piątek, 9 grudnia 2016 r.

Magazyn

Nocne piekło

Dodano: 28 listopada 2002, 19:23

 (rys. Tomek Wilczkiewicz)
(rys. Tomek Wilczkiewicz)

13-letni Mariusz twierdzi, że pobyt w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym w Radzyniu Podlaskim stał się dla niego horrorem. Przed rokiem koledzy złamali mu rękę, a niedawno znęcali się nad nim, molestowali seksualnie i dotkliwie go pobili

O szokujących przeżyciach Mariusz opowiedział najpierw babci, gdy przywiozła go do rodzinnego domu. Opowiedział z płaczem. O tym, jak nocą w internacie ośrodka władzę przejmuje grupka wyrostków, która znęca się nad najsłabszymi. Co prawda dyżuruje wówczas kobieta, nazywana przez dzieci i pracowników "Panią Nocną”, lecz pod jej opieką jest około 60 dzieci i młodzieży.

We władzy silniejszych kolegów

Mariusz wypowiada się pełnymi zdaniami. Chociaż, według orzeczeń specjalistów, jest lekko upośledzony w rozwoju intelektualnym, składnie i logicznie wspomina:
- W Czemiernikach było lepiej. "Pani Nocna” spała na świetlicy i często z kijem przychodziła do naszej sali. Teraz jest gorzej. Chodzi bez kija. Rzadko zagląda do naszych sal. Często zamyka drzwi do swego pokoiku. W szkole jest lepiej, spokojniej. Broni mnie tam pani Bożenka, która nie godzi się, żeby chłopcy palili.
Kiedy kładziemy się spać, w internacie nie ma nikogo poza Nocną. Rządzą najwięksi i najsilniejsi. Jak chłopcy palą papierosy w sali numer osiem, dym leci na wszystkich, szczególnie na mnie. Jeśli mogę, wychodzę na korytarz. Niekiedy koledzy każą mi pilnować, aby nikt ich nie zaskoczył. Kiedy raz powiedziałem "Pani Nocnej” o paleniu, zwróciła uwagę Luckowi, który śpi obok mnie. Często spycha mnie, skopuje. Kiedy ktoś z nas chrapie, wtedy inni oblewają go wodą. Niekiedy wykręcają mi ręce albo przynoszą wodę i wylewają na prześcieradło.
Jednego razu Lucek zdjął mi koszulę od piżamy i wrzucił do sedesu. Wacek zrobił się też okropny. Zaczął mnie przezywać, bić, bo poskarżyłem, że palą papierosy. Wtedy "Pani Nocna” tylko weszła do naszego pokoju i zaraz wyszła. Pięciu mnie bije. Niekiedy dostaję nawet po buzi. Raz o mało mi kiszek nie rozerwało, jak dowalili w brzuch...
Tylko część relacji chłopca jest możliwa do zacytowania. Wątek, dotyczący molestowania seksualnego, jest zbyt drastyczny, by go cytować. Trzynastolatek mówi:
- Było to niedawno, w nocy. Najpierw Wacek nakrył mi kołdrą buzię. Chciał, abym spełniał wszystkie ich życzenia. Lucek siłą otworzył mi usta i nasikał. Innym razem chłopcy obudzili mnie w nocy. Widelcem rozkruszali śnieg i wbijali we mnie. Podobnie robili z pastą do zębów. Nie mogłem powiedzieć mamie przez telefon, że mnie biją, bo bałem się, że jeszcze raz mnie napadną. Niedawno przecież Lucek trzy razy walnął mnie w brzuch.
Kiedy w listopadzie zaczął padać śnieg, najpierw chłopcy natarli mi w nocy całą buzię. Lucek wrzucił mi do środka piżamy śnieg zapakowany w reklamówce i popchnął na wersalkę. Kiedy stanąłem, kopnął mnie w krocze, aż długo miałem zasinienie. Później nogi mi rozciągali siłą aż prawie pękały mi kości. Bardzo bolało. Płakałem...
Kiedy już spałem, Wacek wyjął moją rękę i zaczął nią uderzać o róg tapczanu. Dziesięć razy, aż spuchła. Siniak mi się zrobił. Mówiłem to jednej pani, ale nie zwróciła na mnie uwagi. Podobnie bolało mnie, jak Lucek przegiął mi palce i je prawie wyłamał...
Najgorsze, że nikt z dorosłych nie patrzy, że mnie biją. Gdy krzyknę, "Pani Nocna” najwyżej popatrzy i pójdzie do drugiej sali. Marzę, żebym miał swój klucz. Zamknąłbym się w pokoju i spokojnie spał, a chłopcy by siedzieli na korytarzu - wyjawia chłopiec.

