Wyszkolenie, zasady, przepisy i kondycja fizyczna. - Co roku mamy specjalistyczne badania. Jeżeli je przejdziemy, jesteśmy ratownikami przez kolejny rok - wyjaśnia Jacek Duda. - Najpierw 5 minut próby oksfordzkiej, czyli wskakiwania i zeskakiwania z ławeczki. Potem dwie godziny w komorze i ławeczka. I badania: puls, ciśnienie itd.
Nic trudnego? Może i tak, tyle że w komorze panują dość ekstremalne warunki. - Temperatura 50 stopni, a wilgotność powietrza 80 proc. - dodaje Piotr Kwiatkowski.
- Często jeździmy na Śląsk do akcji, bo u nas na szczęście nie ma większych wypadków. Uczestniczyliśmy m.in. w akcji, kiedy wydobywano górnika, który wpadł do kilometrowego szybu - opowiada Andrzej Kowalski. - Zawsze są jakieś obawy. Nikt nie jest supermanem.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO