wtorek, 17 października 2017 r.

Magazyn

Były szczegółowe wytyczne i specjalne listy, co można, a czego nie. Co się godzi, a co zostanie uznane za atak na Polskę Rzeczpospolitą Ludową i Związek Radziecki. Wtedy było źle, a dziś bywa jeszcze gorzej

- Polskie media nie są wolne - powtarza co chwila Jarosław Kaczyński, szef rządzącego Prawa i Sprawiedliwości. Ten sam, który kilka tygodni wcześniej ogłaszał pakt stabilizacyjny w Telewizji TRWAM. Innych dziennikarzy nie wpuszczono.
To był dopiero początek. PiS nie zgodziło się na powołanie komisji śledczej, która miała zbadać sprawę inwigilowania dziennikarzy "Rzeczpospolitej”, w czasach gdy ministrem sprawiedliwości był... Lech Kaczyński, obecny prezydent Polski.
Tymczasem Jan Maria Rokita zarzuca braciom Kaczyńskim, że zamiast zlikwidować Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, obsadzili ją swoimi ludźmi, stawiając na czele KRRiT lubelską posłankę, Elżbietę Kruk. Rzecznikowi rządu nie podobają się z kolei materiały przygotowywane przez "Wiadomości” TVP.
I choć zdawałoby się, że czasy urzędowej cenzury dawno już minęły, to ci, którzy je pamiętają, mówią, że to teraz jest gorzej.

Byłem cenzorem

- Wstydzę się tego - mówi starszy mężczyzna, ściskając w rękach zdjęte przed chwilą okulary i od razu... cenzuruje własne nazwisko. Cenzor nie chce się przedstawić. Jest na emeryturze i już dawno nie pracuje. - Bo wielu ludzi jeszcze pamięta.
To była całkiem dobra praca. Bywało się w środowisku, ludzie cię znali i szanowali. Może dlatego, że musieli. - Mieliśmy wytyczne, co może wyjść w druku, czy ukazać się na antenie, a co nie. I braliśmy taki tekst, i patrzyliśmy, co tam nasi autorzy wymyślili. Ja patrzyłem na nazwisko pod tekstem i już wiedziałem czy będzie kreślenie, czy nie.
Wszystko przez upór artystów. Większość nie dawała za wygraną i jak nie w jednym, to w drugim tekście próbowała przemycić to samo. - Myśleli, że jak sto razy wykreślę jakieś zdanie, to za sto pierwszym nie zauważę - śmieje się dziś cenzor. - Kiedyś poprawiałem jeden tekst o pochodzie pierwszomajowym. Niby wszystko było dobrze, ale jeszcze kolega rzucił okiem. A tam było, że sekretarz KW był spocony i rozpiął guziki. No i jakże taki tekst puścić do druku?! Sekretarz spocony i do tego rozpięty? Znaczy rozchełstany? A może jeszcze na kacu? Tego nie mogliśmy puścić w żadnych mediach.

Mysia

Autorzy jednak próbowali i po kilka razy chodzili z tym samym tekstem. Wycinali po jednym wyrazie i nosili dalej. A nuż cenzor nie zauważy? I przekonywali, że chodzi im o słonia, a nie o ZSRR.
- Chłopaki mówili, że mieli straszne problemy z tekstem "Za ostatni grosz”. Ale mnie wtedy jeszcze w zespole nie było - opowiada Krzysztof Cugowski, wokalista Budki Suflera, obecny senator PiS. - Ale generalnie lubelska cenzura wielkich problemów nie robiła. Gorzej było w Warszawie. O cenzurze wszyscy mówili po prostu "Mysia”, od ulicy, przy której mieścił się urząd.
Budka Suflera pojechała pewnego razu nagrać utwór pt. "Pieśń niepokorna”. Jak go "na Mysiej” usłyszeli, to złapali się za głowy. To nie może trafić do obiegu, mówili. Jak to w ogóle mogło powstać, dziwili się. - Mieliśmy pieczątkę z Lublina i nic nam nie mogli zrobić. Zresztą nas tak nie ścigali, jak satyryków - śmieje się senator-piosenkarz, ale zaraz dodaje całkiem poważnie: Wszystko w PRL było dziwne. I oby nigdy nie wróciło.

Nekrologi za karę

- Jeśli nie stosowałeś się do kanonów, musiałeś za to zapłacić - opowiada nasz rozmówca. - Nas nie wyrzucali z pracy. To było coś gorszego: z cenzurowania, z bywania w towarzystwie i pracy z inteligentnymi ludźmi, z którymi dyskutowaliśmy, przenoszono cię do działu nekrologów. I sprawdzałeś, czy rodzina na przykład nie napisała: córka więźnia politycznego, syn polskiego oficera, walczył z sowieckim okupantem, etc.
Lubelski cenzor nieraz zastanawiał się, jakie ma prawo do oceniania pracy innych. - Ja tego nie wiedziałem. Inna rzecz, że nikt nie podejrzewał, by cenzura, cały ten ustrój, miały się kiedyś skończyć.
Nie tylko cenzorzy cenzurowali. - Mysia nie była najgorsza - wspomina Marcin Wolski, czołowy polski satyryk. - Najgorsza była ta najbliżej, w postaci wydawców, sekretarzy redakcji i wszystkich, którzy decydowali, co ma ujrzeć światło dzienne.
Marcin Wolski miał wiele "przygód” z cenzurą, ale... - Aktywowała ludzi. Uczyli się oni pisać między wierszami.. Kiedyś zmęczony bojami z cenzurą, pomyślałem: dość tego! Napiszę tekst niepolityczny. I napisałem jakiś liryk. I co na to cenzura? Oczywiście zdjęli mi tekst. "Bo za szczery” usłyszałem.

Mgła nad barykadą

Innym razem przez ręce cenzora miał przejść tekst przygotowany na studencką FAMĘ. - Wzięliśmy cenzora i spiliśmy tak, że wbił nam pieczątkę w dokumenty, a my wygraliśmy FAMĘ nieocenzurowanym tekstem. A cenzor miał pewnie problemy, tak jak ten z Łodzi - opowiada Wolski. - Jeden tekst mi zdjął, a potem powiedział, że w drugim to mogę jeszcze mocniej dowalić. Szybko go przenieśli do innej pracy.
Dziś wraca cenzura polityczno-
towarzyska. Pewne stacje czy rozgłośnie radiowe pokazują pewnych ludzi tylko w dobrym świetle. Wytwarza się coś na kształt parasola ochronnego. - To gorsze niż za PRL - przyznaje Wolski. - Wtedy cenzorzy musieli nasze teksty poprawiać, a podział był jasny: my i oni. Teraz po jednej stronie barykady jesteśmy my, po drugiej ci i tamci. I nie wiadomo już, kto jest z nami, a kto przeciwko nam.

  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!