Matka pragnie zemsty

Uśmiechniętego jak słońce Mariusza zastajemy w jego domu rodzinnym. Chorą ręką gładzi śpiącego kota. Obok łasi się piękny owczarek. W domu jak w zoo - kręci się wiele zwierząt. Przy stole siedzi szczupła matka o pociągłej twarzy. Nie kryje emocji. Kobieta nie może zapanować nad wzburzeniem.
- Gdy Mariusz zaczął wczoraj opowiadać, to najpierw chciałam zadzwonić po dorosłego syna i pojechać jego samochodem do Radzynia. Chyba własnymi rękoma bym rozszarpała wyrostków, którzy krzywdzili moje dziecko. Tam jest tragedia! - podnosi głos.
Opowiada jak przed rokiem, w październiku, gdy ośrodek znajdował się jeszcze w Czemiernikach, przypadkowo, dzwoniąc do dziecka, dowiedziała się, że ma ono złamaną rękę. Jeden z wychowanków w stołówce kopnął Mariusza butem. Dopiero po jej interwencji zawieziono dziecko do lekarza.
- Dzieci niekiedy były głodne. Aby dostać dodatkową kromkę chleba, musiały coś zaśpiewać. Tak żądały kucharki. Za każdym razem dziecko wracało zawszawione. Nowe rzeczy były kradzione przez niektórych rodziców. A kiedy kupiłam Mariuszowi nową skórzaną kurtkę, po dwóch tygodniach miała wygryzioną dziurę. Najpierw Wiesiek pogryzł kurtkę, a później but (skórę zjadł!) - wspomina matka.
Twierdzi, że Mariusz ma dobre serce, uczy się nieźle. Dopiero teraz uświadamia sobie, że źle się działo już od września. Kiedy w nowym roku szkolnym syn przyjeżdżał do domu, był dziwnie wyciszony, bał się cokolwiek złego powiedzieć o kolegach.
- Zachowywał się zupełnie inaczej niż wcześniej. Kiedy wczoraj przyszłam do domu i usłyszałem od babci o strasznych przeżyciach Mariusza, złapałam za słuchawkę, to on się rozpłakał. Prosił żeby nie dzwonić, bo koledzy będą go bili. "Mariusz! Teraz ciebie nikt nie ruszy. Już niedługo tam zagrzejesz miejsce! - uspokajałam go. Jak wszystko pozałatwiamy i pojedziemy do Radzynia, to chyba łby pourywam twoim katom!..” - mówiłam. Nikt mnie nie powiadamiał o tych zdarzeniach z chłopcem. Kiedy dzwoniłam do niego, dopytywał się tylko: "Kiedy przyjedziesz? Kiedy przyjedziesz?”.
Gdy Mariusz opowiadał o swoich krzywdach, płakałyśmy wszyscy. Ja, siostra, babcia i mama. Teraz w nocy Mariusz zrywa się ze snu. Skarży się na bóle głowy i inne dolegliwości.

Kiedy Nocna sobie śpi...

Matka zawiozła Mariusza na izbę przyjęć i otrzymała zaświadczenie o stłuczeniu ręki i zasinieniu barku chłopca. Powiadomiła sekretarkę w ośrodku, że jej syn znów został skrzywdzony. Kiedy zadzwoniliśmy do Wiesławy Struczyk, dyrektor Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego, wiedziała już, o jaką sprawę chodzi.
Wyjaśniła nam, że każdej nocy, w godz. 21-6, pracują te same dwie osoby: dozorca i pani nazywana "Nocną”.
- Któreś z nich na pewno czuwa. Nie ukrywam, że kobieta może godzinkę się prześpi. Jak ona odpoczywa, to mężczyzna czuwa. Nie możemy mieć na dyżurze nocnym wychowawcy ze względów finansowych. Pracującej w nocy pani nie oceniam negatywnie. Od lat wywiązuje się z obowiązków - twierdzi dyrektor Wiesława Struczyk, dodając, że dzieci często fantazjują.
Przypomina też, że przed kilkoma laty Mariusz został przywieziony do ośrodka z Pogotowia Opiekuńczego. Matka, mająca problemy z alkoholem, długo nie interesowała się chłopcem. Nadal ma ograniczoną władzę rodzicielską.
- Nie ukrywam - z chłopcem są problemy. - Nic, co w nocy lub w dzień się dzieje, nie jest poza naszą wiedzą. Matka Mariusza próbuje podłych, perfidnych sposobów. Dziecko nie było molestowane. Niekiedy bywa ono inicjatorem działań chłopców, którzy następnie używają wobec niego przemocy. Grupa chłopców jest trudna, pobudzona. Śmiem twierdzić, że matka próbuje wszelkich sposobów, aby dziecko odzyskać. Szkoda że tak rzadko zjawia się u Mariusza.
Problem chłopca jednak przeanalizujemy i zaproponujemy mu mieszkanie w dwuosobowym pokoju - obiecuje dyrektor.

Postscriptum

Sąd zdecyduje o losie Mariusza

Po odebraniu pobitego Mariusza z radzyńskiego ośrodka jego matka rozpoczęła leczenie chłopca i wystąpiła do Sądu Rodzinnego
o przywrócenie nad nim władzy rodzicielskiej (którą ma ograniczoną od ponad 5 lat). Sąd wyznaczył rozprawę na 5 grudnia. Kierownictwo
ośrodka oraz władze oświatowe postrzegają jednak starania matki jako zmierzające głównie do poprawy sytuacji materialnej rodziny (jeśli Mariusz formalnie wróci do domu, wówczas
matka może uzyskać stały zasiłek na niepełnosprawne dziecko).
W miniony poniedziałek matka Mariusza powiadomiła policję o molestowaniu jej syna w ośrodku. Chłopiec od dwóch tygodni nie przebywa w SOSW i nie chodzi do szkoły. Czeka na orzeczenie sądu. Jego rodzina liczy na to, że po przywróceniu władzy rodzicielskiej matce wkrótce zacznie on uczęszczać do szkoły specjalnej. Dyrektor ośrodka i kierowniczka internatu przyjechały do matki, aby z nią porozmawiać m.in. o wycofaniu skargi, ta jednak (jak nas poinformowała), nie chciała prowadzić negocjacji.
Imiona dzieci zostały zmienione. Marek Pietrzela
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO